31 lip 2014

#12


<klik>

~8:51
Znowu się to zdarzyło. W przerwie przepisywania tekstu, gdy czekałam, aż się on zapisze - na tablecie to zawsze chwilę trwa - położyłam się na łóżku i zapadłam w drzemkę.
Leżałam na łóżku w takiej samej pozycji, ale nie mogłam się ruszyć nawet o milimetr. Oczy miałam otwarte. Jedynie nimi mogłam poruszać, rozglądając się spanikowanie. W piekarku piekł się cały kurczak, a ja nie mogłam wstać i go wyjąć. Leżąc w tym stanie jednocześnie wspinałam się na segment, zmuszając do tego swoje zesztywniałe ciało. Potem, gdy już dotarłam na górę, spadałam na podłogę, upadając na bok, ale w moim pokoju jest zbyt mało miejsca pomiędzy meblami, a łóżkiem, by móc pozwolić sobie na taki manewr, ale jakoś spadałam na podłogę, nieźle się obijając, czasami leciała za mną doniczka z kwiatkiem. Gdy już pozbierałam się i sprzątałam tą ziemię, zbierając ją łopatką, znów pogrążyłam się w tym stanie hmm paralizu i tylko ruszałam oczami, nie mogąc się z niego uwolnić.
W końcu, po nie więcej, niż dwudziestu minutach, ocknęłam się z tej drzemki i od razu złapałam za telefon leżący obok, by to zapisać.
Nigdy więcej drzemek.

"Otwórz swoje oczy, do góry spójrz,
czy już widzisz morze gwiazd?
Za każdym razem gdy
zobaczysz je to wspomnij nas...

Tak nagle Cię zabrakło, ucichł Twój
śmiech, już Cię nie ma pośród nas
Lecz Twój ciepły głos w naszych
sercach brzmi przez cały czas.
Choć dotknąć Cię nie sposób, to
jakoś tak trudno odczuć nam ten brak
Jesteś jednym z nas, cząstką całości,
znasz nasz mały świat."

To nie moje.

28 lip 2014

11#


12:50
Ana nie lubi lodów.
Ale to i tak moja dobra przyjaciółka.
Zazwyczaj.

14:19
Siedzę sobie bibliotece i pobieram 'Yes or no 1" i "Yes or no 2". Ciekawe, czy zdążę je pobrać do godizny 15:00, bo o tej porze zamykają i ciekawe, czy wystarczy mi miejsc na pendrivie. Mam tylko ten jeden. Mój trup telefon przed chwilą już drugi raz dzisiaj się wyłączył, co oznacza, że w październiku kupuję nowy, dotykowy i najlepiej z Adroidem. Mam nadzieję, że ten dożyje tego czasu, bo październik jest dopiero za dwa miesiące z kawałkiem. Od pewno czasu trudno jest mi zebrać myśli i sklecić jakiś sensowny wpis. Zaniedbuję pisanie opowiadań, swojego kochanka i siebie też zaniedbuję. Mam strasznie przesuszoną skórę i chodzi mi ona z nosa, czasami też z czoła. Komputer mam w tej bibliotece za darmo, bo kiedyś w tamtym roku oddałam im dużo książek. Dostałam za to jeszcze pendive'a 8GB, który póżniej zepsułam i zapodziałam i długopis, który tylko gdzieś zapodziałam, może wyrzuciłam. Ani trochę nie jest mi szkoda tych rzeczy.Jestem przypadkiem, który kwalifikuje się do leczenia psychiatrycznego, obserwacji w szpitalu i pewnie zażywania leków. GDYBY BYŁA TAKA MOŻLIWOŚĆ, TO BEZ WAHANIA PODDAŁABYM SIĘ ELEKTROWSTRZĄSOM. Ale tym cywilizowanym, ze znieczuleniem i w ogóle.

27 lip 2014

Ka Hancock, "Tańcząc na rozbitym szkle"

Dziennik = w trakcie leczenia = wgląd w siebie
7 czerwca 2011 - sesja z Gleasonem

 Tym razem wydobycie się z dołka zajmuje mi aż tydzień. Ale przynajmniej, stojąc nad przepaścią, nie poddałem się i nie wpadłem w otchłań. Wiedziałem, że jestem w tarapatach i balansowałem na krawędzi. Po raz kolejny wyobraziłem sobie, że mogę unieść stopę i wbić się w powietrze - pikować, a potem wznieść się nad czeluścią, która wiedziałem o tym - mogłaby mnie pochłonąć. Nieraz mi się to zdarzało. Na szczęście teraz nie.
 Tak właśnie wygląda moje życie: nieustanne zbliżanie się do krawędzi przepaści i odsuwanie od niej. Owa przepaść raz mnie fascynuje, a kiedy indziej przeraża - kryje się w niej to, co w danej chwili podsuwa mi moja chora wyobraźnia. Trzymanie się od niej na dystans to mój absolutny imperatyw, ale im bardziej się do niej zbliżam, tym lepiej się czuję. Albo tym gorzej. I to jest właśnie ironia losu, ponieważ czuję kompulsywny pociąg do niebezpieczeństwa: im bardziej zbliżam się do otchłani, tym bliżej niej chcę się znaleźć. Czeluść skrywa jakąś niepojętą możliwość ucieczki - czasem to nie wysłowionq radość, a kiedy indziej ból tak dotkliwy, że wymyka się próbom opisu. W obu przypadkach przepaść przyzywa mnie kłamstwami brzmiącymi jak obietnice. Łagodne, uwodzicielskie kłamstwa, którym nie zawsze potrafię się oprzeć.
 Leki pomagają. One i regularna terapia. Moja własna siła woli też jest przydatna, jeśli tylko jestem w stanie ją w sobie znaleźć. Podobnie mój rozum, który ku mojemu zdumieniu nie do końca podlega regułom działania mego defektywnego mózgu. Osiągnąłem pełnię mądrości, jaką może dać osobiste doświadczenie. Niemal zawsze jestem świadom tego, co się ze mną dzieje, choć czasem niejako obserwuję to z dystansu, jak widz. Ale i tak usiłuję wzrożyć którąś z licznych strategii pozwalających uchronić się przed runięciem w otchłań. Nie zawsze z powodzeniam.
 Największy wpływ ma na mnie moja żona. To dzięki niej z taką determinacją usiłuję zachować dystans do przepaści, choć nie zawsze mi się to udaje. Czasem, na przykład gdy ona choruje, krawędź zbliża się do mnie. Ale czasem dzieje się tak bez powodu. Czeluść rozszerza się w jakiś niewytłumaczalny sposób, nawet gdy od niej uciekam - kiedy uciekam, by ocalić życie - aż w końcu tracę grunt pod stopami i znowu jestem zgubiony mimo swych najszczerszych starań.
 Większość ludzi w ogóle nie zauważa owej otchłani, ale dla tych, którzy cierpią na chorobę afektywną dwubiegunową, stanowi ona wielkie zagrożenie. Wiem, że mówię, jakbym był uzależniony od narkotyków, ale żaden narkotyk nie wywołuje takich doznań, jakie wyzwala mania tuż przed tym, zanim poczujesz jej cios. Żaden też narkotyk nie wywołuje takiej rozpaczy, gdy się jest pod jego działaniem.

7 czerwca - później

 Gdy po raz kolejny przeczytałem wprowadzenie do mojego dziennika, chciałem spraedzić, czy nie ma tam charakterystycznych dla mnie bzdur, które sprawią, że mój psychiatra Gleason Webb podrze go i każe mi pisać od nowa. Ale nie widzę żadnych ustępów, w których bym przesadził. Jak na mnie jest to duże osiągnięcie. Myślę, że opisałem swoją sytuację całkiem nieźle jak na świra.
 Na Lucy czekałem na frontowych schodach tego starego zakładu dla obłąkanych, który czasem jawi mi się jako mój drugi dom. Miałem dobry dzień, i to pod każdym względem. Czułem, jak znowu powoli, lecz nieuchronnie zaczyna się wyłaniać moje niezrównoważone ego. Muszę przyznać, że stęskniłem się za tym facetem. Cieszyłem się na jego powrót. Nie jest on zbyt ekscytujący, ale jest mi z nim dobrze. Mam poczucie bezpieczeństwa i mogę liczyć na jego bydtrość umysłu.
 Zerknąłem na zegarek, zastanawiając się, gdzie jest Lucy - mówiła, że o tej porze już tu będzie. Wstałem i zacząłem nerwowo chodzić wte i wewte, szybko jednak usiadłem z powrotem. Zjawi się, kiedy się zjawi, nie ma się czym denerwować. Zachichotałem, ponieważ tak po prostu zdałem sobie sprawę, że moje lekarstwa działają. Byłem w stanie przeprowadzać analizy, więc się uśmiechnąłem... Psychotropy jednak czynią cuda. To uszczęśliwi Lucy - lubiła zrównoważonego gościa bardziej niż tego drugiego mnie. Nie, to nie do końca prawda. Kochała mnie - człowieka, który się składa z części wybrakowanych, nadmiarowych i wadliwych. Kochała je wszystkie. Mówiła, że nie ma wyboru, bobw przeciwnym razie jej miłość w ogóle nie miałaby sensu. Przysięgła to sobie przed laty i słowa dotrzymała. Dacie temu wiarę? Nie przestaję podziwiać tej kobiety. Zwłaszcza w takich okresach jak te, gdy pierwszą rzeczą, jaką widzę jasno, kiedy mój mózg uwalnia się od mgły zasnuwającej przepaść, jest jej miłość. Każdy świr powinien mieć takie szczęście".

"Wydawało mi się nawet, że w tych ciemnych oczach, które zaledwie kilka dni temy były dzikie i nieobecne, potrafię dostrzec mojego dawnego Mickeya".

"W zeszłym tygodniu Mickey był chorobliwie pobudzony i miał olbrzymie pokłady energii. Zawsze tak się działo, kiedy sam sobie zaczynał dozować leki. Na tym właśnie polegał cały kłopot z Mickeyem - kontrolowanie oznak depresji, za pomocą na przykład prozacu, może doprowadzić do hipomanii - która zwykle wzbudzała w nim radość i z której niechętnie się leczył. Zawsze wydawało mu się, że potrafi gromadzić energię. Ale tym razem mimo usiłowań lekarza Mickey przestał sypiać. Gdyby nie medyczna interwencja, nastąpiłaby psychoza. Dzięki skorygowaniu dawek zażywanych przez Mickeya leków i jego hospitalizacji w Edgemont jego stan oscylował wokół tego, co reszta świata uznawała za normalność, a co sam Mickey nieszczególnie sobie cenił. Lecz z manii wychodził łatwiej niż z okresów depresji".

"Po latach wytrwałych badań Gleason - doktor Gleason Webb - w końcu znalazł dający efekty zestaw leków na cyklofrenię Mickeya. Zestaw, który mój mąż czasem porzucał z powodów znanych tylko jemu, czego rezultatem był stopniowy nawrót choroby. Właśnie na tym etapie byliśmy obecnie. Aby Mickey zachował spokój, musiał codziennie zażywać małą garść pigułek. Brał leki na utrzymanie zrównoważonego nastroju, zwykły węglan litu, czasem depakote, a często jedno i drugie. Zażywał też risperdal, dzięki któremu nie słyszał głosów, neurontin, dzięki któremu nie miał drgawek po risperdalu, symmetrel, zwalczający symptomy podobne do symptomów choroby Parkinsona, które mogą się pojawić w następnie zażywania depakote, propranolol zapobiegający drżeniu ciała i benadryl przeciwdziałający sztywnieniu mięśni, będącemu następstwem owego drżenia. Ponadto brał klonopin na uspokojenie, a na bezsenność ambien. Nie liczę antydepresantów, które włączano, kiedy zachodziła taka potrzeba. Wszystkie one działały niczym czarodziejska różdżka, sprawiając, że zachowanie, nastroje i zachowanie Mickeya były całkiem normale. Przynosiły jednak takitaki efekt tylko wtedy, gdy Mickey brał je o wskazanych porach, co zdarzało się niezbyt często".

