30 paź 2014
29 paź 2014
Stanisława Fleszarowa-Muskat, "Trzy NIE i jedno TAK"
Przyszedł z morza
"- Jeśli to jest możliwe - powtórzył.
- Nie, to nie jest możliwe - odpowiedziała.
Stał przy bufecie, opierając się o niego, ale jego łokcie były gotowe do odlotu, jak skrzydła ptaka, który nie wie, czy zatrzyma się na dłużej w miejscu, w którym wypadło mu przystanąć. Przez ramię miał przewieszoną torbę - taką, jaką noszą zwykle ci, którzy mieszczą w niej cały dobytek i wędrują z nią przez morza i lądy. Lekki, nie męczący towarzysz.
Więc przyszedł z morza, nie wiadomo skąd, i zadał jej to pytanie. Odpowiedziała: Nie, to nie jest możliwe - bo wydawało się jej zbyt wielkim, zbyt szalonym szczęściem, żeby on zwyciężył, żeby przyszedł sobie z morza, nie wiadomo skąd i dostał ją, jak pierwszą lepszą z ulicy albo taką, której nikt jeszcze nie pragnął. Niechby nie był taki pewny siebie, niechby w oczach miał trochę pokory, trochę szacunku i pamięci o tym, że po tej stronie nabrzeża nie było, bogatszego, czystszego, weselszego, pachnącego lepszym rumem i tytoniem baru, w którym ona stała za kontuarem.
Nie, nie myślał o tym. Myślał tylko o niej. Tylko siebie widziała w jego oczach, kiedy patrzył na nią z bliska - z czystą, nierozumną, oderwaną od świata śmiałością człowieka, który nie mając nic, chce mieć nagle wszystko i uważa, że ma do tego prawo, ofiarując w zamian siebie. Siebie. Powinna była zrozumieć, co to znaczy, ale nie rozumiała, w t e d y jeszcze nie rozumiała. Wydał się jej szalony - tak, szalony - i choć krew napływała do głowy od tego szaleństwa, postanowiła dać mu nauczkę".
"I nagle życie zrobiło się zupełnie małe. Otwierane i zamykane wschodami i zachodami słońca, między którymi nic się nie zdarzy, ponieważ wszystko, co mogło się zdarzyć, już się zdarzyło".
"Nie zwróciła oczu ku żadnemu z nich, nie wyciągnęła ręki, żeby dotknąć ich sakiewek. Za dużo mieli z sobą, za mało s i e b i e - nie zrozumieliby, gdyby im to powiedziała.
Było już o wiele za późno, kiedy przyszedł drugi raz. Nie dorobił się niczego przez te wszystkie lata. Miał ten sam stary kapelusz, wypłowiałą kurtkę i tę samą lekką torbę przewieszoną przez ramię. A może był to już inny stary kapelusz, inna wypłowiała kurtka i inna lekka torba, kryjąca niezasobny dobytek. Może ani razu nie zachodził do tego portu, a może tylko do tego baru - teraz tu był, ale to nie oznaczało powrotu. Przyszedł tylko się napić i kiedy patrzyla na niego, zaczął ogarniać ją strach, że przedtem nigdy go tu nie było, że zamiast niego były setki i tysiące takich jak on - przychodzących z morza, nie wiadomo skąd, w wypłowiałych kurtkach, z lekkimi torbami na ramieniu, że patrzyla na nich tak długo, aż przestała widzieć innych, tych, których łokcie oparte o kontuar nie były gotowe do odlotu...
Powinna była może zapytać, czy był tu kiedyś, czy postawił jej to pytanie? Nie zrobiła tego. Nie zatrzymała go, nie zawołała go, gdy pozwalając jej patrzeć na swoje szerokie plecy i swój brązowy kark, zbliżał się ku drzwiom..."
Stary człowiek i dziewczyna
"Tego dnia było jakoś cicho. Ludzie płynęli górą, środkiem drewnianego deptaka, mało kto opierał się o barierkę - o tej porze od wody wiał chłód i natrętna, wieczorna wilgoć - i dlatego stary człowiek spostrzegł od razu dziewczynę, która nagle się tu zjawiła. Przystanęła nieopodal i popatrzyła w wodę. Trwało to długo, więc powiedział:
- Tylko nie tutaj. Z drugiej strony mola też jest morze.
Nie odpowiedziała, więc powtórzył:
- Nie tutaj. Nie będę pani ratował.
Odwróciła wreszcie głowę. Włosy miała długie i drobną twarz, nadąsaną w tej chwili i złą.
- Co pan za głupstwa opowiada?
- Wiem, co mówię. Idź sobie gdzie indziej. Mam reumatyzm, nie będę dla głupiej smarkuli moczył się teraz w wodzie.
- Skąd pan wie, że chcę to zrobić?
- Na plecach masz to wypisane.
- Na plecach?
- Tak. Widziałem już wielu ludzi, którzy stali nad wodą".
"- Może bym także łowiła ryby, gdybym zdobyła się na to, żeby mieć ochotę na cokolwiek".
"Stary człowiek westchnął i zapytał:
- Dlaczego chciałaś to zrobić?
Wzruszyła ramionami.
- Wszystko jest strasznie głupie.
- Tak?
- Pan tak nie myśli?
- Nie.
- Bo pan jest stary. Pan ma to już za sobą.
- Co?
- Życie. Bo ja wiem, jak to nazwać? Niepokój.
- Nie to chciałaś powiedzieć.
Zamyśliła się.
- Może.
- Czy to przypadkiem nie pycha?
- Pycha?
- Chciałaś zwrócić na siebie uwagę. Ludzie, który pragną zwrócić na siebie uwagę, chwytają się różnych sposobów. Tego ostatniego także.
Milczał przez chwilę.
- Ładne miejsce sobie wybrałaś".
"- Pan ma już jej mało - powiedziała nagle. - Tej nadziei.
- Tak. I dlatego muszę się z nią potrafić obchodzić.
- Nie wiadomo, czy ja mam jej więcej.
- Powinnaś, ale może być inaczej".
Express Mediolan-Rzym
"Na szczęście hotel miał ten sam. Gdyby ten kretyn (impresario) mógł raz w życiu czegoś się domyśleć, zarezerwowałby mu również ten sam apartament. Głupstwo, nie powinno mu na tym zależeć, wszystkie pokoje hotelowe są do siebie podobne, nie - może jednak miałby uczucie, że wraca do znajomych kątów i choć na krótko poczuje się w nich jak u siebie? Czymże w gruncie rzeczy są podróże artystyczne? Pomnażaniem sławy? Zbijaniem pieniędzy? Być może i tym także. Ale przede wszystkim są pustymi hotelowymi pokojami, które mają coraz to inne widoki za oknem, innego koloru kafle w łazience, no i różnią się ceną oczywiście".
