Zniechęcony zamknął się w swoim pokoju. Panował tam swojski klimat: tapczan był niepościelony, brudne ciuchy z kilku dni walały się na podłodze, a puste butelki po sokach i opakowania batonów czekały, by wymiotło je tornado".
"Przychylnie usposobiony do świata gotów był lubić szkołę nawet w tym najtrudniejszym dla wszystkich uczniów dniu".
"Już podczas pierwszej lekcji Michał odkrył, jak bardzo mylił się w swych rachubach. Patrzył w okno znudzony i raz po raz zadawał sobie pytanie: <<Kurde, co ja tu robię? Jakim cudem czas w szkole miałby mi zlecieć szybciej niż na oglądaniu MTV? Chyba mnie już do reszty pogięło!>>"
"Gimnazjum, w którym dziś miał rozpocząć naukę, bardzo przypominało jego dawną szkołę. Te same szare mury, identyczny układ korytarzy i sal".
"Spojrzał na plan lekcji wiszący przy wejściu i sprawdził, gdzie zaczynają się zajęcia".
"Wszedł na drugie piętro. W tym miejscu korytarz był szeroki i widny. Mikołaj postawił plecak na parapecie i odwrócony do wszystkich tyłem spojrzał na ulicę. Może czekał, aż ta ostentacyjnie lekceważąca postawa zmusi któregoś z uczniów, by podszedł do niego i zagadał? Może nie chciał się głupio gapić? Nie znał żadnego ucznia i nikt nie znał jego. W takich sytuacjach, chyba bez udziału świadomości, włączał się w nim automatyczny pilot nakazujący nastawić obojętność na to, co się dzieje dookoła. Teraz było podobnie. Przynajmniej tak to wyglądało z zewnątrz. Ale pozornie zdystansowany i pogrążony w zadumie Mikołaj chętnie by kogoś poznał. Jednak nie był Michałem, a inicjowanie kontaktów przychodziło mu zawsze z trudem. Dlatego na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie oschłego i niesympatycznego. Nie ułatwiało to życia.
Nauczycielka historii wpuściła wszystkich i weszla do sali na samym końcu. Mikołaj usiadł w ostatniej ławce środkowego rzędu. Nie skomentowała jego obecności. Był jej za to wdzięczny.
Klasa liczyła dwudziestu dziewięciu uczniów i rzeczywiście tylko siedmiu chłopaków! Co prawda w tej chwili Mikołaj widział jedynie ich plecy, ale jakoś żaden nie przypadł mu szczególnie do gustu".
"Nie zauważył ukradkowego spojrzenia dwojga szarych oczu kryjących się pod gęstą grzywką".
"Teraz, dopóki miał taryfę ulgową, mógł to robić przez całe przerwy, nie dbając o to, co dzieje się za jego plecami. Nie obchodziła go klasowa giełda: spisywanie pracy domowej i roztrząsanie, czy klasówka z angielskiego była, czy nie była zapowiedziana. Mógł więc wznieść się ponad to i nie zniżać się do reszty".
"Nie robił więc nic, byzmienić zaistniałą sytuację. Ranne wstawanie zaczął przedłużać w nieskończoność. Był, o ile to w ogóle możliwe, jeszcze bardziej humorzasty i małomówny niż do tej pory. Swoją niechęć przeniósł też na nauczycieli.
I już nie tylko wyglądał na zamkniętego w sobie odludka, ale powoli stawał się odludkiem. Nie wiadomo, dokąd by go to zaprowadziło, gdyby pewnego dnia nie zdarzyło się coś dziwnego".
"Bo mimo że jeździł na desce, a skaterów ludzie traktują zwykle jak chuliganów i przestępców, był dzieckiem z tak zwanego dobrego domu i nigdy nie miał jeszcze kontaktów z blokersami".