"- Pamiętam wszystko, co zdarzyło się tamtej nocy. Nie mogłem uwierzyć, że naprawdę mnie pocałowałaś. Nie mogłem uwierzyć, byś dała mi swój numer.
- Dlaczego? Spodobałeś mi się.
Pokręcił głową, nagle poważniejąc.
- To o n ci się spodobał".

"24 czerwca 2011 - notatki z myślą o terapii grupowej

 W mojej rodzinie istnieje genetyczne obciążenie chorobą afektywną dwubiegunową. Cierpiała na nią moja mama i ja również ją mam. Nie jestem pewien, jak jest w przypadku mojego brata. Zauważyłem, że niektórzy sądzą, że choroba wszystko wyjaśnia, wszystko usprawiedliwia lub przekreśla. To nie jest fair. Człowiek jest nieskończenie skomplkowany. Wolę myśleć o swojej chorobie psychicznym jako o pewnym dodatku do pozostałej części mej osoby, traktować ją jak coś w rodzaju emocjonalnej cukrzycy. Depakote to obecnie moja insulina, nastrój to mój poziom cukru we krwi. Jak wszyscy inni grzeczni cukrzycy muszę dokładać starań, by zażywać właściwe leki o wskazanych porach. Jeśli tego nie zrobię, choruję.
 By to zaburzenie okiełznać, trzeba mieć trochę sprawności. Trzeba mieć charakter, by panować nad chorobą, w innym wypadku to ona przejmuje kontrolę nad twoim życiem. Czasem trzeba mieć przewodnika. W moim przypadku jest nim przeznaczenie. A moje przeznsczenie to Lucy. Niezależnie od tego, czy kryję się w ciemnym kącie, czy stoję na płaskowyżu zalanym oślepiającym słońcem, moim celem jest zawsze powrót do niej. Gleason mawia, że tym właśnie różnię się od mojej matki - ona nie miała żadnych dążeń, nigdy nie istniało dla niej nic ważniejszego od jej choroby. Nie ufała niczemu poza nią. Ani mojemu ojcu, ani mnie czy mojemy bratu. Jej świat obracał się wokół jej bólu - ciemnego, gęstego, wszechobejmującego emocjonalnego bólu. To on ją definiował. Ja nie pozwalam, by definiował mnie.
 Ale znam taki ból. To dlatego oszukuję, przyjmując lekarstwa".

"10 czerwca 2011

 Pożegnałem się z dziewczynami w dyżurce pielęgniarek, a Peony przepuściła mnie przez drzwi.
- Bądź już teraz grzeczny, Michael - powiedziała.
 Zasalutowałem przed nią. W teakcie trwania naszego małżeństwa byłem hospitalizowany pięć razy, a cztery razy zanim się ożeniłem. Peony wie, że robię, co w mej mocy.
 Lubię iść piechotą z Edgemont. Nie jest to długa droga, a ja lubię odwracać się plecami do szpitala. To symboliczne. Trafiałem tu w różnych stadiach zamętu psychicznego. Bywałem przerażony, a z czasem zaszedłem zbyt daleko, by odczuwać przerażenie. Zdarzało się, że byłem pogrążonybw takim letargu, że nie mogłem ustać na nogach, albo tak nakręcony, że nie mogłem usiedzieć w miejscu. I choć zawsze otaczano mnie tu dobrą opieką, nadal myślę o pobycie w szpitalu z lekkim lękiem.
 Pamiętam, że pewnego razy, kiedy byłem mały, moja mama była tam przez kilka tygodni - tak nam się przynajmniej - a potem pojechaliśmy z tatą ją odebrać. Tata nie chciał, żebyśmy z bratem wchodzili do środka, więc zaczekaliśmy w samochodzie. Dawid czytał komiks, a obserwowałem drzwi wejściowe o oczekiwaniu na rodziców.
- Wiesz, że oni przypiekają jej mózg, co? - powiedział do mnie Dawid.
- Co to znaczy?
- Elektrowstrząsy. Sprawiają, że mózg zaczyna skwierczeć. Pewnie nie będzie nawet pamiętała naszych imion... więc nie oczekuj zbyt wiele.
Dawid był ode mnie pięć lat starszy i wierzyłem we wszystko, co mi mówił. Ale tym razem się mylil. Mama trochę zabawnie szła, jakby kręciło się jej w głowie. Tata jej pomagał. Lecz kiedy nas zobaczyła, rozplakała się. Usiadła od razu na tylnym siedzeniu, przytuliła nas, ucałowała i dosłownie wypłakiwała sobie oczy. Pamiętała nasze imiona.
 Nie rozpoznała naszego domu, ale nasze imiona pamiętała..."

"- To chyba nie musi być nic niewłaściwego, prawda"?

"30 kwietnia

 Teoretycznie szaleńcowi trudno jest szaleć z miłości, ale... najwyraźniej nie jest to niemożliwe. Mówię o tym, ponieważ kiedy byłem z Lucy, nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Znałem mnóstwo kobiet, ale nie rozumiałem władzy, jaką ta dziewczyna roztoczyła nade mną nieomal w chwili, w której ją poznałem. Zastanawiałem się często, jak stan zakochania - mówię tu o prawdziwej miłości - wpływa na ludzi, którzy nie martwią się chorobą umysłową. Zapewne przede wszystkim nie muszą oni najpierw ze wszystkich sił, na jakie stać człowieka, starać się go wystrzegać. Nie myślą, że powini odrzucić tę miłość, ponieważ nie można ufać uczuciom; nie muszą też sobie wyobrażać dotkliwego porzucenia, nieuchronnego, kiedy choroba ujawni się w calej pełni. Ale ja byłem już stracony po naszej pierwszej randce... i przerażalo mnie to. Bałem się o nią. Kiedy zaczęliśmy się przed sobą stopniowo odsłaniać, nie mogłem do końca uwierzyć, że jej nie odstręczam. Nogdy jeszcze nie otworzyłem się przed nikim aż do tego stopnia. Nie chciałem. Ale Lucy tak bardzo pragnęła wniknąć w to, jaki jestem naprawdę, że nie potrafiłem się temu oprzeć.
 Jej nieustraszoność trochę mnie przerażała. Ale być może to właśnie ją zyskuje człowiek, kiedy przydarzy mu się w życiu to, co najgorsze. Utrata rodziców sprawiała, że Lucy była niczym studnia - miała w sobie tak wiele niezwykłych cech. Ale czy mogłem temu zaufać? Albo ona?
 Lucy autentycznie wierzyła, że potrafi poradzić sobie ze wszystkim, jeśli tylko wie, czego ma się spodziewać. Chciała znać wszystkie karty, tak by mogła opracować najwłaściwszą strategię. Nie wiedziała jednak, że w przypadku takiego faceta jak ja owa talia jest niczym zmieniający się za oknem krajobraz podatny na działanie żywiołów. Próbowałem ją ostrzec. I choć zaczynałem się w niej zakochiwać wydało mi się to czymś niewłaściwym. Już sama myśl o zdobyciu Lucy, skrzywdzeniu jej, wystraszeniu czy jej utracie zupełnie mnie przytłaczała. KilkaKilka razy usiłowałem uchronić ją przed życiem ze mną, ale jej przez cały tan czas nawet powieka nie drgnęła.
 Nawet wtedy, gdy powinna".

"Wiedziałam na pewno jedno: że zakochuję się z mężczyźnie, który już w swoje jedenaste urodziny stwierdził, że jest inny od reszty świata. W mężczyźnie, którego z czasem zaczęło przerażać to, jak działa jego umysł. Zakochałam się w mężczyźnie, który robił wszystko, bym zrozumiała, ze czuje się czasem nieśmiertelny i że bywa bardzo ekspansywny, zaborczy i nieskory do skruchy".

"Kiedy wyjawiłam mu, dlaczego się tu zjawiłam, powiedział, że mądra ze mnie dziewczyna, skoro chcę sprawdzić, co kryje się pod powierzchnią".

"Doktor Webb uważał, że przede wszystkim powinnam zrozumieć głębokie depresje, które całkowicie paraliżowały Mickeya. Dlatego rejestrował, kiedy Mickey zstępował do tego mrocznego piekła, gdzie z trudem mógł oddychać, kiedy to przestawało mu zależeć na tym, czy będzie dalej żył, czy nie. Dołożył starań, bym zrozumiała, jak szybko hipomania może doprowadzić do załamania nerwowego. Wręczyl mi książki dotyczące leków, tak że mogłam zgromadzić jakąś wiedzę praktyczną na temat tych, jakie zażywał mój chłopak. Mickey dał mi swój dziennik, w którym opisywał swoje stany mianiakalo-depresyjne, bym mogła zrozumieć jegojego niezdolność do kontrolowania jego odlotów. Bardzo zależało mu na tym, bym pojęła jego chorobę. Wyjaśniał swą wynikającą z psychozy potrzebę z wyścigu z samym sobą; starał się niejako wyprzedzić samego siebie, by potem wrócić do punktu wyjścia, dostrajając rzeczywistość do własnych pragnień".

" - Lucy!!! - krzyczał. - Czy możesz choć spróbować rozumieć, jak to jest, kiedy człowiek ukrywa przed światem fakt, że jest wariatem? Czy możesz sobie wyobrazić człowieka, który nauczył się udawać przed wszystkimi własną odmienność? Ten człowiek to ja. Noszę maskę. Pod nią jestem szaleńcem, ale potrafię udawać kogoś zupełnie normalnego. Umiem kontrolować swoją potrzebę krzyku, obiecując sobie w takich chwilach, że wykrzyczę się później. Wiem, jak panować nad irytacją. Nadaję jej fotmy społecznie akceptowalne i powtarzam sobie, że pofolguję jej potem. Kiedy będę sam! Nie rozumiesz tego, Lucy? Jeśli się na to zdecydujemy, nigdy już nie będę sam! Zawsze ty będziesz ze mną. BędzieszBędziesz obecna, gdy nie będę w stanie dłużej nad sobą panować. Wystraszę cię wtedy i mnie zostawisz.
 - Nie zostawię.
 - Nie możesz być tego pewna. Nie znasz mnie! - krzyczał.
 Próbowałam go objąć, ale odsunął się i zaczął od początku:
 - Lucy, nie sluchasz mnie. Umiem udawać! Wiem, jak sprawiać wrażenie całkowicie zdrowego psychicznie, gdy jest to konieczne. Ale to nie trwa długo. I muszę wyrzucić to z siebie, kiedy jestem sam.
 - No i co z tego? Wolisz być sam, niż radzić sobie ze mną?
 Widziałam, że moje pyranie zabolało go, ale było już za późno, by mógł się zatrzymać.
 - Tak, do cholery! Zdaje się, że to właśnie wolę!
 Przytaknęłam w milczeniu. Bolała mnie głowa i poczułam łzy w oczach.
 - Zakochałam się w tobie. To, że stoisz tu i zachowujesz się jak ostatni idiota, już tego nie zmieni. Ale to ty musisz zdecydować! To ty próbujesz mnie wypchnąć ze swojego życia. Decyzja należy więc do ciebie. Nie potrafię zrobić nic więcej, by udowodnić, ile jestem warta. Jeśli to, kim jestem, ci nie wystarcza i naprawdę potrzebujesz samotności, to pewnie tak musi być.
 Mickey wyglądał, jakbym go spoliczkowała, ale byłam już tak zmęczona i zła, że sama nie wiedziałam, jak jeszcze mam próbować.
  - Idź do domu, Mickey. Idź do domu, bądź sam i oddawaj się swojemu szaleństwu, jeśli tego właśnie potrzebujesz.
 - Lucy...
 Spojrzałam na niego i usilnie starałam się nie rozpłakać. Nie do końca mi się to udało, ale podnioslam głowę i spojrzałam mu prosto w oczy.
 - Mickey, naprawdę uważam, że każda osoba zasługuje na to, by mieć na tym szalonym świecie kogoś, kto będzie gotów o nią powalczyć. Nawet ja. Lecz nikt o mnie walczy. Dlatego jestem skończona".