Ona przyjdzie jutro
"Ludzie i pieniądze opuszczają człowieka dość nagle, niekiedy nawet dzieje się to równocześnie".
"I wyprostowany kark, którego nie schylał przed nikim. To można było utracić od razu, nagle, z godnością i bez reszty. Tracić powoli, z dnia na dzień, odkładać siebie w przeszłość, rezygnować z siebie, poddawać się, co dnia gotować się do przegranej bitwy - to było zbyt trudne dla Vincenta, zbyt ciężkie dla silnego Vincenta, zbyt upokarzające dla Vincenta, który zawsze nosił wyprostowany kark".
"Golił się i kąpał bardzo długo, o wiele dłużej, niż w czasach, kiedy sprawiało mu to przyjemność. Wiedział, dlaczego to robi - w kuchni naprawdę nie było nic do jedzenia. Poszperał w kredensie. Znalazł paczkę sucharków, którymi żywił się służący chory na żołądek. Już sam smak sucharków maczanych w nieosłodzonej herbacie był dostatecznie upokarzający".
"Potem zapłacił za aperitif, żegnając się z każdą monetą jakby była najdroższą pamiątką po kimś, kto umarł bardzo niedawno".
"Gdyby utracił swoją twarz, gdyby pozwolił ją przenicować na stronę uczuć prawdziwych, byłaby twarzą żebraka czekającego na jałmużnę".
28 paź 2014
24#
Ojej, o Boże, tak strasznie się cieszę...! A nie jest to u mnie częsty stan... Trzeba zapamiętać te chwile radości na czas, gdy znowu będzie mi źle i będę miała wszystkiego dość. Wczoraj nie sprawdzałam skrzynki na listy, sprawdziłam ją dopiero dzisiaj i okazało się, że od wczoraj leżała w niej koperta z pierwszym tomikiem mangi "No.6", którą zamówiłam w prenumeracie. Do pierwszego tomiku była dołączona śliczna grafika z głównymi bohatera i w ogóle i oh jeej... Chyba zaraz padnę tu ze szczęścia, które mnie teraz wręcz rozpiera.Świat jest teraz jakoś ładniejszy niż zwykle. Jest zimno, ale świeci słońce. "Nadal żyjesz. Spójrz jak ładnie jest teraz na dworze". Miłość, czułość, troska i słowa otuchy. Bliskość. Ja wiem, że moje słowa mogą momentami brzmieć, jak piski nawiedzonej, zdziecinniałej nastolatki, ale tak nie jest. Słowa kompletnie oderwane od tematu pominę. Naście lat mam już daaaawno za sobą. Nie wiem, czemu w jednym jedynym z dymków pojawia się "Nezumi". Powinno chyba być "Szczur", bo tak zdecydowano to tłumaczyć. Opis z tyłu obwoluty jest lekko wypukły, podobnie jak tytuł z jej przodu. Mam fotki. :)) ->>>>
Facet nie wiedział, nie był pewny, czy ja chłopak, czy dziewczyna z powodu moich włosów samodzielnie ściętych na mega krótko, na zapałkę. Nawet nie mam jak rwać włosów z głowy, gdyby naszła mnie na to ochota.
Pies szczekał, kurier czekał, a ja w pośpiechu próbowałam włożyć czarną czapkę z daszkiem i kwiatkiem, ale uszy stawiały mi opór, więc strzeliłam ją do wnęki w przedpokoju, myśląc "co mi tam", i otworzyłam drzwi.
25 paź 2014
23 paź 2014
22#
Wczoraj weszłam w końcu na profil Suicideloving i moim oczom ukazałam się napis: "Konto zostało skolejkowane do usunięcia". Coś w ten deseń. Weszłam tam dzisiaj i widzę: "To konto zostało tymczasowo ukryte przez użytkownika".
O co tu chodzi? Nie chcę, by zniknął na zawsze z mojego życia (bo tak naprawdę go w nim nie było i nie ma, ot, parę rozmów przez Internet), ani życia w ogóle. O co tu chodzi?
Mam nadzieję, że kiedyś wróci i się tego dowiem. Tradycyjnie będę czekać tak długo, ile będzie trzeba.
Jesiennie liście sfotografowane podczas wyjścia do sklepu.
19 paź 2014
Elżbieta Jodko - Kula, "Anka"
Elżbieta Jodko - Kula, Anka, 17.10.2014r.
Ladnie się ubiera. Ma zawsze na sobie mnóstwo spódnic, chustek, kamizelek; wygląda w tym jak Cyganka. Pomimo to stale jej zimno. Nosi jeszcze takie wysokie, czarne glany. Zresztą większość rzeczy, które Anka zakłada na siebie, jest w kolorze czarnym, trochę smutno to wygląda, ale mi się podoba. Anka jest tylko troszeczkę niższa ode mnie, a ja mam metr osiemdziesiąt, przy tym jest szczupła, bardzo szczupła, a wlaściwie chuda... Strasznie chuda. Ona jest chora na tę chudość, z tej chudości chora. Ona...".
"Następnego dnia nie mogłem się skupić na lekcjach. Kompletny odlot! Nawet nie byłem w stanie udawać, że słucham. Co mnie zresztą obchodził przebieg zmienności funkcji czy zaludnienei Ameryki Południowej. Perspektywa usłyszenia jej głosu byla dla mnie zbyt kusząca, więc >>samowolnie, bez wyraźnego powodu<< - jakby to określiła moja wychowawczyni - wyszedłem ze szkoły dwie godziny przed końcem".
"Anka z trudem pokonała ostatnie dziewięć schodków, dzielących ją od mieszkania. Już dawno postanowiła, że dla zdrowia i zachowania fizycznej sprawności będzie przynajmniej raz dziennie wchodzić na siódme piętro po schodach. Starała się zupełnie nie myśleć o windzie i szybkim krokiem pokonywać kolejne piętra. Niestety, ostatnio nie było to wcale takie proste. Ostra dieta, jaką stosowała od kilku miesięcy, najwidoczniej trochę ją osłabiła. Nie miała jednak zamiaru rezygnować z tej wspinaczki. Kilka dni temu postanowiła już w ogóle nie korzystać z windy. Parę razy dziennie pokonywała z mozołem kolejne piętra, ale była bardzo zadowolona z siebie, gdy udawało się jej dotrzeć do drzwi mieszkania, w którym mieszkała razem z matką".
"Znowu nie pościeliłaś łóżka! W lodówce jest gulasz w rondelku. Ugotuj do niego makaron lub ziemniaki i weż kiszone ogórki ze słoja. Nie zdążyłam ugotować zupy. Zjem na mieście. Wrócę póżno. Mama.