'Staż Mikolaja w tej klasie i szkole byl zbyt krótki. Jeśli bylby nieco dłuższy, przynajmniej o tydzień, dwa, chłopak pewnie z przekory podjąłby rzuconą przez nauczyciela rękawicę i przy pomocy własnej wiedzy, podręcznika oraz kolegów, próbowalby udowodnić, że świetnie orientuje się w temacie. Ale dwa z trzech potrzrbnych do zwycięstwa dział pewnie by nie wypaliły. Wiedzy na temat elektryczności Mikołaj nie miał żadnej, a jednocześnie poczuł wokół siebie chłód i ciszę. To był znak, który należało uszanować. Zwiastował on bklasm zajęcie przez klasę pozycji neutralnego arbitra i obojętne przyglądanie się wynikowi pojedynku. Mikola wiedział, że w starciu jeden na jeden fizyk zawsze będzie górą, odruchowo więc wybrał najlepszy z możliwy wariant obronny i grzecznie przeprosił oraz obiecał poprawę. Nie przysporzyło mu to popularności.
Koledzy woleli by raczej obejrzeć coś bardziej ekscytującego, zwłaszcza że takie starcia stanowią miły przerywnik we wszechogarniającej nudzie i rutynie szkolnej. Są też szanse na to, że nauczyciel w ferworze walki zostanie zaskocozny przez dzwonek na przerwę i zapomni zadać pracę do domu. Poza tym może się zdarzyć, choć to najmniej prawdopodobne, iż trafi na godnego siebie przeciwnika i ze zdumienia, że delikwent jednak coś umie, każe mu siadać. Nie stawiając pozytywnej oceny, mimo że negatywną postawiłby bez wątpienia.
Wprawdzie nikt im tego nigdy nie zapisał na tablicy, nie podyktował do zeszytów lub nie zadał do nauczenia się na pamięć, jednak uczniowie błyskawicznie pojmują tę lekcję i wyciągają z niej odpowiednie wnioski. Bo choć w zasadzie matematyczna równość 6 x 1 = 1 x 6 jest w prawdziwa, w praktyce szkolnej jednak nie ma żadnego zastosowania. Czy ktoś z was próbował kiedyś zgłębić ten fenomen algebraiczny? Dlaczego nauczyciel zawsze chętniej postawi sześć jedynek niż jedną szóstkę"?
"- Jasne - gorliwie zapewnił go Mariusz. - Jasne! - krzyknął raz jeszcze, po czym zerwał się na równe nogi i w biegu już dorzucił: - Poczekaj, zaraz wrócę!
Nie było go kilka, może kilkanaście minut. Wreszcie zjawił się zdyszany, z paczką kolorowych markerów.
- Mogę? - zapytał, podtykając je Mikołajowi.
Mikołaj początkowo nie rozumiał. Wyrwany z zamyślenia przyglądał się markerom.
- Pozwolisz? - Mariusz stuknął palcem w gips.
- Pewnie! - zgodził się Mikołaj, jakby robił mu uprzejmość, i wyciągnął prawą rękę.
Bez zbędnych ceregieli, mając już zapewne w głowie gotowy pomysł, Mariusz nagryzmolił na gipsie:
BYŁEM TU - MARIO
22 IX 2002"
"Dlaczego myślał, że coś się zmieni? Że wszystko zacznie się od nowa? Że zadziałają jakieś czary? Minął furtkę szkoły z nadzieją. Chyba się nawet uśmiechał. Wbiegł po schodkach, już wolniej wszedł na drugie piętro. Omiótł wzrokiem korytarz. Spojrzał na podwinięty rękaw. Gips, przedmiot jego dumy, niezupełnie taki sam jak wczoraj, znajdował się na swoim miejscu, gotów przyjąć jeszcze wiele autografów.
Ale nic się nie stało. Nikt nie podszedł. Nikt się nie zainteresował. Nikt nic nie zauważył. Przez cały dzień".
"Matka była dziennikarką, ale w tej chwili nigdzie nie pracowała, siedziała w domu i pisała jakąś książkę, czy coś. Mikolaj wolałby, żeby wróciły stare czasy, kiedy codziennie wychodziła do redakcji rano, a wracała wieczorem. Jej nieustająca obecność i gotowość niesienia pomocy nie wiadomo dlaczego drażniły go. Nie miał ochoty się do niej przytulać, jak wtedy, gdy był pięciolatkiem. Nie chciał tłumaczyć się ze swego zmarnowanego życia i wyrzucać jej, jak fatalnego wyboru dokonała dla jego rzekomego dobra. Trzy lata w gimnazjum brzmi jak wyrok, ale przecież nawet w więzieniy da się jakoś przetrwać. Zresztą nie ma wyjścia. I kto powiedział, że w szkole ma być fajnie?"