Wypakowałam właśnie zakupy po powrocie do domu, kiedy Mickey zadzwonił do mnie pięć razy w ciągu niespełna godziny. Najpierw tylko po to, żeby powiedzieć, że mnie kocha - wyglądało to tak, jakby mówił niemal na bezdechu - potem, by zapytać, gdzie są pędzle do malowania, o czym nie miałam pojęcia. Przy następnym telefonie bezustannie się śmiał, oświadczając, że zapomnia, po co dzwoni. Minutę później, by znowu mi przypomnieć, że wciąż nie może znaleźć swoich spodenek. Znowu? Ani razu o tym nie wspomniał... Ostatni raz zadzwoniłz prosząc z rozpaczą w głosie, bym przestała zamęczać go telefonami.
 - Lucy, mówię poważnie. Usiłuję to skończyć... Co ty właściwie wyrabiasz?
 - Mickey, to ty do mnie zadzwoniłeś - powiedziałam, czując przyśpieszone bicie serca.
 - Co takiego? Och, przepraszam. Nie, to niemożliwe.
 - Mickey? Kochanie?
 Nie odpowiedział. Upuścił telefon, a ja słyszałam jego jęk. A może śmiech. Tak czy inaczej brzmiało to histerycznie.
  - Mickey! - krzyknęłam do słuchawki, po czym wrzuciłam mleko do lodówki, wsiadłam do auta i pojechałam prosto do niego, by sprawdzić, czy wszystko w porządku".

"Tak właśnie czułam się w tej chwili - jakby wszystko, czego dowiedziałam się do tej pory, było swego rodzaju ćwiczeniami, choć rzeczywisty alarm nie miał nigdy wybrzmieć".

"Moim oczom ukazał się właśnie dom Mickeya, kiedy we wstecznym lusterku zamigotało mi czerwono-niebieskie światło. Ścisnęłam kierownicę, ale się nie zatrzymałam. Przysięgam, że gdyby ktoś poza mną był na drodze, zatrzymałabym się, ale nie było żywej duszy, a ja musiałam się dostać do Mickeya, więc tylko dodałam gazu i - modlác się, by gliny nie zaczęły pościgu - skręciłam w żwirową alejkę i zatrzymałam się przed domem, po czym pobiegłam do drzwi wejściowych na jego tyłach. Były szeroko otwarte. I ani śladu Mickeya.
 - Mickey?!
 W przedsionku też go nie było.
 - Mickey!
 Również w kuchni, skąd jednak musiał wypaść przed momentem, gdyż panował tu nieopisany bałagan. Na stole i na podłodze leżało kilka nagryzmolonych gorączkowo kartek. Zebrałam je i zobaczyłam, że to list do mnie. Wtedy go usłyszałam.
 - Gdzie jesteś, Mic?! - krzyknęlam, wpychając kartki do tylnych kieszeni spodni.
 Puściłam się pędem korytarzem w stronę holu, gdzie Mickey od kilku tygodni pracował nad schodami. Kiedy ukazał mi się za rogu, chciało mi się płakać i krzyczeć jednocześnie. Chciałam też przebudzić się z tego koszmaru - bo to był koszmar, i to jeszcze jaki! Piękna podłoga, która w zeszłym tygodniu została pieczołowicie zabezpieczona papierem, teraz była odsłonięta i zachlapana niebieską farbą. Ściany utytłane były farbą pomarańczową, która ściekała z nich, tworząc kałuże przy listwach podłogowych. Na schodach, które Mickey pokrywał pokostem na najwyższy połysk, widniały świeże ślady stóp, a balustrady były w kilku miejscach umazane dającą fatalny efekt kombinacją kilku kolorów. U szczytu schodów tkwił sam Mickey, nagi i umorusany farbą.
 Jęknęlam ze zgrozy.
 - Co ty wyrabiasz?
 Wstał spiesznie, wywracając puszkę z żółtą farbą, a ja wpatrywałam się zauroczona w żółty strumień spływający ze schodów w moją stronę. Dopiero śmiech Mickeya wyrwał mnie z odrętwienia. Nie był to śmiech, który słyszałam kiedykolwiek wcześniej.
 - Wcześnie pani przychodzi! Proszę wejść. Jest pani z biura Realtor? Powiedziałem im, żeby pojawili się o trzeciej, ale cóż... - teatralnym gestem wskazał swoje dzieło. - Sądzę, że chwyta pani mój zamysł. Przy wejściu powinien być jakiś mocny akcent, bo już od progu powinno się być pod wrażeniem, no nie? Ma pani może jakiś sok? Potrzebuję paliwa. Sok z winogron to świetny antyoksydant! Oglądałem o tym program na kanale o zdrowiu. Na ten cholerny show przynieśli dwugłowe dziecko. Przysięgam! Jest pani sama czy przysłali cale biuro?
 - Mickey, to ja. Lucy.
 - Lucy? Tak ma na imię moja dziewczyna. Cholera, czy ja krwawię?
 Najwyraźniej dopiero teraz zauważył, że jest pokryty czymś, co przypominało krew. Zaczął miotać się u szczytu schodów, usiłując znaleźć na swym ciele ranę. Popędziłam przez hol w jego stronę, starając się nie poślizgnąć w kałużach rozlanej farby.
 - Mickey, kochanie, wszystko w porządku. To nie krew. Mickey, słyszysz mnie?
 Okładał się teraz obiema rękami po twarzy. Bałam się, że straci równowagę i runie ze schodów. Kiedy się do niego zbliżyłam, próbowałam chwycić go za dłoń, ale była zbyt śliska.
 - Co się dzieje? Nie, nie! Nie! - wykrzykiwał w narastając panice. - Co to jest?
 - Mickey! Kochanie!
 Nie wiedziałam, co robić. Nie mogłam skupić na sobie jego uwagi i stałam po prostu, krzycząc na niego. Pobiegłam do łazienki, chwycilam ręcznik, który następnie zarzuciłam mu na ramiona, mocno go obejmując.
 - Mickey? Mickey! Spójrz na mnie, skarbie!
 Trząsł się i wydawał dziwne pomruki, zupełnie jak jakieś zwierzę. Trzymałam go mocno, ale był silniejszy ode mnie, a jego strach - bez względu na to, co go wywoływało - tylko dodawał mu siły.
 Usłyszałam na dole kroki i zaczęłam się zastanawiać, czy Mickey naprawdę zadzwonił do firmy Realtor. Ale to był policjant. Stanął z dłonią na kolbie pistoletu.
 - Zejdźcie na dół - powiedział, wydobywając broń z kabury.
 Przez chwilę wydawało się, że Mickey się uspokoił. Już zupelnie tego nie ogarniałam. Nagle przypomniałam sobie migoczące światło policyjnego koguta i swą szaleńczą jazdę. Zapewne to właśnie temu policjantowi uciekłam w pelnym pędzie.
 - Dzięki Bogu - ożywił się Mickey. - Proszę tylko na mnie spojrzeć! Krwawię jak zarżnięte prosię. Zostałem postrzelony. Pomyślałem, że przydałby mi się gliniarz, i oto pan jest! Co pan tu właściwie robi!? Nie umie pan pukać!? Nie możesz pan tak po prostu włamywać się do czyjegoś domu ze swoim pistolecikiem i odznaką. Mam swoje prawa! Na przykład: moja prawa noga, moja prawa ręka. Pan też pewnie masz swoje!
 - Micket, bądź cicho!
 Zerknął na mnie dziko i zrzucił z siebie ręcznik.
 - A ty ktoś taka, kobieto?! Wynoś się z mojego domu!
 - Panie władzo, teraz! - rzuciłam się w stronę policjanta, który zrobil kilka kroków przez hol i usiłował piorunującym wzrokiem nakłonic Mickeya do współpracy, ale ten przybrał postawę kota gotującego się do skoku.
 Zaczęrpnęłam głęboko powietrza, starając się zignorować szalone bicie serca. Wyszłam przed Mickeya i powiedziałam do policjanta:
 - Niech pan zadzwoni na 911. Mój narzeczony nie jest niebezpieczny. Jest tylko całkiem nagi, ma urojenia i trzeba go zabrać do szpitala. Czy może mi pan pomóc?
 Policjant wciąż piorunował nas wzrokiem, więc dodałam:
 - Niech pan posłucha. To właśnie dlatego tak szybko jechałam. Nazywam się Lucy Houston, a to jest Mickey Chandler. Mieszka tutaj. Może mnie pan później aresztować, ale w tej chwili on ma atak choroby psychicznej! Nie krwawi! Nie został postrzelony! Cierpi na cyklofrenię i - jak pan widzi - w tym momencie nie czuje się najlepiej! Bardzo pana proszę!! - wykrzykiwalam to wszystko poprzez przekleństwa mamrotane przez Mickeya, który zdał sobie sprawę, że zrujnował balustrady.
 Policjanta najwyraźniej przekonał mój racjonalny wywód, ponieważ opuścił broń i zadzwonil po karetkę
 - Dziękuję - powiedzialam, nagle uświadamiając sobie, że cała się trzęsę.
 Godzinę póżniej w tym samym szpitalu, w którym przed rokiem przegadaliśmy pół nocy, Mickey leżał przywiązany do łóżka, wciąż upaćkany farbą, cały spocony, w stanie psychozy. Nie poznawał mnie. W świecie, w którym teraz przebywał, byłam obcą osobą.

 "Zrzędliwa pielęgniarka starała się przy Mickeyu jak mogła, ale on pluł na nią. Wykrzykiwał też nieprzyzwoite rzeczy, a żyły na jego szyi nabrzmialy niczym postronki".

"Kiedy szykowałam się do łóżka, kieszeni wypadły mi kartki, które znazłam w domu Mickeya. Wygładziłam je. Nie rozpoznałam charakteru jego pisma: chaotyczne gryzmoły przypominały wytwór ręki dziecka, słowa rzucane były na papier w pośpiechu, może w desperacji. Nie było znaków przystankowych, a na końcu nie było już żadnych odstępów między słowami.

 Moja Lucy,
 Jestem na haju zrobiłem coś złego gdy zacząłem to zauważać nie powiedziałem nikomu nie powiedziałem Gleasonowi ani nikomu innemu bo wydawało mi się cudowne mieć tyle energii i tyle wiary czuję się niezwyciężony mam wrażenie że mogę zrobić wszystko Teraz idę za szybko żeby się samodzielnie zatrzymać i coś się wydarzy i chcę cię ostrzec żebyś się nie bała nigdy bym nie chciał żebyś się mnie bała umarłbym gdybym cię wystraszył Luc jestem nerwowy i tracę wątek Nawet kiedy to piszę nie mogę spokojnie usiedzieć nie mogę przestać myśleć co zrobić żeby zatrzymać to uczucie wrócić do tego co było wczoraj to był dobry dzień i spojrzeć na dzień dzisiejszy który był jeszcze lepszym dniem aż do teraz Część mojego mózgu które jeszcze działa wie że się rozwalę że się rozwalam widzę jak rzeczy poruszają się a nie powinny się poruszać jestem w chmurze iona sięśmieje widzęjakcoś spada cieknieze szczelin Tojestczerwone potemjest niebieskie wiemżenieprawdziwe Staram sięśpieszyć żebyCi powiedziećprzepraszam To nie zdarzyło się od tak dawna że zapomnialem o tym by być ostrożnym Dzięki Tobie jestem taki radosny alemojej radości nie można ufać Nie nietomiałem na myśli Ty jesteś szczęściemTy wszystkimco radosne pięknewspaniałe na świecie i takbardzo sięmartwię że sprawię że zacznieszmnienienawidzićbo znowu nawaliłem i udawałem że czuję się dobrze kiedyobiecałem Ci że nie będę udawałNie potrafię Ci wyjaśnić co się zemnądzieje Nie chcesz wiedzieć że usiłuję trzymaćsięzdaleka od krawędzi, ale nie potrafięUnoszę się nadkrawędziąi spadnę Przepraszam kocham Cię kocham Cię kocham Cię Gdyby moja miłość byłabydoskonalsza utonęłabyś w jej odmęcieTaka jestjest wielka Nie przestrasz sięmnie Proszęproszę proszę nie bój sięmnie Cokolwiek nie powiem lub zrobię kiedy mnie następnym razem zobaczysz jestem pewien że nie mamtego na myśli Chyba że powiem kochaCię Bo to jedynatrwała niezachwiana rzecz którą mam jeśli zadzwonią do Ciebie żebyś przyjechała do szpitala nie przyjeżdżaj Proszę nieprzyjeżdżaj Niechcę żebyś mnie widziałatakiego nigdy nie chciałemżebyśmnietakiegowidziala ZadzwońdoGleasonaonumie wyjaśnić zadzwonię do Ciebie kiedyznowuodzyskamgłowę KochamCię kochamCięMic".