Gdy przeczytała kartkę, zmięła ją i wrzuciła za łóżko.
>>Wrócę póżno<<! Jak zwykle - pomyślała. Cóż to zresztą może oznaczać? Przecież ona zawsze wraca póżno. Pewnie dzisiaj będzie jeszcze później, nie o dwudziestej, ale o dwudziestej trzeciej".
"Podeszła do okna i odsunęła zasłonkę. Zza doniczki wyjęła dwie kanapki, które mama zrobiła jej wczoraj na kolację i mocno ugniotła je w dłoni. Sięgnęła za łóżko i wyciągnęła wrzuconą tam przed chwilą kartkę. Zawinęła w nią kanapkową kulkę i powlokła się do kuchni. Kartkę na kanapkami w środku włożyła głęboko do kubła na śmieci. Zamknęła drzwi szafki, ale po chwili rozmyśliła się, wyjęła z kubła worek ze śmieciami i wystawiła go na środek na kuchni.
- Trzeba to będzie to wynieść - powiedziała do siebie, po czym otworzyła lodówkę i wyjęła z niej rondelek z gulaszem. Cała zawartość naczynia wylądowała w koszu. Wyciągnęła ze słoja dwa ogórki, zjadła jedną połówkę, a resztę wrzuciła do worka".
"- Nie umiem bajerować - odpowiedziałem zgodnie z prawdą i ze zdziwieniem stwierdziłem, że to wyznanie przyszło mi z latwością.
- Aha, już ci wierzę!
- No to nie wierz, ale ja taki już jestem. Szczery gość - nieśmiałość zaczęła mnie powoli opuszczać i poczułem się pewniej.
- Szczery?
- Do bólu.
- To kiepsko - stwierdziła, nie patrząc na mnie.
- Dla kogo? - zapytałem.
- Dla mnie.
- Nie rozumiem - stwierdziłem z zakłopotaniem".
"- Możemy pójść, chociaż tak naprawdę całkiem mi się tu podoba - odpowiedziała, dodając po chwili: - Nie jem lodów.
- To zjesz ciastko.
- Ciastek też nie jem.
- To kupię ci parówkę - powiedzialem, czując narastające rozdrażnienie. Nie chcialem siedzieć na tej ławce i wymyślać niestworzone historie o mojej willi z garażem, nadzianych starych i rajskim życiu w podwarszawskiej, willowej miejscowości.
- Odpada, jestem wegerarianką - Anka bezradnie rozłożyła ręce, a ja zniechęcony opadłem znowu na siedzenie.
- A co w ogóle jesz? - zapytałem po chwili milczenia.
- Niewiele, odchudzam się - odpowiedziała, ściszając nieco głos, tak jakby chciała, żebym tego wcale nie usłyszał.
- Odchudzasz się? Z czego?
Teraz Anka zerwała się z lawki jak oparzona - i stanowszy dokładnie na przeciw mnie - ujęła się pod boki. Przyglądając mi się zwężonymi ze złości oczami, cedziła każde słowo, jakby chciała mnie nimi wychłostać:
- Odczep się ode mnie, dobra?! Jak ci się nie podoba, to wracaj do tej swojej willi z ogrodem!
Nie spodziewałem się takiej reakcji. Nie mialem pojęcia, jak postępować z dziewczynami, a zwłaszcza z takimi, które są tak piękne, nic nie jedzą, a na dodatek jeszcze bez powodu wpadają w histerię. Jeżeli nie chciałem jej stracić natychmiast, musiałem się poddać. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało".
"- Nie chcę tu zostawać. Przestał mi się podobać ten park i nie podoba mi się coś jeszcze.
- A co takiego? - zapytałem, czując się zupełnie pokonanym.
- To, czy ja się odchudzam, czy nue, nie jest twoją sprawą, rozumiesz?! Od mojego jedzenia trzymasz się z daleka, jasne?!
- Jasne - powiedziałem, chociaż nic, co się przed chwilą wydarzyło, nie było dla mnie ani jasne, ani zrozumiałe. Czułem się jak dureń, byłem na siebie zły, ale uświadomiłem sobie, że ona też się gniewa".
"W zupełnej ciszy powlekliśmy się do pobliskiej kawiarni. Nie straciłem dużo kasy - ona chciała tylko wodę mineralną z lodem, a dla siebie zamówiłem mój ulubiony sok pomarańczowy, który tego dnia wcale mi nie smakował. Prawie nie rozmawialiśmy".
"Czy matka Anki nie widzi, że jej córka schudła już dwanaście kilo i nadal jest na diecie? A szkolny psycholog, pedagog? A wychowawczyni"?
"Ona sama ze sobą przecież nie może dojść do ładu. Stąd ta anoreksja, tak anoreksja, to nie zwykły katar ani biegunka.
Nie ma się, co oszukiwać, to jest poważny problem. Problem z problemów. Tak to nazwał jeden lekarz, który był kiedyś w szkole z prelekcjami na ten temat. Nawet fajnie mówił, tylko co z tego? Wtedy Anka jeszcze normalnie jadła. Pół roku później przeszła na wegetarianizm, a potem ograniczała się coraz bardziej. Dzisiaj pije tylko wodę i je jabłka, od czasu do czasu wypija jogurt. Chudy jogurt, bez cukru".
"Może powinna powiedzieć wychowawczyni, co sądzi o tym wszystki. Bo co ona właściwie może zrobić. Przecież nie zmusi Anki do jedzenia. Ma jej fundować obiad i przykuć do stolika w barze? Wiele razy ciągnęła ją do pizzerni i co? Anka piła tylko wodę mineralną, a jej przybyło dwa kilo. Bezradność i nadzieja to dwa słowa, które ostatnio zaczęły Kaśkę denerwować. Bezradność - bo przecież nic nie mogła zrobić, w żaden sposób pomóc Ance. A nadzieja? Nadzieja to ułuda, coś, co pozwala nie myśleć, nie działać, dzięki temu lepiej czują się tylko ci, którzy powinni coś zrobić, a nie ci, którym trzeba pomóc.
Trzeba działać, a nie czekać.
Tylko jak"?
"- Tak, wiem: słodyczy, mięsa, pieczywa, bananów, winogron - mówiąc to, poczułem, że odzyskuję utraconą swobodę. - A pijesz coś czasem, (jak - przypomnienie od E. Janosz) jest gorąco?
- Wodę mineralną - temat jedzenia wyraźnie działaj jej na nerwy. - Z cytryną.
- No to zapraszam cię na wodę, może być?