"Kiedy później wsiadał na pętli do autobusu, nie przypuszczał, jak bardzo ta niewinna wycieczka odmieni jego życie. Godzina samotnie spędzona w centrum handlowym, podczas której nic się przecież takiego nie stało, dała mu poczucie, że jest już dorosły i od tej pory ma prawo kierować swoim życiem. Że tylko od niego zależy, do jakiego autobusu wsiądzie i na którym przystanku zechce wysiąść. Zrozumiał, że jego świat był do tej pory tylko ciasnym korytarzem oglądanym przez szyby samochodu rodziców. I że teraz przyszedł czas, by to zmienić. Poczuł nieodpartą chęć, aby sprawdzić, jak to jest, kiedy można skorzystać z wolności i zobaczyć inne miejsca i ludzi. Uświadomił sobie w jednej chwili, że on, i tylko on decyduje, jak duży kawałek świata się przed nim otworz, i zapragnął jak najszybciej, najlepiej natychmiast, wcielić to pragnienie w czyn.
Wróciwszy do domu, niezrażony chłodnym przyjęciem ze strony matki w zadumie przełknął obiad, planując kolejną eskapadę".
"Nagle zrobiło się miło. On udawał złego i wiedział, że ona wie, że on udaje. I że w gruncie rzeczy to głupie, uśmiechnięte słoneczko znaczy więcej, niżby się komuś mogło wydawać. Więcej niż inne rysunki i wpisy. Znacznie więcej".
" - Jestem Makary ! - gitarzysta odruchowo wyciagnął rękę, ale zauważył gips i nieco się stropił. - O! Sorry!
- Nie ma sprawy. Mikołaj.
- Mikołaj? Serio? Jak ten święty?
- Ale fajnie! Nie znam żadnego Mikołaja.
- Ani ja Makarego.
- Teraz już znasz. No, chyba pora się zbierać. Mam dziś trochę hajsu, kupię struny do mojej staruszki. Ale się zdziwią przy kasie. Zostaniesz tu jeszcze?
- Nie też już pójdę".
"Pewnie tak by było. Zapewne. Gdyby tego dnia o tej właśnie godzinie Makary był w Riffie. Ale on o niczył nie miał pojęcia. Nie wiedział, jakie wrażenie zrobił na Mikołaju, nie przypuszczał, że go jeszcze kiedykolwiek spotka, a co najważniejsze - wcale nie spodziewał się odzyskać swoich ośmiu złotych. Było to dla niego spotkanie pozbawione większego znaczenia. Dawno zapomniał już o całej sprawie".
"To nieprawda, że rzeczy bezimiennych nie ma. One istnieją i żyją nie mniej realnie niż te, które mają mnóstwo imion. Musisz tylko znaleźć oczy, które otwiera ten sam kod".
"Podobno w zapachach najsilniej zapisują się emocje. W zapachach i muzyce".
"Chwytliwy riff, para w piece, stajesz na scenie, drzesz się do mikrofonu i już możesz rządzić światem. Prościzna. Gnoje łykają wszystko, myśląc, że to tylko rozrywka, a ty im mieszasz w głowach i jeszcze grabisz szmal. Komu chodzi o muzykę? O zbawienie świata? O rewolucję? Nikomu. Zależy im tylko i wyłączne na dupach i kasie. Dokładnie tak samo jak w polityce".
"Ale bycie słuchaczem jest sztuką o wiele trudniejszą niż bycie mówcą. Niewielu ludzi umie słuchać, rozumiejąc. Słuchać, próbując dociec, co i dlaczego ktoś do nas mówi, i nie przerywając komuś w pół zdania na znak, że wiemy już wszystko. Bo nigdy nie wiemy wszystkiego o drugim człowieku".