Cdn.

EDIT 31.07.2014

"Chciałam, żeby Mickey mnie pożałował, ale kiedy spojrzałam na jego pogrążoną we śnie potężną postać, nie miałam serca go budzić. Tak właśnie sypiał, kiedy czuł się lepiej. Żadnego niepokoju, lęków. Oczywiście to wyższa dawka ambienu pomagała mu osiągnać ten stan. Pocałowałam go w nos i wyszłam z łóżka".

"Kiedy tamtego dnia uściskałam mamę, po raz pierwszy w życiu jej postać wydała mi się drobna. Wiedziałam, że zaczyna chudnąć, że stopniowo marnieje, ale aż do owej chwili nie miałam pojęcia, że coś z nią jest nie tak. W gruncie rzeczy nadal wszystkiw zarządzała, a jej dziecko nie miało się czym martwić. Ale wyraźnie zapamiętałam sobie ów dzień jako ten, w którym moja matka zaczęła umierać. Cztery miesiące później, tuż po moich siedemnastych urodzinach, już nie żyła".

"- Musisz się zająć wlasnym życiem, a nie życiem Lucy. Odejdę tylko wtedy, gdy ona mnie o to poprosi. Więc chyba musisz sama ją do tego skłonić. Masz na to czas terqz, bo jeśli ośmielisz się wtrącać w nasze sprawy, gdy będziemy już małżeństwem...
- Grozisz mi?
Uśmiechnąłem się.
- Nie. Po prostu serdecznie ci radzę, żebyś nie próbowała wchodzić w drogę umysłowo choremu człowiekowi, który bez wątpienia potrafi zniszczyć komuś życie".

"7 lipca 2011

 Wszystko świetnie się układało i czułem się znakomicie: dziecko i towarzyszące temu podniecenie, najróżniejsze plany, ja i Lucy stający się sobie coraz bliżsi, budujący
wspólny dom dla naszej powiększającej się rodziny... Ilekroć widziałem dziecko w wózku, czułem jak uderza mi do głowy fala szczęścia i uświadamiałem sobie, że muszę nad nią zapanować. Ilekroć wchodziłem do sypialni i spoglądałem na zakupiony przez nas dziecięcy fotelik, zaczynałem się śmiać, po czym samego siebie za to ganiłem. I nie chodziło tylko o dziecko. Nie mogłem się nacieszyć swoją żoną - dotykaniem jej, wzdychaniem jej zapachu, jej widokiem. Ogarnął mnie lęk, że oto cienka granica oddzielająca moją radość od patologii zaczyna się zacierać i że tańczę na linie rozpiętej nad przepaścią. Zdrowy człowiek nie musi kwestionować natury swego dobrego samopoczucia. Ale osoba z zaburzeniami nastroju, usiłująca znaleźć równowagę, naprawdę musi trzymać rękę na pulsie. Wszystkie te obsesje sprawiły, że stałem się nerwowy. Porozmawiałem o tym z Gleasonem. Przepisał mi lamictal".

"4 sierpnia 2011

Pełen cykl. Znany mi w najdrobniejszych szczegółach. Raz do głosu dochodzę ja sam, a raz moje leki. Już dwa miesiące upłynęły od czasu, gdy wypisano mnie ze szpitala. Uwolniłem się od fazy maniakalnej. Cieszę się, że faza spadania na poziom zero nie nastąpiła zbyt szybko, ani zbyt gwałtownie, bo gdy tak się dzieje, mogę przebić się na drugą stronę, sięgając dna depresji, zapadając się w czarną dziurę.
Wówczas nic się nie liczy i na niczym mi nie zależy. Ale na razie nie ma to znaczenia, gdyż życie jest piękne. A nawet gdyby nie było, moje poważne depresje były nader nieliczne i zdarzały się w znacznych odstępach czasu. Dzieje się tak przypuszczalnie dlatego, że jestem bardzo podatny na leki antydepresyjne - do tego stopnia, że mogę z latwością popaść w manię. Moja równowaga jest bardzo chwiejna. Usiłuję asiągnąć margines zdrowia psychicznego, zwany bezpieczną krawędzią hipomanii. Jeśli cyklofrenia ma jakąś zaletę, to właśnie tę: ów stan pobudzrnia, którego niestety nie można przedłużyć. Nie jest on statyczny; ma swoją dynamikę. Ostatecznie - gdy się go nie zablokuje - prowadzi do czegoś, co Gleason nazywa punktem irracjonalności, kiedy to jestem pogrążony w głębokiej psychozie, lecz o tym nie wiem.
 Mój cykl przebiega, jak następuje: drobne zakłócenia snu, mieszanka nastrojów, potem zaburzenie poczucia rzeczywistości, a zakłócenia snu się pogłębiają. Następnie zaczynają płynnie następować jedne po drugich błyskotliwe pomysły, z początku powoli, potem coraz natarczywiej, aż wreszcie przelewają się wezbranym sumieniem przez sito mojego mózgu. Usiłuję je wyławiać - tak bardzo są ciekawe - lecz przeciekają przeciekają mi przez palce jak woda. Zaburzenia snu są coraz większe, nie występuje zmęczenie, przeciwnie: jestem pobudzony. Myśli mam wciąż jasne, ale z wolna zaczynam krytykować własne posunięcia. Swoje postępowanie mogę skorygować właśnie z tego miejsca, lecz nie wtedy, gdy zabrnę w to choćby o krok dalej. Czuję się jednak tak dobrze, pracując jak szatan, bez zmrużenia oka i bez potrzeby sny, tryskając energią, że brak mi tylko kolejnych par rąk, by to wszystko zorganizować. Wszystko? To znaczy co konkretnie? Wszystko zaczyna wymykać mi się z rąk. Myśli zaczyną się mącić, ale zdaję sobie sprawę, że tracę panowanie nad sytuacja. Potrzebuję snu, lecz nie mogę teraz spać, ponieważ nie potrafię uspokoić mojego umysłu. To właśnie jest owa krawędź. Jeszcze jeden krok i zaczynam spadać, nie uświadając sobie tego. Jestem wściekły, gdyz każdy zdaje się mnie krytykować, mówiac mi, jak mam żyć, co powinienem robić, a co nie. A co oni wiedzą?! Chcę się od tego uwolnić, biorę pigułki, które z jakiegoś powodu przestają działać. W tym stanie spotęgowania własnej inteligencji próbuję przechyytrzyć jednych, a wyeliminować drugich; wszyscy oni są przecież przyczyną tej mojej emocjonalnej spirali. I wciąż jestem jedną nogą na krawędzi zdrowia psychicznego, drugą zaś nad przepaścią.
 Znam dobrze ten cykl. Nauczyłem się, że sekret tkwi w zaufaniu. Nie mogę sobie ufać. Zrozumienie tego zajęło mi całe lata. Ale ufam Lucy i Gleasonowi. Również Ron i Jared nigdy mnie nie okłamali. Każdy z nich mówi, bym zaufał pigułkom i że to one pomogą mi wyhamować. U znajdę się na poziomie zero, czy też nieco wyżej, lecz nie niżej - jeśli to w ogóle możliwe. Robię, co mogę, by nie popełnić błędu: by nie pogrążyć się w rozpaczy. Choć i to jest częścią cyklu".

"5 sierpnia 2011

 W niektórych przypadkach w celu ustabilizowania stanu pomiędzy epizodami manii lub depresji stosuje się lamictal. Cieszyłem się, że ten lek najwyraźniej działa. Nadal jednak czułem się nieco pobudzony, a w nocy spałem coraz krócej. Musiałem się czymś zająć. Wczoraj padłem wyczerpany na sofę po drugiej, a już po około piątej brałem prysznic. Czułem się świetnie, skupiony, w mojej głowie panował idealny porządek bez żadnyvh wyskakujących znienacka przypadkowych konspektów. Podobało mi się to. Lucy wciąż spała, ja zaś byłem gotowy do rozpoczęcia dnia, ale ponieważ było zbyt wcześnie, żeby iść do pracy, wydobyłem laptopa i odłożone gazety. Jedną z tych rzeczy, które pomagają mi się uspokoić, jesr śledzenie moich inwestycji. Lubię obserwować sytację na rynku akcji, analizować ideks Dow Jones czy NASDAQ. Lubię przedstawiać te procesy w formie wykresów; lubię czerwoną linię łączącą rozmaite wartości na białej kartce paperu. Moim zdaniem wyraża ona sferę ładu w gospodarczym chaosie. Lucy martwi się trochę, kiedy zaczynam ją rysować, ale wbrew temu, co ona sądzi, to tylko takie moje hobby, niekoniecznie zapowiedź ataku".

"Powinnaś skupić się na mężu. Przysięgam, że po raz pierwszy nawet mnie jest jego żal. On zrobi sobie coś złego, jeśli znów zachorujesz. Mam dzieję, że zdajesz sobie z tego sprawę".

"Gdy zobaczyłam kuchnię, nieomal się rozpłakałam. Najwyraźniej Mickey miał w środku nocy ochotę na kruche ciasteczka z czekoladą. Rozsypał mąkę na podłodze i kilkakrotnie po niej przeszedł. Rozbił kilka jajek, ale nie trafił do miski, a na drzwiach kredensu widniała smuga zaschiętego białka z żółtkiem. Choć pod ręką była puszka pełna cukru, Mickey - zapewne zębami - otwarł nową dziesięciokilogramową torbę, która leżała tersz pzewrócona. Mój mąż użył najwyraźniej wszystkich posiadanych przez nas misek, a także wszystkich blach do pieczenia, z których każda była wysmarowana specyfikiem tłuszczowym crisco i przygotowana do pieczenia. Ale na żadnej nie było ciasteczek, tylko porzucony kopczyk mąki z wetkniętą weń drewnianą łyżką.
 Pośród sprzępów gazet i czasopism leżała na stole opróżniona do połowy paczka czekoladowych chipsów. Wszędzie porozrzucane były markery, klej, taśma klejąca i spinacze do papieru. Zobaczyłam też papierową teczkę z dwiema kieszeniami od wewnętrznej strony. Otworzyłam ją, a w środku znalazłam kartki papieru - co najmniej tuzin - zapisane obustronnie tylko jednym słowem: >>proszę<<. Mickry bez końca ciął i kleił kawałki papieru z nim, aż w końcu stronice gazet były całkowicie zapewnione. >>Proszę<< we wszystkich rozmiarach. Mickey pociął nawet okładkę książki dla dzieci zatytuowanej >>Proszę, nie każ mi wracać do domu z księżyca", by ukraść , niej >>proszę<<.
 Siedząc w zrujnowanej kuchni i patrząc na rozbity świat mego męża, poczułam coš więcej, niż strach. Dotykałam posklejanych kartek, których spreparowanie kosztowało go bez wątpienia wiele pracy. Postarał się. Nie pozwolił sobie na taką dekocentrację jak przy >>wypieku<< ciasteczek. Ślęczał na owymi jedynastoma stronami - a nawet dwudziestoma dwoma, jeśli liczyć obustronnie. >>Proszę<<. Do kogo Mickey adresował swoją prośbę? Do mnie? Do Boga? Do siebie samego? Proszę, nie umieraj. Proszę, nie żyw do mnie nienawiści. Proszę, uczyń mnie spójną całością. Proszę, pomóż mi. Proszę, uzdrów moją żonę. Proszę, poddaj się aborcji. Podczas, gdy ja próbowałam analizować to, co nie podlegało analizie, ocean owych >>proszę<< zmieszał się z potokiem mych łez.
  Jak długo potrwa ta spirala? Wstyd mi było, że myślę w ten sposób, ale musiałam być zdolna do wskrzeszenia w sobie nadziei, że będę miała dość czasu. Mogly upłynąć trzy miesiące, zanim Mickey odleci w inny wymiar, i tyle samo mógł trwać jego powrót do rzeczywistości. Jeśli będziemy mieli szczęście, jego stan ustabilizuje się na kilka miesięcy lub na tylko kilka tygodni. Czasem trwa to dłużej, niż rok.
 Ponownie rozejrzałam się po kuchni, po czym ukryłam twarz w dłoniach. Tym razem chodziło o coś więcej niż cjoroba Mickeya. Z nią bym sobie poradziła. Ale w połączeniu z jego poczuciem beznadziei zupełnie mnie pokonała. Nie zdolałam tym razem wykrzesać z siebie wystarczająco dużo miłości. Więc tylko zacisnęłam zęby, gotując się na to, co miało nadejść.