- Może - odpowiedziała krótko, podnosząc się z ławki".
"- Załamanie nerwowe - wyjaśniła krótko. - Anka przeżyła nieprzyjemną przygodę i po kilku dniach wylądowała w szpitalu. Od dawna powinna się leczyć, ta jej chudość..."
"Anka ma dużo swobody, bo jej mama często wyjeżdża, a ojciec dawno się wyprowadził, więc tak naprawdę nikt specjalnie nie interesuje się, z kim ona się spotyka".
"dużo wymaga i o wszystko ma pretensje".
"- Kilka dni później zemdlała w szkole"
"- Przestała jeść. Zauważyłeś, że jest bardzo szczupła? Wręcz chuda... Szkolna pielęgniarka wezwała pogotowie.
Kaśka zamilkła, a Rafał, kiwając głową, podsumował:
- Wszystko przez to odchudzanie".
"- To już nie jest normalne odchudzanie. Anka jest chora - odparła, wzdychając.
- Chora? - Rafał przyglądał się jej ze zdziwieniem
- Tak, na anoreksję. Ona się może zagłodzić na śmierć.
Rafał z niedowierzaniem patrzył na Kaśkę. Wciąż tego nie potrafił zrozumieć. Do tej pory wszystko było dla niego proste, ale teraz sprawy zaczęły się gmatwać. Nie wiedział, co ma myśleć o Ance i ich znajomości".
20 listopada 2014, 3:05
Anoreksja to jest umieranie na raty. Trwa długo. Nie mam do tego cierpliwości.
"Co innego siedzieć w parku na ławce i czekać, a co innego pójść do szpitala po tym, czego dowiedziałem się od Kaśki".
"Jeżeli taka pogoda utrzyma się na dłużej, pewnie więcej osób zechce wychodzić na spacery. Może też Anka... Od chwili jej przyjęcia na oddział, doktor Kurowska nie widziała, żeby dziewczyna wyszła z pokoju. Anka leżała albo siedziała łóżku i na wszystko miała jedną odpowiedź: nie. Nie chciała uczestniczyć w terapii grupowej, a podczas terapii indywidualnej prawie się nie oddzywała".
"Ona tylko żąda, ma pretensje, a nie rozumie tego, że sama powinna coś zrobić, choć trochę spróbować zmienić coś w życiu swoim i dziecka".
"- Musicie jej pomóc, musicie ją z tego wyleczyć - matka Anki siedziała po drugiej stronie biurka i uparcie wpatrywała się w doktor Kurowską.
- Już pani mówiłam, że to nie jest takie proste. To nie przeziębienie, ani skręcenie nogi, tu potrzebna jest długotrwała terapia. Dziewczyna potrzebuje pomocy nas wszystkich".
" To jej udzielcie tej pomocy! - Matka Anki podniosła głos.
Doktor Kurowska przyjrzała się swoim paznokciom i, kładąc ręce na kolanach, powiedziała:
- Pani mnie nie zrozumiała. Ania potrzebuje też pani pomocy".
"Anka leżała na łóżku przykryta kocem i kołdrą. Mimo wysokiej temperatury za oknem był jej zimno. Zimno i wilgotno. Mokra od potu koszula przywarła do jej pleców, ale nie zamierzała się odkryć. Do matki nie odezwała się ani słowem. Po jej wyjściu nie chciała nikogo widzieć.
Odsłoniła twarz, ale nie odwróciła się w stronę pokoju, mimo iż od rana była w nim zupełnie sama. Jolka wyszła na kilkudniową przepustkę i miał nadzieję, że tu nie wróci. Jej terapia postępowała prawidłowo. Wszyscy byli dumni z niej i szczęśliwi: rodzice, lekarze i gołębie zza okna, które trzy razy dziennie pożerały większą część jej posiłków, ale o tym ani Anka, ani one, nikomu nie mówiły. To była ich wspólna tajemnica - tajemnica tłustych gołębi i chudych dziewczyn. Jolka zostawiła Ance oswojone gołębie z ich wiecznie pustymi brzuchami. Chociaż wcale o tym nie rozmawiały, doskonale wiedziały, że rynna i parapet są najlepszym miejscem na ukrycie jedzenia. Tak go nikt nie szukał, w każdym razie do tej pory.
Po obiedzie, który częściowo udało się Ance wypluć i wyrzucić do toalety, przyszła doktor Kurowska, która zaglądała dwa razy dziennie, sprawdzając jej samopoczucie. Kilka razy nawet zapytała ją o coś, ale nie doczekała się odpowiedzi. Dzisiaj Anka też nie miała ochoty na rozmowę".
"- Anka, popatrz na mnie. Czy chcesz, żebym wyszedł?
Anka milczała jeszcze chwilę, nie odwróciła się do Rafała, tylko poruszyła się na łózku:
- Zostań. Nic nie mów, ale zostań - poprosiła cicho.
Rafał usiadł na samym brzegu pustego łóżka i w ciszy czekał, co będzie dalej. Patrzył na plecy dziewczyny i nagle poczuł ogromną chęć, by je pogłaskać i przytulić się do nich... Jej szczupłe ramiona zaczęły drżeć, a potrm gwałtownie unosiły się i opadały. Po chwili usłyszał pociąganie nosem, a w końcu stłumiony szloch. Anka płakala.
Siedział, nie wiedząc, co powinien ze sobą zrobić. Chciał się do niej zbliżyć i mocno, mocno przytulić jej drobne, drżące ciało, ale nie miał śmiałości ruszyć się ze swojego miejsca. Mimo niezręcznej sytuacji czuł się szczęśliwy, choć tak naprawdę nie potrafiłby określić dlaczego. Może dlatego, że był przy niej, i to mu wystarczało".
"Anka stała przy oknie ubrana w ladny, sportowy dres. Już samo to, że nie leżala na łóżku odwrócona twarzą w kierunku ściany, było pewną nowością. Niestety, nic poza tym nie zmieniło się. Obiad, który przyniesiono jej dwie godziny temu, stał nietknięty na stoliku.
Nie zareagowała też na wejście lekarki. Nie drgęła nawet, kiedy ta zbliżyła się do niej.
- Nie zjadłaś obiadu - stwierdziła lekarka, podchodząc bliżej.
- Zjadłam całą zupę.
- Przecież zostawiłaś jarzyny - doktor Kurowska usiadła na krześle, odsuwając talerz z obiadem.
Anka odwróciła się bokiem i, udając, że w dalszym ciągu patrzy wyłącznie przez okno, zapytała:
- Ta głupia salowa znowu na mnie pani nakablowała?
Lekarka wolno i wyraźnie oświadczyła:
- Pani Jadzia nie jest głupia, a informowanie mnie o tym, czy jesz, czy nie, należy do jej obowiązków.