"Gdy ktoś nowy wkracza w czyjeś życie, wszyscy inni muszą się nieco posunąć, by zrobić mu miejsce. Rzadko odbywa się to bezboleśnie".
"To znaczy, dopóki Makary nie wsiadł na swojego ulubionego konika i nie zaczął marudzić, że nigdy nie będzie tak genialnym gitarzystągitarzystą jak Krzysztof Misiak czy Barszcz. Prawdopodobnie chodziło tylko o to, by zaprzeczyli, dali mu wsparcie w chwili zwątpienia, pomogli choć na chwilę odgonić lęk młodego artysty porównującego się do niedościgłego mistrza".
"Było przeraźliwie zimno. Słońce chowało się za blokami, rzucając ostatnie krwawe promienie. Szaro-różowy zmierzch przypominał, że pora wracać".
"Nie denerwował go już tak bardzo nieustający szum miasta, który płynął ponad domami za dnia i w nocy, czasem nie dająć mu zasnąć".
"- Może na pierszy rzut oka. Pomyśl jednak: wszyscy powoli umieramy. Gdybyśmy tylko o tym myśleli, zatrulibyśmy sobie te chwile, które nam pozostały. A trzeba żyć i cieszyć się z życia! Ale to oczywiście jedynie spekulacje. W rzeczywistości na szczęście nikt nie zadaje sobie zbyt często takich pytań.
- Oprócz tych, którzy naprawdę umierają.
Zapadła cisza. Amadeusz Wolański bał się swych myśli. Modlił się w duchu, by Kajtek jedynie teoretycznie rozważał problem. Młodzież w tym wieku pasjonuje przekraczanie granic i poszukiwanie absolutu. Samobójstwo jest nieraz receptą na rozwiązanie błahych kłopotów, które się dzieciakom wydają bez wyjścia. Jako były nauczyciel spotykał się z takimi sprawami dość często".
" - Wie pan, co to białaczka? Wyprosili mnie z gabinetu, ale takie rzeczy widać po minach. Zresztą, gdyby mi nic nie było, po co robiliby z tego tajemnicę"?
"- Kurde, co ja takiego zrobiłem?! - Kajtek tarł dłonią czoło. - Za co?! Za co ta kara?! Wiem, że nie jestem ideałem.. Zresztą chrzanić to! - pociągnął nosem.
Amadeusz Wolański milczał, głęboko przejęty.
- Wie pan, jakie to dziwne uczucie? - Kajtek mówił po dłuższej chwili, nie patrząc na niego. - Wchodzi pan do szpitala na kompletnym luzie: co tam, jakieś zmęczenie, normalne, przecież nic się nie dzieje, jakiś krwotok z nosa, parę przeziębień, osłabienie, no i co, w końcu zima jest. A pół godziny później już pana nie ma. Jakiś obcy facet mówi: >>Wysiadka, to twoja pętla! Spadaj, koleś!<< Wychodzi pan ze szpitala i widzi tylko ciemność. Jakby walec po panu przejechał. Wszystko jest inne. Nie ma już świata! Ten cholerny obcy facet w jednej chwili wszystko panu zabrał! I myśli pan: >>Za jakie grzechy?! Co ja takiego zrobiłem?! Dlaczego ja?! Dlaczego właśnie ja?!<<
Kajtek nie hamował już łez. Położył głowę na rękach i płakał jak dziecko. Starszy pan, mocno poruszony, podszedł do niego i położył dłoñ na jego ramieniu.
- Boję się. Tak strasznie się boję... - usłyszał.
Kajtkiem co jakiś czas wstrząsały spazmy. Starał się nie płakać, ale raz po raz przyczajony gdzieś w głębi straszliwy lęk szarpał jego wnętrze.
- Przepraszam, że zawracam panu głowę. Musiałem o tym z kimś pogadać - powiedział wreszcie.
- Rozumiem. Czuję się wyróżniony.
- Pana nie było nawet na liście rezerwowej, ale tak się jakoś porobiło... - Kajtek podniósł głowę i nareszcie spojrzeli sobie w oczy. - Nie mialem z tym do kogo pójść.