2 września 2011

Nikomu nie mówię o koszmarach, które miewam. Osaczają mnie na jawie, pustosząc, wyczerpując i zawstydzając. Jestem w nich oszalały i zrozpaczony - i zupełnie sam. Bóg upomniał się o Lucy i lituje się nad porzuconym, zagubionym wariatem. Biegnę, bo taki już mam nawyk, przeświadczony w swym poprapaniu, że odnajdę żonę niezależnie od tego, gdzie Bóg ją ukrył. Że odnajdę ją i znowu odzyskam siebie.
 Potem zaczynam to słyszeć, ten cichy jęk, który góruje nad każdym innym hałasem. Ona materializuje się w moich ramionach, drobna, bezbronna, a ja wpatruję się w nią przez szybę leż zrodzonych z udręki i wściekłości. Myślę, że mógłbym ją znienawidzić - jest złodziejem, który skradł życie swej matki. Moje życie. Nie chcę jej. Nie chcę jej pragnąć. Chcę, żeby Bóg ją zabrał i zwrócił mi żonę. Z głębi mych trzewi krzyczę ku temu bezsilnemu dziecku, a krzyk mój jest tak namacalny i tak głośny, że kruszeją od niego skały, których odłamki spadają na nas dwoje, na mnie i na moją córkę. Oboje krwawimy, a ja przyciągam ją do siebie, pełen daremnej skruchy, lecz ona krwawi jeszcze bardziej. Potrzebuje mnie, jak zaś czuję kompletną niemoc, której się wstydzę. Delikatnie stawiam ją na ziemi, tę dziewczynkę, która tak ufnie wpatruje się we mnie, niczego nie oczekując, odweacam się plecami do niej i - wzgardziwszy jej zaufaniem - uciekam. Biegnę, nieomal wbijam się w powietrze, lecz nie potrafię odbiec dostatecznie daleko ani biec dostacznie szybko czy dostatecznie długo, by jej nie słyszeć.
 Uwalnianie się od tego koszmaru zajmuje mi coraz więcej czasu, a obrona przed nim kosztuje mnie zdecydowanie zbyt wiele pigułek. Nawet kiedy wydaje mi się, że trzymam się w bezpiecznej odległości od tego strasznego doświadczenia, nadal nęka mnie naga rzeczywistość, niezmienna bez względu na to, ile biorę leków; nie jestem stawić jej czoła samemu. Nie jestem w stanie stawić jej czoła bez żony".

"Mickey trzymał coś luźno w pięści, kiedy rozwarlam mu dłoń, znalazłam pustą buteleczkę po lekach.
- Och, Mickey.
Ujęłam jego twarz w dłonie i usiłowałam sprawić siłą woli, by mnie zobaczył, lecz, gdy oczy uciekłu mu w głąb czaszki, zadrżałam.
- On to jadł jak cukierki - skomentowała kobieta.
- Ile tego wypił?! - krzyknęłam, unosząc butelkę stojącą nieopodal.
Rzuciłam nią o ścianę. Czerwone szkło rozprysło się na kawałki. Kobieta aż podskoczyła.
- On nie może pić! - krzyknęłam znowu. - Jest na lekach!
- To nie przeze mnie!
- Jasne! - warknęła Priscilla.
Cała drżąc, zwróciłam się do Mickeya.
- Ile wziąłeś pigułek?! - krzyknęłam. - Mickey, coś ty narobił?!
Miałam ochotę go uderzyć i krzyczeć na niego, rozłupać mu głowę na kawałki, ale trzęslam się tak bardzo, że nie byłam w stanie myśleć. Ron mnie za nadgarstek.
- Skup się, Lucy. Zabierzmy go stąd".

"Brak daty - dyktowane dla Gleasona

 Patrzyłem na samego siebie, biorącego tabletki, jedną po drugiej, czasem dwie naraz, popijałem winem, którego nie powinienem pić. Patrzyłem na samego siebie w pełni racjonalnym okiem umysłu. Patrzyłem, ale nie przestałem robić tego, co robiłem. Oczywiście, że nie. Musiałem coś zrealizować, byłem tego pewien. Ale w miarę zażywania leków coraz trudniej było mi to sobie przypomnieć. Wszystko to jest częścią planu. Wszystko jest częścią planu. Ale jakiego planu? Dziecko. No tak. Dziecko. Dziecko? Wszystko się z sobą mieszało. Lucy jest znowu chora. Ma slabe rokowania. Nie przeprowadzi aborcji. Kolejna pigułka, kolejny łyk wina. Po prostu wymieszać wszystko. Jakiż dobry miałem pomysł, żeby po prostu przespać cały ten ból. Kolejna pigułka, jeszcze więcej wina. To już prawie koniec, pomyślałem. Prawie koniec. A potem panika. Co? Zaczekaj. Wszystko się miesza..Dobry Boże, myślałem, pomóż mi. Co ja najlepszego... I to jest ostatnia rzecz, jaką pamiętam, że myślałem.

Kiedy w końcu pozwolo mi zobaczyć męża, lekarz, którego nigdy wcześniej nie widziałam, osłuchiwał mu klatkę piersiową. Gdy skończył, zawiesił sobie stetoskop na szyi i przedstawił się. Doktor Harwood wyglądał na zmęczonego, ale miał miły uśmiech. OMickeya mi, że testy krwi Mickemi wykazały mnóstwo benzodiazepiny oraz alkoholu. Wyjaśnił, że choć sam klonopin niekoniecznie musi zagrażać życiu, połączenie tych dwu substancji może się bardzo źle skończyć. Skinęłam głową, wiedziałam o tym. Nie rozumiałam tylko, dlaczego Mickey miałby to zrobić. Jedyny raz, kiedy usiłował popełnić samobójstwo, nastąpił wtedy, gdy miał bardzo silną fazę psychotyczną i był tak dalece pozbawiony jasności umysłu, że pragnął jedynie ulgi. Ale dzisiejszego wieczoru było inaczej. Po prostu nie mogłam uwierzyć, że naprawdę chciał umrzeć.
 Jeśli rzeczywiście tego pragnął, to wybrał dobry sposób, poinformował mnie Doktor Harwood. Powiedział, że przedawkowanie leków zamroczyło centralny układ nerwowy i znieczuliło go tak bardzo, że nie otrzymywał bodźców, by oddychać. Podłączono go do respiratora, by się nie udusił. Lekarz jednak był pewien, że jego zdolność do oddychania wróci, gdy organizm oczyści się z toksyn. Podłączyli mu dożylnie kroplówkę i cewnik, żeby jak najszybciej wypłukać te substancje z organizmu".

"Nie po tym, jak Gleason powiedział mi, że wszystko, co przewidzialam, się ziściło. Gdy Mickey wywołał pieklo na oddziale intensywnej terapii, Gleason przeniósł go na oddział psychiatryczny i kazał pilnować tak, jak się pilnuje samobójców".

"Sala Mickeya znajdowała się w psychiatrii ogólnej. Mijając kolejne sale, łapałam się na odruchowym zaglądaniu do środka przez otwarte drzwi. W jednej z nich chudy człowieczek chodził w kółko, mrucząc coś pod nosem. W innym kuliła się na krześle jakaś kobieta, która obrzuciła mnie spojrzeniem dziecka. Kiedy dotarłam do sali Mickeya, zwolniłam kroku i zaczęrpnęłam głęboko powietrza. Nie wiedział, że mam przyjść. Nie widziałam go od pięciu dni i oto nagle uświadomiłam sobie, że niechętnie wkraczam na ten nieznany teren. Kiedy dosłownie na chwilę przystanęłam pod jego drzwiami, usłyszałam płacz -łagodny, żałosny i rozdzierający serce. Płacz mężczyzny to chyba najbardziej poruszający z dźwięków. Dobiegł z ustawionego łóżka pod ścianą, ale sala była pogrążona w półmroku i nie mogłam rozpoznać jego twarzy.
 Kolejne łóżko stało za drzwiami. Natychmiast też zobaczyłam swojego męża, który zmierzał w kierunku płaczącego. Poruszał się wolno, ostrożnie, nieco zgarbiony pod wpływem leków i zwrócony do mnie plecami. Miał na sobie stary rdzawoczerwony szlafrok, który podrzuciłam do szpitala dzień po tym, jak tu trafił.
 - Już dobrze, John. Nie płacz - powiedział śpiewnie, chcąc uspokoić tamtego. Jego głos był odrobinę schrypnięty. Dotarł do łóżka lamentującego i usiadł na pościeli. Dobrze już, dobrze, stary. Nie bój się. Chcesz trochę wody?
 Patrzyłam, jak drżącą dłonią chwyta sterpianowy kubek z szafki. Delikatnie uniósł z poduszki głowę swojego kompana. Choć uronił trochę wody, zdolał wetknąć leżącemu słomkę do ust. Zobaczyłam, że mężczyzna był luźno przywiązany pasami unieruchamiającymi, które sprawiały, że nie mógł się podnieść z łóżka ani z niego wypaść. Również Mickeya, gdy znajdował się w stanie psychozy, zabezpieczano w ten sposób, by nie mógł chodzić.
 Teraz mój przystojny mąż w niczym nie przypominał faceta, któremu płacono za to, by był pewny siebie i wszystkich bawił. Mickey był delikatny, dobry i wyciszony, a w tej chwili był wybawcą innego pacjenta. Owszem, jego umysł uległ zaburzeniu wskutek defensywnej rekombinacji DNA, nie wspominając o lekach mających przeciwdziałać owemu zaburzeniu. Nie można było zawsze ufać jego myślom, a jego zachowanie często było efektem błędnych domysłów i źle przetworzonych informacji. Ale to był właśnie on, Mickey: człowiek o wielkim sercu i zdolności empatii, który właśnie próbował uśmierzyć leki majaczącego.
 Obserwowałam, jak odkłada kubek i ujmuje w drżącą rękę dłoń tamtego mężczyzny, spoczywającą w błagalnym geście na pościeli.
 - Już dobrze, John. Nie jesteś sam, bracie.
 - Nie zostawiaj mnie - usłyszalam zdesperowany i rozdzierający serce głos Josha.
 - Dokąd miałbym się wybierać, Josh? Na potańcówkę? Nigdzie się stąd nie ruszam.
 Mickey siedział tak ze swoim przerażonym kolegą przez jakiś czas. Niewidzącym wzrokiem wpatrywał się w ścianę i nieobecnym gestem poklepywał swego towarzysza po ręce. Po pewnym czasie powoli wstał, by okryć Josha kocem po samą szyję, a wtedy jego jęki ucichły na dobre".