Anka ponownie odwróciła się w stronę okna i stała tak chwilę, nic nie mówią, aż wreszcie odezwała się cicho:
- Nie prościej mnie o to zapytać?
W głosie Anki zabrzmiało coś takiego, co wzmogło czujność doktor Kurowskiej. Do tej pory rozmowy urywały się po trzech, czterech zdaniach, jednak tym razem wyglądało na to, że dziewczyna zechce nieco dłużej porozmawiać.
- Prościej. Ale to nie ma większego sensu,bo i tak nie powiesz mi prawdy - odpowiedziała szczerze.
- Nie wierzy mi pani - Anka brardziej stwierdziła niż zapytala.
- Chcę, ale nie mogę. W ubiegłym tygodniu nie pomimo mojej prośby nie zjadłaś ani jednego obiadu.
Anka odwróciła się tyłem do okna, oparła plecy o paraper, i nie patrząc na lekarkę, oznajmiła:
- Może gdyby mnie pani nie śledziła za pomocą tej swojej armii donosicieli...
- Gdybyś znowu nie schudła w poprzednim tygodniu, nikogo bym nie prosiła o pomoc - doktor Kurowska zaczęła się czuć coraz pewniej, obawy, z którymi tu przyszła, powoli ustępowały. To byla pierwsza rozmowa z Anką, która trwała aż tak długo. Dawało to nadzieję, niewielką, ale jednak nadzieję".
"Anka spojrzała uważnie na lekarkę i przez chwilę nie spuszczała z niej wzroku. Wreszcie skwitowała cichi:
- Jestem trudnym przypadkiem.
- Nie jesteś żadnym przypadkiem, tylko człowiekiem.
"Anka rozluźniła się, usiadła na parapecie okna i skrzyżowała ręce na piersiach. W jej oczach pojawiły się iskierki przekory.
- Mieliście mnie naprawić, przystosować i co?
Lekarka spojrzała na okno, majac nadzieję, że jest dobrze zamknięte. Po niedawnym remoncie oddziału ekipa budowlana nie założyła jeszcze wszystkim zabezpieczeń. Niepokój, jaki poczuła, widząc Ankę siedzącą na parapecie, nie pozwalał jej spokojnie siedzieć, podniosła się więc ze swojego miejsca i ruszyła w kierunku dziewczyny.
- Aniu, nasz oddział to nie warsztat naprawczy. My tu jesteśmy po to, żeby ci pomóc, a nie przerabiać - powiedziała, sprawdzając klamkę".
"Czuła, że pod pozorem oschłości i siły, kryje się nieszczęśliwa, przerażona matka, która nie wie, co dzieje się z jej dzieckiem, oraz nie potrafi dać sobie rady z samą sobą i z otaczającą ją rzeczywistością".
"- Nie potrzebuję pomocy - odpowiedziała Anka.
Lekarka wiedziała, że ich rozmowa potoczy się teraz dobrze znanym torem:
- Gdybyś jej nie potrzebowała, nie wyrzucałaś jedzenia przez okno.
- To moja sprawa, czy jem, czy nie - dziewczyna znowu przyjęła zaczepną postawę. Przelotnie spojrzała na lekarkę i odwróciła się plecami.
- Ale to, że sobie szkodzisz, nie jest tylko twoją sprawą.
- Za dwa lata będę pełnoletnia i wtedy nie będziecie mnie mogli tu trzymać. Wyjdę stąd, kiedy tylko będę chciała.
Anka wiedziała to, o czym lekarka myślała niejednokrotnie. Pełnoletnie osoby znacznie trudniej poddawały się leczeniu niż nastolatki. Kobiety, nie mogąc sobie poradzić z własnymi problemami, często rezygnowały z terapii i wracały do smutnej, pełnej napięć i nierozwiązanych problemów, szarej rzeczywistości, w której zatracały się bezpowrotnie.
>>Anoreksja jest chorobą śmiertelną<< - doktor Kurowskiej zwykle przy tego typu rozmowach przypominały się słowa wykładowcy, z którym miała zajęcia na medycynie. - >>Dlatego niezmiernie ważne jest kiedy i jak rozpocznie się terapię chorego<<".
"Po kilku dniach odwiedzilem ją znowu. Nie żebym nie chciał tam wcześniej pójść, ale tak jakoś wyszło... Chciałem i nie... Po prostu bałem się, że nie będę umiał z nią rozmawiać. Nie wiedzialem, czy Anka jest chora, czy tylko udaje. Właściwie nie wiedzialem, co to jest ta anoreksja. Zapytalem o to moją mamę, ale ona niewiele wiedziała. Tylko coś burknęła o jakimś telewizyjnym serialu. Nic z tego nie zrozumiałem, a nie chciałem jej dokładnie tłumaczyć, o co mi chodzi. Anka była przecież moją tajemnicą i nie miałem zamiaru w jej sprawy wciągać nikogo. Zresztą i tak by tego nikt nie zrozumiał, skoro sam miałem z tym problemy".
"- Nie cierpię, jak ktoś mnie dotyka. A najgorzej jest na terapii, bo oni się tam tylko prytulają i glaszczą. Nie znoszę tego, a ty"?
"Coraz trudniej tu wytrzymać. Chciałabym wrócić do domu. Kurowska mówi, że jeżeli zacznę jeść, to w przyszłym tygodniu mnie wypiszą. Tak na próbą. Będę tylko musiała przychodzić na terapię. Od tygodnia się męczę, ale wszyscy twierdzą, że będzie lepiej. Pewnie mają rację. Zresztą doszlam do wniosku, że nie ma sensu ze wszystkmi walczyć".
"Może jednak zacznę coś jeść...? Chociaż trochę... Co o tym myślisz? Chcialabym stąd wyjść... Tylko nie chce mi się wracać do niej, bo nie wierzę, że coś się zmieni".
"Widok nagiego ciała dziewczyny zawsze wprawiał mnie w zakłopotanie. Lubiłem patrzeć na odsłonięte biodka i brzuchy moich szkolnych koleżanek, ale nigdy nie patrzyłem na nie wtedy, kiedy o tym wiedziały. Moje ukradkowe spojrzenia byłybyły zawsze tak krótkie, że rzadko kiedy zdążyłem dobrze obejrzeć odsłonięte części. Anki nie widziałem dotąd w krótkiej bluzce, bo nie często chodziła w spodniach, a jej liczn suknie i spódnice dokładnie przysłaniały powleczone skórą kości. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłm fragment jej chudego ciała pomiędzy krótkim czarnym sweterkiem i sztruksowymi spodniami. Widok sterczących znad paska spodni dwóch kości miednicy nie był wcale pociągający. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, jak Anka jest chuda".