- Więc wszedłem fuksem do reprezentacji?
- Niestety.
- Fuks, nie fuks, to dla mnie zaszczyt.
- Mówią, że jeszcze nie wszystko stracone. Zamierzają mnie leczyć. Ale to tylko gadanie. Ja i tak mam w życiu przechlapane. Na pewno im się nie uda - powiedział Kajtek, pociągając nosem i nieoczekiwanie sięgnął po ciasto.
- Podobno świetny z ciebie gitarzysta?
To nie była zmiana tematu. Dziadek Makarego chwytał go za włosy i wyciągał na stały ląd. Przynajmniej próbował".
"Podczas, gdy kolejny kawałek babki znikał w ustach Kajtka, serce Amadeusza Wolańskiego powoli wypełniała nadzieja. Nie wiedział, jak poważnie chłopak jest chory, nie śmiałby go wypytywać o szczegóły medyczne, ale w jakiś nie do końca uświadomiony sposób przeczuwał, że on wyjdzie na brzeg, że będzie walczył, nie podda się, a to jest przecież w takich chwilach najważniejsze".
"- Legitymacje okazać! - wycedził przez zęby. Sprawdziwszy legitymacje Kajtka i Mikolaja, dłuższą chwilę przyglądał się karcie i legitymacji Makarego.
- Makarewicz? Jak imię?
- Bożydar.
Mikołaj spojrzal ze zdumieniem na Kajtka, a potem na Makarego bel Bożydara.
- Bożydar?! Jest w ogóle takie imię? - kontroler pokręcił nosem i raz jeszcze przyjrzał się legitymacji.
- A jak się panu wydaje?! - wysyczał Makary wściekły, bo Kajtek i Mikołaj mieli z niego niezły ubaw".
"Mikołaj rozumiał powagę sytuacji. Makary gotów wysiąść na następnym przystanku i nigdy już nie pojawić się na żadnej próbie.
- Zamknij się, głąbie! - rzucił do Kajtka. - Nie kłap tyle! - Ale jemu samemu tez już usta rozjeżdżały się w uśmiechu, którego nie mógł opanować.
Makary patrzył przez okno i zagryzał policzki, lecz i on z trudem powstrzymywał chichot.
-Zamiast rechotać jak głupki, powinniście mi raczej współczuć"!
"- No, piękne! Może się zamienimy? Tak samo z dziewczynami: póki jestem Makary, jakoś to jeszcze idzie, kiedy się okazuje, że Bożydar - wszystko bierze w łeb. Bożydara nikt nie traktuje serio. To jakieś niepoważne imię".
"- Pasuje?!!! - entuzjazmował się Kajtek. - To będzie najbardziej odjazdowa punkowa kapela po tej stronie Wisły! Posłuchajcie: BO-ŻY-DA-RY!!! Brzmi genialnie! Co tam genialnie, zajebiście! Zobaczysz, zapoczątkujemy nową modę i jeszcze matki będą tak chrzciły swoje dzieciaki!
- Nie daj Boże! - przestraszył się Makary.
-Ale wtedy nie będzie juz obciachu. - uspokoił go Kajtek. - Wykreujemy nową modę.
- Ej, ludzie, wysiadamy! - Mikołaj wykazał się przytomnością, bo oni zupelnie nie zwracali uwagi na przystanki i mogliby pewnie ciągnąć jeszcze ten spór aż do pętli na Wiatracznej".
"Raz po raz ciszę przerywało jedynie pociąganie nosem Makarego, który miał katar..."
"- No raczej. Będziemy tu sobie urządzać słodkie małe randeczki. Tylko we dwóch, co, dziubku?
- Spadaj, zboczeńcu! Sam na sam z tobą?! Zapomnij!
- Już ci się nie podobam? Ja się chyba zabiję"!
"- Ale co się stało? Gdzie on jest?
- W centrun onkologii.
- O Boże... - Mikołajowi pociemniało w oczach. >>Wyjadę za pół roku<< - przypomniał sobie słowa Kajtka. >>Na końcu jest pustka. I strach<< - wreszcie zrozumiał. - Tylko że... Co ja mogę zrobić?