 "Nie wiedziałam, co powiedzieć, więc rozejrzałam się wokół, unikając jego wzroku. Moje spojrzenie spoczęło na hafcie przedstawiającym anioła. Był perfekcyjnie wykonan, w stonowanych kolorach.Wzięłam go do rąk. Podpis brzmiał: ŚWIĘTA KRYSTYNA MISTYCZKA. Haft był bardzo stary.
 - Przynieśli mi to Muriel i Oskar. Najwyraźniej jest to to patronka szaleńców. Znaleźli ten haft w antykwariacie w Greenwich i od razu stwierdzili, że powinienem dostać go w prezencie. - Roześmiał się z wysiłkiem. - To nawet niezłe. Nie wiedziałem, że jest jakiś patron szaleńców.
 - Ja również. To trochę przerażające".

"Mężczyzna myślący racjonalnie skrył się w cieniu szaleństwa Mickeya. To on dbał, by Mickey poruszał się we właściwym kierunku, nawet kiedy ogarniało go szaleństwo. Nie zawsze wygrywał, ale ten człowiek - ten głos - stanowił ostatniá rzecz, którą Mickey sobie odpuszczał, kiedy upadał i pierwszą, po którą sięgał, kiedy wstawał. Mickey go słuchał".

"21 września 2011

 Gleason mówi, że mój stan się stabilzuje. Ale ja niem wrażenia, że jestem stabilny - czuję się tylko okiełzany. Nowe leki sprawiają, że strach nie przechodzi w panikę i pomagają mi jasno myśleć. Więżą moje szaleńcze myśli jakby w puszce, gdzie w końcu umierają, co chyba jest dobre. Nie jestem jednak pewien, czy leki eliminują je calkowicie. Chyba nie, bo czasem wydaje mi się, że widzę raka mojej żony. Nie potrafię gp dojrzeć, jakby to była inna kobieta żyjąca tam, pod skórą Lucy. Patrzę jak przejmuje wladzę nad moją żoną, aż Lucy nie może znieść już bólu. I nienawidzę samego siebie, bo nie mogę zrobić nic poza patrzeniem. Lucy nie ma wyboru, jak tylko się temu poddać i to przetrwać, a w końcu owa straszliwa rakowa wiedźma rozluźnia swój uścisk. Wtedy Lucy próbuje się uśmiechać i udawać, że nie jest tak źle, jak sądzę.
 Zapytalem Charlotte, co oznaczają te ataki. Mówi, że rak postępuje. Ja kiwam głową i biorę kolejną pigułkę".

"Widzę tego samego rozpadającego się człowieka, którym zawsze byłem. - Ujął moje dlonie. - Wieki temu powiedziałaś mi, że nie potrafisz mnie naprawić, ale możesz mnie kochać takiego, jakim jestem - rozbitego. Pamiętasz"?

"A przede wszystkim muszę być silny. Będzie mnóstwo czasu na to, by się załamać... po wszystkim. Na razie gromadzę każdy znużony uśmiech, każdy słabnący dotyk, każdy smutny pocałunek - one wypalają znamię w moim sercu".

"A teraz czeka mnie kolajna utrata. I nie mam na to najmniejszego wplywu".

"- Ona cię znała, Priss. Przypuszczalnie lepiej, niż ty kiedykolwiek znałaś samą siebie. Mawiała, że jeśli ktoś kiedyś dokopie się do twojego wnętrza, to będzie to musiał być bardzo cierpliwy człowiek i że zajmnie mu to dużo czasu.
-Nie powiedziała tego - stwierdziła cicho i bez przekonania Priscilla.
- Owszem, powiedziała. Mówiła też, że kiedy ten ktoś już tego dokona, będzie najszczęśliwszym człowiekiem na świecie".

"Przyjęli mnie do szpitala. Nie mieli wyboru. Szalałem z bólu, byłem hałaśliwy i agresywny. Moglem w takim stanie zrobić krzywdę któremuś z najdroższych mi ludzi, jakich mialem w życiu. Dzięku Bogu, tak się nie stało,ale by temu zapobiec, Gleason musiał cały czas mocno trzymać mnie za ramię. Gleason jest całkiem silny jak na takiego starego faceta.
 W końcu mój stan się ustabilizował. Siedzialem i izolatce szpitala psychiatrycznego. Wcześniej wstrzyknięto mi kilka dawek haldolu, które mnie przymuliły, lecz nie na tyle, by tamto nie mogło wrócić. Nie bylo już Lucy.
 Nie miałem pojęcia, ile przesiedziałem w tej ponurej norze. Wiedzialem tylko, że Lucy nie żyje i świadomość ta zupełnie mnie przytłoczyła. Gleason wpadł do mnie na chwilę, ale nie rozmawialiśmy. Pod wpływem leków stałem się potulny, więc gdy sobie poszedł, dwaj gburowaci pielęgniarze poprowadzili mnie korytarzem do zwykłej sali szpitalnej. Tutaj śpię, a w każdym razie lżę na łóżku, tępo wpatrując się w ścianę. Kilka razy wpadł do mnie Ron, ale - szczerze mówiąc - nie jestem pewien, czyy odwiedzał mnie przez kilka dni, czy może kilka razy tego samego dnia. Tutaj czas nic nie znaczy, a zimowe ołowiane niebo za moim oknem chyba już na zawsze miało pozostać ciemne i ponure".

"Jeszcze długo po jej wyjściu siedzialem na skraju łóżka, aż w końcu zaczęły cichnąć szpitalne odgłosy i gasnąć światla. Siedzialem tak dopóy, dopóki na korytarzu i na calym oddziale nie zapanowala cisza, a wszyscy pacjenci nie otrzymali leków i nie zostali wysłani do łóżek".

"Stałem tak przez minutę, nieco oszołomiony, zapewne wskutek leków, a może też i dlatego, że nic nie jadłem. Chcąc pozbyć się pielęgniarek, pozbyłem się zawartości tacy z jedzeniem, a jabłka i pomarańcze podawane mi przy każdym posiłku ukrylem w dolnej szufladzie szafki. Nie jadlem od wielu dni".

"Najwyższy czas się ogolić, pomyślałem, ale nie chciano mi dać brzytwy, a reszta mej godności nie pozwalała na to, by niańczono mnie jak małe dziecko".

"Dzięki nim w końcu jakoś się pozbierałem. Bylo dziesięć po jedenastej. Potem zjedliśmy zupę i trochę upieczonego przez Jan chleba na zakwasie z masłem miodowym, wypiliśmy też sok jabłkowy wyciśnięty z ich wlasnych jabłek. Wszystko wydało mi się pyszne, a przecież już tyle czasu minęło, odkąd czułem prawdziwy głód i w ogóle jadlem ze smakiem".

"Ja zostawiałem rozbite szkło". (Na grobie Lucy, bo "Lucy mawiala, że kocha mnie tak bardzo, że moglaby bez końca tańczyć ze mną na rozbitym szkle".)

Roman Szydłowski, "Wojna zaczęła się w Tarnowie"


12.07

 "Chodziłem dalej na spacery z Wandą, kochałem się dość beztrosko, nie przypuszczałem nawet, że wojna oznacza całkowite zniszczenie świata, w którym wyrosłem i do którego przywykłem. Bawił się wtedy u nas mój kuzyn Jaś Allerhand, który grał wieczorami na fortepianie. Rodzice zlikwidowali po moim wyjeździe na studia duże mieszkanie przy ulicy Wałowej i wynajęli skromniejsze przy ulicy Limanowskiego, niezbyt daleko od dworca. Była ciepła sierpniowa noc, trochę po jedenastej. Jaś grał Błękitną serenadę Plessowa. Nagle usłyszeliśmy potężną detonację. To na dworcu kolejowym wybuchła bomba, podłożona przez niemieckiego sabotażystę. Część budynku wyleciała w powietrze. Wojna zaczęła się w Tarnowie.
Potem były jeszcze czerwone plakaty mobilizacyjne na parkanie naprzeciw naszego mieszkania. Wciąż jeszcze łudziliśmy się, że najgorszego da się uniknąć. Nie moglibyśmy uwierzyć, że to jest możliwe. Rodzice pocieszali się nadzieją. I września wszystko było już jasne. O świcie padły na Tarnów, który był ważnym węzłem kolejowym, pierwsze bomby. Ojciec miał jeszcze nogę w gipsie, ale pojechał na dworzec towarowy, by sprawdzić, co się dzieje w magazynach zbożowych, powierzonych jego opiece. Było to już bez znaczenia. Zaczęła się wojna. Skończyła się moja młodość".

"Pierwsze dni września przeżyliśmy jak jak w transie. Przez miasto ciągnęły wojska, przez nasz dom przewijali się krewni i przyjaciele uchodzący na wschód przed nacierającą armią III Rzeszy. Nikt nie przypuszczał, że wszystko to pójdzie w takim tempie. Próbowałem zgłosić się do wojska, ale nik w RKU nawet o tym słyszeć nie chciał. Nie miałem karty mobilizacyjnej, nie służyłem dotąd w wojsku, ponieważ służba wojskowa dla studentów odroczona była do ukończenia studiów. Jedyny mój dotychczasowy kontakt z wojskiem - to było Przysposobienie Wojskowe w gimnazjum i jakieś zajęcia wojskowe na uniwersytecie. Byłem więc nieprzydatny, a dodatku mundurów i broni ledwo starczało dla zmobilizowanych".