"Nikt poza nią jakoś nie śpieszył się odwiedzać koleżanki w szpitalu na oddziale na nerwowo chorych. Ciekawe, co sobie myśleli? Że Anka rzuci się na nich, czy że na ich widok wyskoczy oknem? Prawdę powiedziawz,y, te odwiedziny na początku nie miałyby żadnego sensu, ale teraz, po prawie czterech tygodniach... Niektórzy mogliby się ruszyć, chociażby wychowawczyni..."
"- Przecież miało już być dobrze... - powiedziałem, nie kryjąc zniecierpliwienia.
- Ale nie jest - odparła Kaśka jakimś dziwnie smutnym, zrezygnowanym głosem. - To wszystko jest chyba dużo bardziej skomplikowane niż nam się wydaje".
"- Może i bez sensu, ale ja tak to czuję. Anka musi uporządkować swoje sprawy, własne myśli, a przede wszystkim relacje z mamą. Nie była jeszcze gotowa do powrotu do domu i dlatego to wszystko...
- Jeżeli jest tak, jak myślisz, to znaczy, że Anka jest nadal chora. Dlaczego więc ta lekarka wypuściła ją ze szpitala?
Kaśka spojrzała na mnie uważnie i uśmiechała się smutno.
- To nie jest grypa, ani zapalenie ślepej kiszki. Anka będzie bardzo długo zdrowiała i tak naprawdę nie wiadomo, czy jej się to uda. Rozmawiałam o tym wszystkim z panią doktor. Wychodzenie z anoreksji trwa wiele miesięcy, a nawet lat".
"pies płakał zamknięty w torbie".
"Anka siedziała na łózku i patrzyła w kierunku okna, za którym widać było spory kawałek błękitnego nieba. Przez dłuższą chwilę nie chciało jej się podnieść z łóżka i zapragnęła z powrotem wsunąć się pod kołdrę. Spojrzała jednak na zegarek i zobaczywszy, że jest dziesiąta, zmusiła się do wstania. Podeszła do okna i przyjrzała uważnie szpitalnemu parkowi".
"Spojrzała na drzwi, wyjęła szybko spod poduszki nietknięte kanapki ze śniadania, zawinęła je w chusteczkę, zgniotła i wsunęła do kieszeni szlafroka. Wiedziała gdzie w parku jest studzienka kanalizacyjna, i zamierzała do niej wrzucić swoje śniadanie. Do wieczora miała spokój. Na dyżurze był tylko jeden lekarz, a pielęgniarka i salowa, które pracowały tego dnia, nie należały do nadmiernie pilnych, nikt więc nie będzie kontrolował, ile zjadła i co się stało z jedzeniem".
"Teraz jednak poczułem narastającą złość. Złość na Ankę, na siebie i na to, że akceptując jej chorobę, wcale jej nie pomagam, tylko sam staję się częścią chorego świata".
"- Ty jesteś trochę niewidoma, wiesz?
- Ja jestem niewidoma? Zgłupiałeś?
Nie wiedziałem, co mówię. Słowa wylatywały mi z usta, jakby poza moją świadomością, ale zupełnie nie chciało mi się ich zatrzymywać.
- No naprawdę, ty ludzi nie widzisz.
- Jakich ludzi?
- Ano takich sobie, szarych jak ja, Kaśka i jeszcze paru przyjaciół, i...
- I kt?
- I chyba twoja matka... - powiedziałem i po raz pierwszy zrozumiałrm, że w zyciu nic nie jest czarno-białe".
18 paź 2014
14 paź 2014
13 paź 2014
19#
12:30
Do picia kawy znakomicie pasują książki Janusza Leona Wiśniewskiego. Kawa i pierniki, bądź inne ciastka. Teraz, po raz drugi kupiona, "Samotność w sieci". Kupiłam sobie samotność. Wydanie jest inne niż to, które kiedyś miałam. Tamto to był tryptyk. Zastanawiam się, czy by jej nie kupić ponownie.
Elija, Jade i Roswell chcą, bym poświęciła im trochę czasu, i uwagi, ale ja jakoś nie mogę się do tego zebrać.
Do picia kawy znakomicie pasują książki Janusza Leona Wiśniewskiego. Kawa i pierniki, bądź inne ciastka. Teraz, po raz drugi kupiona, "Samotność w sieci". Kupiłam sobie samotność. Wydanie jest inne niż to, które kiedyś miałam. Tamto to był tryptyk. Zastanawiam się, czy by jej nie kupić ponownie.
Elija, Jade i Roswell chcą, bym poświęciła im trochę czasu, i uwagi, ale ja jakoś nie mogę się do tego zebrać.
12 paź 2014
Gayle Forman "Zostań, jeśli kochasz"
"- Nie wierzę, że znalazłabyś tam pięciu ludzi, którzy o nim słyszeli. A przy okazji, co to w ogóle za nazwisko? Koleś pochodzi z getta, czy co? Yo Mama!
- Jest Chińczykiem.
Adam pokręcił głową i się roześmiał.
- Znam masę Chińczyków. Mają nazwiska w rodzaju Wei Chin albo Lee coś tam. Nie Yo-Yo Ma.
- Nie znieważaj mistrza - skarciłam go".
"Zrozumiałam, co to znaczy wyładować energię w tłumie i jednocześnie czerpać energię od innych. Pod sceną, kiedy zabawa się rozkręciła, każdy nie tyle tańczył, czy biegał, ile dawał się porwać wirowi".
"- Zdaniem Kim, to znaczy, że jesteś głęboka - powiedziałam. - Ciągle powtarza, że świat dzieli się na ludzi, którzy sobie wyobrażają własny pogrzeb i takich, którzy tego nie robią, i że osoby inteligentne oraz artyści w naturalny sposób zaliczają się do pierwszej kategorii.
- Więc co ty byś chciała? - spytał Adam.
- <<Requiem>> Mozarta - odpowiedziałam. Obrejrzałam się na rodziców. - Bez obaw, nie mam myśli samobójczych ani nic w tym rodzaju".
"Ciepły koc mroku, który by zakrył wszystko. Sen bez snów. Słyszałam, jak ludzie mówili o śnie zmarłych. Czy tym właśnie wydawałaby się śmierć? Najprzyjemniejszą, najrozkoszniejszą, najgłębszą, niekończącą się drzemką? Jeśli tak, to proszę bardzo. Jeśli na tym polega umieranie, nie mam nic przeciwko".
Anna Janko "Dziewczyna z zapałkami"
"Wtedy dopiero warto brać się do pisania,
kiedy mamy odwagę napisać to, czego nie
mielibyśmy odwagi powiedzieć w oczy.