"Początkowo szosa była bardzo zatłoczona wojskiem i uchodźcami. Z trudem wyjechaliśmy z Tarnowa pomiędzy oddziałami, idącymi w różnych kierunkach. Jedne dążyły za wschodzu na zachód, inne z zachodu na wschód. Niektóre zbaczały na południe, inne na północ. Jechaliśmy głównym trachtem w stronę Dębicy , Rzeszowa, który powoli pustoszał. Mijaliśmy spokojne wsie, malownicze krajobrazy, tchnące urokiem zielonych drzew i łąk, tak jakby wojna tu jeszcze nie dotarła. Nagle usłyszeliśmy warkot i nad nami pojawiły się niemieckie samoloty. Samochód zatrzymał się na poboczu szosy, a my rzuciliśmy się pędem w pole. Przycupnęliśmy w jakimś rowie. Zaterkotała seria z broni pokładowej, ale samoloty poleciały dalej. Wsiedliśmy do samochodu, lecz postanowiliśmy zboczyć z głównego traktu i jechać raczej bocznymi drogami. Szło nam to nieźle. Przejeżdżaliśmy przez jakieś małe miasteczko, chyba Jaworów (może Janów) . W rynku dopalały się zgliszcza spalonych domów. Musiały tędy przelatywać niedawno niemieckie samoloty i zrzucić tu swój niszczycielski ładunek.
 Pojechaliśmy dalej. Późnym popołudniem byliśmy we Lwowie. Tu panował jeszcze prawie spokój. Ludzie chodzili wyletnieni po ulicach, ruch był duży, ale nie wyczuwało się śladu paniki. W kawiarniach było pełno, przy stolikach toczyły się ożywione rozmowy, jak za najlepszych czasów. Zjedliśmy dobry obiad u George'a, udało się n nawet zatankować benzynę i ruszyliśmy w dalszą drogę do Stanisławowa. Tu wrażenia były już trochę inne. Na szosie dość pustej panował co prawda spokój, ale w mijanych ukraińskich wsiach wyczuwało się jakieś nieuchwytne napięcie. Widać było posterunkowych w granatowych mundurach, ale słychać było z chat śpiewy ukraińskich pieśni. Za Haliczem stawało się to coraz wyraźniejsze. Trochę zrobiło się nam nieswojo, ale nikt nas nie zaczepiał ani zatrzymywał. Wzdłuż drogi chodziły zakochane pary i grupki ukraińskiej młodzieży w pięknie wyszywanych soroczkach. Po jedenastej w nocy dotarliśmy do Stanisławowa. Mieszkał tam mój wuj, w którego obszernym mieszkaniu przy ulicy Sobieskiego było dość miejsca dla wszystkich. I tu jeszcze panował spokój, choć echa wojny docierały na rubieże Rzeczypospolitej. Rozgościliśmy się w tym pięknym, starym mieście, chodziliśmy na świetne ciastka do cukierni Krowieckiego i czekaliśmy na bieg wydarzeń. Niemcy posuwali się naprzód, podchodzili już pod Lwów, zdecydowaliśmy się więc podsunąć bliżej granicy. Po kilku dniach pojechaliśmy do Kołomyi, skąd było już tylko kilka kilometrów do granicy węgierskiej. Pan Freund ruszył swym samochodem w stronę granicy rumuńskiej, do Zaleszczyk.
 W Kołomyi czekaliśmy na to, co nastąpi. Było nas kilku chłopców. Ze Stanisławowa przyjechał z nami także Henryk Lam, mój kolega z krakowskiej uczelni. Studiował także prawo i SNP na UJ. Miał w Kołomyi krewnych czy przyjaciół, u których mogliśmy się zatrzymać.. Wkrótce trzeba było podjąć decyzję. 17 września nadeszła wiadomość, że wojska radzieckie wkraczają na teraz zachodniej Ukrainy, czyli jak się u nas mówiło - wschodniej Małopolski. Nie groziła mi już więc niemiecka okupacja. Postanowiłem wraz z kuzynem Kaziem i przyjaciółmi zostać w kraju i nie przekraczać granicy węgierskiej w Kołomyi. Zadecydowały dwie przyczyny: zdawałem sobie sprawę, że wyjazd na Węgry i dalej oznacza ostateczną utratę łączności z rodzicami, a ponadto moje lewicowe sympatie kazały mi patrzeć z nadzieją na oddziały Armii Czerwonej i na to wszystko, co ona niesie. Miałem oto jedyną w swoim życiu szansę poznania utroju, o którym tyle czytałem i słyszałem. Nie musiałem wcale tam jechać. To on przyszedł do mnie. Dla Kazia sprawa była prosta. Był komunistą, jego decyzja nie wymagała nawet zastanowienia. Wróciliśmy więc pierwszym z pociągiem z Kołomyi do Stanisławowa. Zamieszkałem u wuja i zacząłem przyglądać się nowym czasom.
 Początkowo nastroje były bardzo przychylne. Wszyscy byli radzi, że udało się uniknąć okupacji hitlerowskiej. Życie toczyło się normalnie, zaopatrzenie było niezłe, żołnierze Armii Czerwonej zachowywali się w sposób zdyscyplinowany. Gdzieniegdzie zakwaterowani oficerowie, bardzo grzeczni i uczynni dla ludności cywilnej.
 Wkrótce nadeszły do Stanisławowa wiadomości o tym, że we Lwowie zostały uruchomione wyższe uczelnie. Postanowiłem więc pojechać i spróbować szczęścia. Może uda mi się dostać na IV rok prawa i ukończyć w ten sposób studia. We Lwowie znalazłem sobie przede wszystkim locum w Domu Akademickim przy ulicy Sobińskiego, zwanym popularanie Sobińcem. Mieszkało tam wielu bieżeńców, studentów, którzy zamierzali tu zostać i studiować na jednej z uczelni. Było wśród nich wielu komunistów lub zdecydowanych sympatyków lewicy. Młodzież zgromadzona we Lwowie miała wówczas cztery możliwości: iść górami przez zieloną granicę na Węgry, wracać przez przemyśł do domu, zostać we Lwowie i próbować kontynuować studia lub zarejestrować się na wyjazd do pracy w głąb Związku Radzieckiego".

"Zamieszkaliśmy we wspólnym pokoju w Domu Akademickim przy ulicy Sobińskiego i zaczęliśmy prowadzić życie bieżeńców. Było już dość chłodno, ale w pokojach naszego Domu czynne były kuchenki gazowe, więc paliliśmy gaz, gotowaliśmy na nim nasze skromne obiadki i ktoś wpadł na pomysł, by kłaść na ogniu cegłę, która się rozgrzewała do czerwoności i stanowiła coś w rodzaju prymitywnego kaloryfera".

"Był Władysław Broniewski, który mówił na pamiętnym wieczorze swoje nowe wiersze: Idzie żołnież z niemieckiej niewoli, wiersz o synu niepodległej pieśni i gniewne strofy o tym, że pragnie, by hejnał szumiał czerwonym sztandarem, nawołując Białoruś i Ukrainę, by mu podały swój sierp i młot niepodległy".

"Robiło się coraz zimniej. Zaczynała się sroga zima 1939/1940. Zaczęto już także dobierać nam się do skóry, ponieważ nie byliśmy studentami. Groziła nam eksmisja z Domu Akademickiego. Lwów nam się bardzo podobał. Chodziliśmy od czasu do czasu na dobre obiadki do restauracji Lintnera, czasem na tańsze, alerównież bardzo smaczne u Schweitzera, niekiedy udało się moim rodzicom przekazać pieniądze za pośrednictwem ludzi, którzy przechodzili przez zieloną granicę z Tarnowa do Lwowa. Stefan sprzedał precjoza, które zabrał z domu, i tak jakoś żyliśmy. Coraź wyraźniejsze było jednak, że zimy we Lwowie nie przetrwamy. Wówczas postanowiliśmy się przenieść do Stanisławowa".

"Nadeszła wiosna, bardzo piękna w tym roku, wszystko szłoby jak najlepiej, gdyby nie smutne wieści z frontów II wojny światowej. Niemcy zajęli Danię i Norwegię, złamali opór Francji. Rozmawialiśmy o tym z przerażeniem, choć nikt nie wątpił ani przez chwilę, że Hitler przegra te wielkie zmagania".

Cdn.

10#


Znalazłam w Internecie listę imion męskich i wybrałam te co fajniejsze. Najbardziej podobają mi się te zaczynające się na literę "j", ale reszta też jest w porządku.

Joshua    Drake
Haruto     Gabe
Ren          Al
Daizuki   Ali
Juhani    Domin
Tim          Hubert
Christopher January
Jihmi            Joann
Mitchell        Juda
Jonathan     Nahdi
Jared            Shane

24 lip 2014

Grażyna Jagielska, "Miłość z kamienia"


    "Poszliśmy do parku zaraz po przyjeździe, jakby to było to właściwe miejsce, do którego mnie przywiózł, a dom ze skrzydłem szpitalnym był czymś dodatkowym i mniej ważnym. A może chodziło mu o rzekę, że tak ładnie płynie odgrodzona gęstą siatką od ludzi w parku i wszelkiej nadziei lub pokusy, jaką mogą dawać takie wzburzone, chłonne wody".

"Życie z kimś, kto może umrzeć kilka razy do roku, ma swoje dobre strony, choć nie od razu daje się to zauważyć. Wiara ww życie jest wtedy inna, bardziej przypomina pory roku, odnawia się po każdym załamaniu mimo wszystko o wiele silniejsza. Jest to wiara w bardzo krótkie odcinki życia: do przyszłego miesiąca, do świąt, do wiosny. Myśli się dzięki temu jaśniej i silniej odczuwa różne rzeczy, jak to przed śmiercią, nie ma czasu na błędy. Czasu traci się mniej i ogólnie podejmuje trafniejsze decyzje - moja babka mówiła, że taką klarowność w głowie ma się tylko przed śmiercią, swoją albo cudzą. Żyje się w takiej ciągłej klarowności, podejmując trafne decyzje - babka nie mówiła, jak długo tak można.
    Teraz lekarze każą mi myśleć o czymś przyjemnym. I żeby codziennie znaleźć jedną rzecz, która daje mi radość albo ulgę, może być nawet ta sama, co wczoraj, byle nie była to myśl o śmierci moje męża".

"A więc, jak dla większości ludzi, wojna ma dla niego romantyczny posmak, jest miejscem dla bohaterów. Udowadnia się na niej własną wartość i wychodzi z tego zwycięsko, w blasku reflektorów, bez jednego zadrapania. A właśnie po nim się tego nie spodziewałam, bo przecież zabił człowieka. Opowiadam mu tę historię, której nie opowiedziałam jeszcze nikomu, właśnie dlatego, że zabił człowieka. Powinien wiedzieć, jak tam jest, po tej ciemniejszej stronie, gdzie nie obowiązuje prawo do życia. Powinien wiedzieć, że tam nie ma miejsca na ekscytację, bohaterskie ucieczki przed ostrzałem i kłanianie się publiczności. >>Patrzcie, jak pięknie, znowu mi się udało, jeśli chcecie, wykonam ten numer jeszcze raz". To terytorium śmierci i rozpaczy. Tam się nie ukazuje własnej twarzy, to najlepsza chwila na bezimienność. Kogoś, kto naprawdę otarł się o śmierć, taka potrzeba pojawia się niemal bezwiednie".

    "Tak dużo, że nie sposób sobie tego wyobrazić - pomyślałam. - A ile wyjazdów na wojnę można sobie wyobrazić? - zagadnęłam tę drugą osobę, która zawsze była ze mną i przetrwała wszystko".

    "Bałam się, że pojadę do Inguszetii, a Taja naprawdę będzie taka jak w moich widziadłach, przewleczona na lewą stronę ofiara wojny i dziennikarstwa. Będzie miała otarcia i rany cięt, zrosty po rosyjskim pułku piechoty. Krwista miazga, która siedzi w moim fotelu, raz po raz pyta, czemu do niej nie przyjechałam.
    - Ciągle tam jest? - pyta Lucjan.
    - Tak".

7#


<klik> <klik>

13:18
"Brał leki na utrzymanie zrównoważonego nastroju, zwykły węglan litu, czasem depakone, a czasem jedno i drugie. Zażywał też risperdal, dzięki któremu nie słyszał głosów, neurontin, dzięki któremu nie miał drgawek po risperdalu, symmetrel, zwalczający symptomy podobne do symptomów choroby Parkinsona, które mogą pojawić się w następnie zażywania depakone, propranolol zapobiegający drżeniu ciała i benadryl przeciwdziałający sztywnieniu mięśni, będących następstwem owego
drżenia".
Powyższy fragment pochodzi z książki Ka Hancock, pt. "Tańcząc na rozbitym szkle". Swego czasu zażywałam hydroksyzynę i właśnie depakine, ale mi nie podawano żadnych leków powstrzymujących drżenie ciała, tak więc drżały mi ręce, a do tego ciągle chciało mi się spać i ciągle było mi gorąco. Po wyjściu ze szpitala przestałam zażywać hydroksyzynę i depakine. Nie odczułam żadnych zmian po ich samowolnym odstawieniu, więc po co je zażywałam?
Czują gorzką satysfakcję, dlatego, że wiem takie rzeczy, a normalni ludzie nie mają o nich pojęcia. Siedzę w pokoju, który niekiedy jest moim azylem przed całym światem i
jestem teraz w tym pokoju całkiem, całkiem sama. Na dworze pada deszcz, ale nie zacina tak bardzo jak wczoraj, jednak parasol wciąż jest potrzebny. Parasol, którego nie mam. Wczoraj w końcu zaczęłam poprawiać pewne opowiadanie. Może je wreszcie skończę.

14:12
Na śniadanie zjadłam powietrze, a przed chwilą, w sam raz na obiad, pochłonęłam kupioną w Biedronce bułkę z jednym plastrem boczku, pieczarkami i odrobiną sosu, chyba pomidorowego, bo był czerwony. Zjadłam to w drodze, idąc po udko kurczaka z rożna dla psa. Nic więcej na razie nie jem.

14:16
Dowiadywałam się o udka, czy są i będą, ale dopiero za pół godziny. Nie opłaca mi się wracać do domu, bo mieszkam tak blisko, że ledwo wyjdę, to już zaraz będę musiała wyjść. Będzie trzeba przeczekać gdzieś te pół godziny. Czemu nie wzięłam książki?

14:24
Usiadłam sobie na przystanku, by tam posiedzieć i poczekać na tego kurczaka, słuchając muzyki, ale długo nie posiedziałam, bo wygoniło mnie jakieś osopodobne coś, latające mi nad głową. Teraz idę sobie chodnikiem. Zrobię jakieś kółko albo lub trzy i wrócę pod rożen.