Emil Cioran".
"Jednak niepokój matki, jej bezsenność, depresja, ba, groźba schizofrenii, nawet szpitala psychiatrycznego wisiały nad młodością Ha. niby ciężki żyrandol na cienkiej żyłce".
"Kto tam jest w środku, kto jest swe mnie tym kimś, kto przeraża"?
"Gdy znów na mnie popatrzył, był całkiem inny. Miał szerokie, szkliste spojrzenie kogoś, kto miał za sobą podróż, ale nie cały z niej powrócił".
"Stojąc i pochylając się w jego strumieniu, by podnieść z dna coś na pamiątkę - kamyk, muszlę. Sięgając leniwie. Powoli się prostując. Mrużąc oczy w słońcu. Bo kim jest czlowiek, który pędzi wciąż naprzód, nie przyglądając się minutom swego życia, który nie wita i nie żegna godzin jak kogoś bliskiego, nie ogląda się za wczorajszym dniem?
Nie ma swej historii.
Jest nikim, naprawdę nikim.
Jest postacią z nie napisanej powieści, w języku, którym nie mówi żaden lud na ziemi".
"Kochankowie są dobrzy. Bez końca gładzą swoje ciała, jakby karmili się przez dłonie. Głaszczą się wzajemnie, jakby się chcieli namaścić blaskiem. Mrużą oczy z rozkoszy. Dotykają spojrzeniem, a widzą wargami. Ich usta są tak przewrażliwione, że samo muśnięcie oddechem zapala ognie w głębinach ciała. Języki jedwabniki. Twoje policzki szorstkie o poranku. Witaj. Dotknij mnie. Połóż się na mnie, by świat nie zniknął. Kochankowie są dobrzy. Każdego ranka wybaczają światu. Dotykanie, głaskanie, ocieranie się, przenikanie".
"Ale dotykaliśmy się, godzinami, przez siedem wieczorów; przeplataliśmy sobie wzajemnie nogi i ręce, języki i spojrzenia w świetle księżyca, który płynął powolutku po cienkiej różowej zasłonce. Zasypialiśmy głodni i przesyceni zarazem".
"Wczoraj rozkrzyczał się akurat, gdy się z Pawiem kochaliśmy. Chciałam się natychmiast zerwać, ale Paw jeszcze mocniej przydusił mnie do tapczanu. Prawie nie mogłam oddychać. Czułam z jaką nienawiścią robi dalej to, co robił, a co miało być miłością.
Jakby mnie bić chciał".
"Pomyślałam, że teraz jestem bardzo wesołym smutnym człowiekiem. Często żartuję i staram się, żeby z wierzchu było wesoło. Wtedy mniej odczuwam tę powagę bytu, która jest mi ciężarem..."
"Niezbyt wiele mamy na zawsze, a jednak wydaje mi się, że to, co zapisane, zostaje uratowane i jest potem jak odnaleziony skarb, cenne znalezisko, wiecznotrwała chwila.
Ludzie, którzy nie zapisują swojego życia, wydają mi się szaleńcami, lekkoduchami, umierają cali każdego dnia, nawet o tym nie wiedząc".
"A ja bym chciała stracić przytomność. Przeminąć. Już więcej nie być.
W moim ciele mieszka skurczona, napięta istota, która nie wie, czym jest i co ma robić. Nie uskrzydla jej ani miłość, ani wolność, ani poezja. Ona patrzy ze mnie przez okienka oczu, potem przez okna domu i potem przez błękitne, przeźdroczyste tafle nieba, tam gdzie mieszczą się boskie stajnie Platońskich idei".
"Nenek poszedł do przedszkola, bo muszę w maju oddać pracę magisterską (wieczna studentka...). Jest tam bardzo biedny. Wraca z rękawami sztywnymi od wycierania zasmarkanego nosa i spłakanej buzi. Nic tsm nie je".
"Leżysz z otwartymi oczami i patrzysz, jak blaknie noc, jak rozwiązuje się kek czarny wór, w którym spędziłaś tyle godzin, na przemian śniąc koszmary i przeżuwając strzępy jawy. Czekasz na światło świtu, które jest także ciszą, kojącą, leczniczą ciszą; ona zgasi ten zgiełk myśli, męczących dialogów, co się nie mogą przerwać w rozgorączkowanej jaźni".
"Historia ma przerwę, nie dzieje się nic. Pospolite polowanie na proszek do zębów, na papier toaletowy, życie jak w motku szklanej waty - niby miękko, a każdy ruch boli".
"Ból uwielbia się łączyć na przykład ze wstydem i upokorzeniem albo z nienawiścią, na przykład do siebie samego, albo z miłością łączy się ból i wtedy niekoniecznie poprzez ciało, bo i przez duszę się dostaje do piersi i schodzi głębiej, i boli całkowicie fizycznie, aż się nie można wyprostować..."
"A jeśli w kimś się budzi większy obszar mózgu, to musi za to zapłacić szaleństwem"
"Jeśli ktoś zmienia osobowość i czuje, a on naprawdę czuje, że jest Napoleonem, a więc przekracza czas i siebie, to znaczy, że jest schizofrenikem i koniec, kropka: pomyleniec, zastrzyki i prochy".
"Na co dzień wydaje się nam, że to my źyjemy, my, indywidua. Aż nagle, w jakiejś chwili, dowiadujemy się, że żyje nami coś o wiele potężniejszego i to coś może nas wynieść wysoko w górę albo zatracić".
"Placzki - w Grecji, we Włoszech, w starych kulturach - jakże były potrzebne! Przejmowały na siebie część bólu, krzycząc za cierpiących, rozdzierając na sobie szaty, rozdrapując twarze. My, ludzie nowocześni, wyosobnieni, nie znajdujemy wytchnienia we wspólnocie i dlatego częściej popełniamy samobójstwa".
"<<Śnie, który uczysz umierać człowieka>>. (To Kochanowski).
Budzimy się o świcie. Jak na granicy życia i śmierci. Czekamy, leżąc, aż za oknem stworzy się świat. Czasem czujemy niewytłumaczalny lęk - że się nie stworzy. Że ptaki już się nie odezwą. Że słońce nie wzejdzie.
Ale przecież wschodzi.
I zaczyna się nowy dzień, kolejny dzień naszego życia".
"Mam uczucie, jakby mnie zamknęli w psychiatryku. Całą noc nie spałam, doglądając gorączkujących dzieci. Albo siedziałam na materacu. Alebo stalam w oknie sztywna ze strachu. Jezioro nocą jest niesamowite. Martwe łodzie i ich żywe cienie na wodzie. Wiatr gra na wantach jakąś upiorną pieśń. Wycie psa".
"Popatrz, jakie mam żyły na rękach... Słuchaj, która to jest ta żyła, co ją sobie samobójcy przecinają, ta tętnica?
- No co ty, zwariowałaś? Ona jest głęboko, nie widać jej.
- To jak oni ją sobie tak łatwo znajdują?
- Wcale nie latwo. To głęboko. I bardzo boli. Czy te informacje są ci potrzebne do książki?
- Wszystko jest potrzebne. Tam będą same ekstremy...
- Już ja to widzę, to ekstrementy. A właściwie to co jest dzisiaj na obiad"?
"Siedzę na materacu i słucham <<Koncertu d-moll>> Sibeliusa. Gra Izaak Stern. Tylko on tak potrafi zagrać geizdanie na skrzypcach.
Gdy muzyka sięga szczytów piękna, to, co estetyczne, staje się etyczne. Chcemy wciąż tego słuchać, by czuć dobro".
"Czy na przykład Teda Hughesa wytrącały ze zwykłej równowagi próby samobójcze jego żony? Czy po każdym takim incydencie miłość pojawiała się na nowo? W komcu i tak ją zostawił, poetkę Sylvię Plath z maleńkimi dziećmi w półzrujnowanym, zimnym domu, gdzieś poza granicami swojego świata, uprzednio jeszcze kciuk jej złamawszy w walce wręcz...
Wsadzić głowę do piecyka gazowego, jak ona... No, ale przecież włosy się spalą. Nie! Co ja mówię, przecież gazu się nie zapala. To ma być otrucie, nie samospalenie".
"Powinien być już dzień. Radio podało godzinę i inne szczegóły, mimo to ciemność nie ustąpiła.
Ciało zakopane w szarej pościeli jak pod stertą jesiennych liści.
Wstawać... Jak tu wstawać, gdy brakuje początku, za co się chwycić, o co się oprzeć, gdy rozsypuje się każda myśl, gdy tylko pojawi się w głowie. Było wczoraj, będzie jutro. Było jutro, będzie wczoraj. Ale teraz, teraz jest NIC. Rozpadam się jak rzeźba z piasku...".
"Jej życie nic nie jest warte; zmarnowane, zaprzepaszczone, zakłamane, zamienione w gorzkie pigułki dni. Średnio po trzydzieści w opakowaniu na jeden miesiąc. Razy dwanaście przez cały rok. Przyjmowane latami. Tysiące gorzkich dni, przełykanych w ponurym nastroju, w nienawistnych myślach, w żalu do Boga, który jest niesprawiedliwy i którego nie ma. Tysiące dni we łzach wylewanych pokątnie nad miską przy obieraniu kartofli".
"Uciekając od Twórcy, paradoksalnie się do niego zbliżamy, oczywiście wbrew Jego woli. Bo przekraczamy przypisane nam formy i granice. To prawda, że bardzo niewielu ludzi zdobywa się na takie transgresje i prawie nigdy "kompleksowo", totalnie. Robią to geniusze i tylko w pewnych dziedzinach życia: w nauce, w sztuce, w szalenstwie..."
"Z dialogów małżeńskich:
- O co ci chodzi?
- O nic.
- Co ci jest?
- Nic.
- Czemu nic nie mówisz?
- Bo nie mam nic do powiedzenia.
- Może pójdziemy gdzieś?
- Gdzie?
- Nie wiem.
- Ja też nie wiem.
<<Miłość nie zostaje opuszczona, jeśli sama nie odchodzi>>. Święty Augustyn".
"Scribere necesse est, vivere non est necesse. Pisanie jest konieczne, życie nie jest konieczne. Ilu <<zarażonych pismem" użyło tej parafrazy? Pisanie jest moją jawą, życie jest snem. Odpływa noc, nastaje dzień, a ja wynurzam się jak łódź, która ma dno także od góry, świat mnie widzi, ale ja nie widzę świata".
"Dlatego powinniśmy wstawać rano i mówić wszystkiemu: wstajemy, nie damy się, będziemy żyć i śledzić życie, aż w końcu dowiemy się, dokąd ono prowadzi".
"Niekiedy mam wrażenie, że jestem tu tylko po to, by przeżywać te swoje marne męki, a potem je opisywać najpiękniej, jak się da.
Bez formy nic nie ma znaczenia. Jest tylko strumieniem śmiecia. Strumieniem, w którym stoi czyjeś <<ja>> i płacze, czyli dolewa łez do strumienia".
"O tak. Serce może pękać, a dusza boli jak ciało. Nie w metaforze, ale w piersiach, pod żebrami, pod mostkiem.
Straszna jest pusta, która zostaje po miłości.
Właśnie przeżyłam koniec swojej. Wiem to na pewno. Leżałam na łóżku z przepaścią w piersi, a przestrzeń wokół mnie była niczym nie zamaskowanym kosmosem, czyli także przepaścią. To była samotność jakaś nieludzka, nieziemska. Tak się będzie czuł być może ostatni człowiek na ziemi, gdy dostanie telegram, że nie ma Boga...
Zapalilam lampę, by zmniejszyć świat, bo już nie mogłam wytrzymać tego Ogromu.
Zobaczyłam stół, fotel biblioteczkę.
O, rzeczy, jesteście takie dobre dla nas, jesteście naszą przytomnością i parawanem, i zbroją. Zwykłe rzeczy, zwykłe zdarzenia, codzienna spoleczna przemiana materii, to wszystko, co nas tak pochłania, zajmuje - sprzątanie, kupowanie, czytanie gazet, chodzenie do fryzjera - to nas ratuje przed jakąś wielką grozą, która czeka bardzo blisko, za cienkimi drzwiami, wystarczy zły sen, odejście bliskiej istoty albo choroba. Groza czeka tuż-tuż".
"Bo naprawdę mocno być - można tylko wobec kogoś. Czy nie jest tak, że w pustym mieszkaniu, sami dla siebie, jesteśmy tylko psychiczną chmurą, która na przykład zasłania albo odsłania słońce, z której pada deszcz (łez) albo biją wściekłe pioruny?
To inni nadają nam kształt. To dla innych trzymamy formę. Dlatego samotność bywa zabójcza. Dlatego ludzie trwają w złych związkach tak długo, jak się da, dopóki z nich samo nie oblezie to obce ciało - partnera, który jest może najgorszy z możliwych, lae jest. Bo jak to tak, odejść do NIKOGO? Rozpadu się boimy, dezintegracji osobowości, bezimienności. Chyba że ktoś lub coś nas wyrwie, wyzwoli, na nowo stworzy"!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

