14:37
Minęłam właśnie swoje przedszkole i Lidla pod którego budowę zlikwidowano duży teren zielony z krzewami, drzewami, trawą itd. To wszystko wyglądało jak mały park, ludzie chodzili tam na spacery ze swoimi psami albo i bez nich, a teraz tego już nie ma.

14:41
Minęłam właśnie wieżowiec nazywany wieżowcem samobójców. Ciekawe, czemu ma taką nazwę.

14:54
Poszukiwania dziewczyny zostały zawieszone.

15:17
Szklanka wody źródlanej, pół szklanki soku pomidorowego łagodnego, plasterek czerwonej cebuli

17:18
3 ciastka Regionalne, jeden cukierek Raczek

17:23
0,5 słoika grochówki

17:33
Wkurzyłam się i nie zjadłam całej grochówki.

??:??
Miska zupy pomidorowej z lanymi kluskami


23 lip 2014

6#


<klik>
00:19

Czasem mam wrażenie, że gdy pada rzęsisty deszcz i tłucze się o parapet w pokoju i w kuchni, to przebija się przez niego czyjś niewyraźny głos. W takich momentach czuję pewien niepokój i obchodzę całe mieszkanie. Najbardziej nie lubię wchodzić w nocy do dużego pokoju, bo w tym pomieszczeniu mam najczęśniej wrażenie, iż jest tam Jasper, że to jego pokój.

Wczoraj zorientowałam się, że przeszło mi koło nosa lipcowe wydanie tej oto gazety <klik> , a wątpię, by była ona dostępna do kupienia jako wydanie archiwalne albo w wersji elektronicznej.


5#


22 lipca, 1:45

<klik1> <klik2>

21 lip 2014

4#

Małgorzata Kalicińska, "Miłość nad rozlewiskiem"

"Chcieliśmy połączyć to z podróżą do Prowansji, bo Janne tęsknił do Gastona - swojego letniego kochanka"

"Janne był zawiedziony, bo dowiedział się, że Gaston jest w Stanach, więc poszedł do hotelu upić się i spać"

    "Janne pluł w sobie w brodę, że nie zadzwonił do Gastona i niespodzianka mu nie wyszła. Jechaliśmy do Reims, robiąc wiwisekcje naszych nieudanych romansów".

"Niedojadasz i o - chuda jesteś jak pająk korsarz. Co?
    - Może ma a... anoreksję? - sugeruje Janusz, czytając gazetę.
    - Sam masz anoreksję - burczę".

"Za moich czasów - byłaby to nie lada radość zamieszkać z chłopakiem, ot, tak, bez fochów rodziny, bez tych >>co ludzie powiedzą?<<. Mogą zwyczajnie być razem i... nie chcą. Dziwne. A może to poczucie, że to jeszcze nie czas na aż taką bliskość?"

"To takie dobre uczucie - kochać i być kochaną. Taki banał!"

"Można mu zabrać jego zabawki i on nic nie powie. Pójdzie za krzaczek i tam się wypłacze. Może pozwoliłby mi się dotknąć? Może pozwoli, bym go otworzyła?"
13.07.2014r., 10:54

"Tak na to popatrz. Mąż? No cóż, mąż to rzecz nabyta. Znajdzie się. Nie tobie jednej nie wyszło z mężem. Nie masz go. Ale zawsze możesz! Ciąża to zrządzenie losu! Dar! To dopełnienie losu kobiety." 14.07.2014r., 13:08

"Dorwał się do Gosinej biblioteki, która się rozrasta i rozrasta, bo Gosia powinna mieć zakaz wchodzenia do księgarni z gotówką."

    Mama zabrała mnie do psychiatry, swojej koleżanki w Szczytnie.
    Ta wypytała mnie o samopoczucie, porozmawiała, aż wreszcie powiedziała:
    - Dość klasyczna depresja. Zdarzało się to już? Proszę pani, nie zaczaruję pani życia, w pani przypadku przyczyna jest no... psychologiczna., zewnętrzna. I nie poradzę nic na ból serca, zawód miłosny, ale mogę złagodzić to uczucie pustki i beznadziei farmakologicznie.
    - Nie chcę - powiedziałam jak uparte dziecko.
    - Ale trzeba, moja droga, depresja taka długa zadręczy panią, może dać objawy psychosomatyczne, a przede wszystkim pchnąć do nieprzemyślanych pochopnych decyzji.
    - ...że mogę się powiesić? Myślałam o tym, ale nie zrobiłabym tego Pauli, Marysi, mamie...
    - No właśnie, ja panią jednak poproszę o zaufanie. Depresja to jak tonięcie. Niby się pani zdaje, że umie pływać, ale nie bardzo się pani chce, bo pod wodą jest cisza i błogostan. Tak jest, jak pani leży w ciemnym pokoju, prawda?
    - Prawda.
    - Prozac jest antydepresantem i mimo kontrowersji ja go cenię. On... pomaga utrzymać panią <<na powierzchni>>, sprawi, że świat zewnętrzny nie będzie pani drażnił ani nie będzie raziło słońce, zacznie pani logicznie rozmawiać. Sam prozac nie uleczy pani duszy. Trzeba psychoterapii, która pomoże znaleźć wyjście z sytuacji patowej. Rozumiemy się?"

    "Pamiętam też Rutka z mojej klasy. Ale śliczny był! Potwornie się jąkał. Przy nim Janusz to małe miki. Ale śpiewał fantastycznie i grał na gitarze. Był najładniejszy z całej szkoły. Taki śniady, delikatny. Miał włosy do ramion. Powtarzał trzecią i szóstą klasę przez to jąkanie.!

"Ma, skubany, wiedzę i erudycję. Ładnie mówi po polsku. To po babce! Mówił ci? Uczyła w szkole. I na tajnych kompletach."

3#

20 lipca

Dostałam dziś okres, o parę dni za wcześnie, i wcale się temu nie dziwię. Mam 35 książek do przeczytania, nie wiem, skąd się ich tyle wzięło ani jak to przeczytam. Nie wiem, co ma pisać. Mam za duży mętlik w głowie i nie mogę ogarnąć myśli ani sprawić, by Jasper był inny, mniej aspołeczny. Piszę te słowa na siłę i nie wiem, co bym mogła więcej napisać. Zaczynam mieć wątliwości, co do październikowego wyjazdu do Łodzi. Jeść tylko dlatego, bo ktoś mnie obserwuje uważnie, czy to robię? Udawać, że nim mi nie jest? A może w ogóle mam wyrzucić Jaspera, bo komuś jego obecność nie pasuje? Jasper jest na mnie zły, bo wie, że chcę go skrępować i zamknąć w szafie. Aktualnie udaje ścianę, a do niej gadać się nie da, więc nie mam jak go przeprosić, nawet gdybym tego żałowała, a nie żałuję.
Skończyłam dziś czytać książkę pt. "Miłość nad rozlewiskiem", Małgorzaty Kalicińskiej i "Wojna zaczęła się w Tarnowie", ale nie pamiętam, jakiego to autora jest, a nie chce mi się iść sprawdzać do drugiego pokoju. A teraz czas na zdjęcia.
<klik> 1. Książka Grażyny Jagielskiej pt. "Miłość z kamenia" 2. Żaba, którą zrobiła Danka, my sister 3. Widok z mojego balkonu; na dole wyleguje się spasiony kot sąsiadów z parteru, ze środkowego mieszkania 4. Mój psiak, Yuna, wylegujący się na moim łóżku 5. Moje bazgroły długopisem na starym paragonie 6. Miska (miseczka) zupy pomidorowej, którą zjadłam (zjadał jeszcze inne rzeczy, ale im zdjęć nie robiłam) 7. Mój psiak, Yuna, wylegujący się na moim łóżku 2 8. Książki do przeczytania w liczbie 35 - pięciu. 9 i 10. Jakieś tam niemoje zdjęcia. 11. Wisiorek na mojej szyi 12. Urodzinowy obrazek dla mnie zrobiony przez moją siostrzenicę, Izę na urodziny w roku
13. (w środku - nie moje zdjęcie) Amanda, czylli Roswell, czyli Rosół
<klik>1 i 2. Pies, którego spotkałam wracając wczoraj z Gemini Parku tj. galerii 3 i 4. Zdjęcia powoli zachodzącego słońca, które zrobiłam idąc do owej wyżej wspomnianej galerii 5, 6 i 7. Kyuhyun


18 lip 2014

17 lipca



2#

Pisane o 2:45

Chciałabym mieć dziewczynę. Chciałabym kochać ją i by ona kochała mnie. By nie wstydziła się i nie bała bycia razem. By przedstawiała mnie swoim, przypadkiem spotkanym, znajomym, a nie udawała, że nie stoję obok (nie zapominając o rodzinie). By akceptowała moje inności, odbierające od normy.
Poszukiwania dziewczyny uważam za rozpoczęte. Interesują mnie tylko poważne oferty. Tylko dziewczyny w podobnym wieku co mój (mam 21 lat), takie samo miasto zamieszkania (Tarnów), brak nałogów i jakaś pasja/pasje. Mile widziana fascynacja Azją i wszystkim, co z nią związanelat + lubienie czytania książek, ale niekoniecznie.
Aha, i jeśli komuś przeszkadza, że dziewczyny też lubię, to żegnam. Nie trzymam tu nikogo na siłę. Znikajcie bez śladu. Zajmijcie się swoimi sprawami.

17 lip 2014

Janusz L. Wiśniewski, "Moja bliskość największa"


Janusz L. Wiśniewski, "Moja bliskość największa"

10. Histeria

"Żadna fantazja erotyczna nie zastąpi uczucia całkowitego zespolenia. Celem masturbacji jest w gruncie rzeczy jedynie orgazm. Uczucie bliskości, którą osiąga się przy okazji, nie można ot tak sobie wyfantazjować. Do tego potrzeba drugiej osoby".

13. Sponsoring w psychiatryku

"Natomiast nie potrafił opowiedzieć, o czym czytał. To znaczy nikomu poza matką, która jako jedyna rozumie jego rozmyty, monosylabowy bełkot. Poza tym Damian nie umie dostrzec ani ocenić stanów emocjonalnych, w związku z tym często jest agresywny. Rozmowy z nim muszą być proste, ponieważ w przeciwnym razie nie nadąża za rozmówcą i po prostu ucieka".

"Udawanie, że chorych psychicznie wystarczy nakarmić, napoić, wykąpać i otumanić psychofarmaceutykami to obłudne pielęgnowanie pewnego wygodnego tabu. Także chorzy psychicznie mają libido. Osoby z demencją pożądają, ludzie autystyczni zaś mają normalne erekcje".

Janusz Leon Wiśniewski, "Ukrwienia"

Janusz Leon Wiśniewski, "Ukrwienia"
(zbiór opowiadań)

1. Mocne postanowienie poprawy

"Mitologiczny Narcyz złamał setki serc, sam zaś nie kochał nikogo - nawet zakochanej w nim bez pamięci nimfy Echo. Został za to ukarany przez Artemidę, która ulitowała się nad cierpieniem kolejnej umierającej z miłości do Narcyza kobiety. Sprawiła, że ujrzał on swoje odbicie w wodzie i pokochał je. Za każdym razem, gdy próbował je pocałować, ono znikało. Z rozpaczy Narcyz popełnił samobójstwo. Echo pozostała mu wierna także po jego śmierci i powtarzała jego pełne bólu i skargi słowa".

6. O miłościach w maju

"Zgaszone światło, te same westchnienia lub to samo milczenie".

9. Ukrwienie

"Potem splecenie naszych warg, smak jej śliny"

11. Daria z Ukrainy

    "Powinnam teraz płakać. Gdy wymawiam imię Daria, to z reguły płaczę. Zazwyczaj już bym płakała, ale siedzimy w poczekalni w psychiatryku i jestem od trzech tygodni na psychotropach. Albo te psychotropy naprawdę działają, albo skończyły mi się łzy".

16 lip 2014

2013


Yesung


Siwon


Henry


Sungmin


Kyuhyun


Ryeowook