- Spotkaj się z nim. To nie jest zaraźliwe".
"Ćwiczył uśmiech, ale jakoś nie wychodziło. Zwłaszcza gdy go zobaczył. Z zapadniętymi policzkami i oczami jakby obwiedzionymi szarą kredką mógłby grać w jakiejś kapeli deathmetalowej. Na szczęście chyba niezbyt często patrzył w lutro. Albo pogodził się ze wszystkim".
"Siedząc na łóżku, blady i wychudzony, to był przecież wciąż ten sam Kajtek. Mikolaj poczuł się trochę raźniej. Będą rozmawiać jak dwóch kumpli z zespołu. To jedyny rozsądny sposób. Bez taryfy ulgowej na chorobę. I bez użalanie się, jakby jej w ogóle nie było".
"Dzień był zimny i ponury, ciężkie chmury przewalały się nad miastem, pchane przez podmuchy zimnego wiatru".
"Wychudzony, jakby mniejszy, w czapce zakrywającej cień jeżyka, który dopiero zaczął się pojawiać na jego niemal łysej głowie, bez złośliwego błysku w oku, który jeszcze niedawno tak wszystkich przerażał".
"Powoli zaczęło do niego docierać, że traci kontrolę nad swoim życiem. Miał wrażenie, jakby mu się wymykało, jakby byl tylko obserwatorem tego, co go otacza. Nie miał pomysłu na siebie. Nic go nie interesowało. Obojętny na wszystko, zapadał się coraz głębiej. Miał wrażenie, jakby ktoś go mocno związał, zakneblował. Zaczął się bać. Czuł straszliwy żal za utraconą muzyką. Nie miał pojęcia, czym wypełni wielką pustkę, czarną dziurę, którą po sobie zostawiła. Bo nie znajdował niczego".
"Bezradny wobec sytuacji, nad którą nie umiał zapanować, przerażony i zdruzgotany, szukający pomocy. Ale kto mógłby mu jej udzielić? Z przyzwyczajenia wysiadł przy placu Konstytucji.
Coś powiedziało mu nagle: >>Kajtek żyje. To ja umarłem. Tak. Chcę umrzeć!<<. Odetchnął głęboko. Trochę go to przeraziło, ale nie aż tak bardzo, jak mógłby przypuszczać. To było jedyne wyjście. Odejść, usunąć się, zniknąć. Nie trzeba by już niczego nikomu tłumaczyć, z niczego się usprawiedliwiać i uciekać nie wiadomo dokąd przed samym sobą. Czuł, że zrzuciłby ciężar nie do zniesienia. Pozbył się bólu, który zatruł mu całą radość życia.
Teraz nawet bał się wejść do Riffu. Stał przed wystawą i patrzył na instrumenty. Już nigdy ich nie dotknie. Chciał krzyczeć, wyć z żalu, walić głową w szkło wystawy. Tak. Wróci do domu i wieczorem połknie wszystko, co jest w apteczce. Niech się to wszystko raz wreszcie skończy".
"- A ja już nie chcę żyć! - Mikołaj rozpłakał się na dobre.
- Chyba nie wiesz, co mówisz, mój chłopcze!. - starszy pan fuknął zezłoszczony. - Życie jest największym darem. Jest tajemnicą. Co prawda przygnieceni codziennymi troskami zapominamy o tym czasem, ale przecież nic tego nie zmieni. I nie możemy samowolnie decydować, kiedy ma nastąpić nasz kres. To należy wyłącznie do Boga.
- Ma Kajtka, więc rachunek wyjdzie mu na zero.
- Ty zamiast Kajtka? A cóż to znowu za brednie?! - oburzył się dziadek Makarego. - Myślisz, ze Bóg to jakiś bezduszny księgowy?! Kto wam naopowiadał takich bzdur?! Nie słyszałeś nigdy, że Bóg jest miłością?! Nic nie wynieśliście z papieskiej nauki?! Nie, no muszę gdzieś usiąść, bo zaraz eksploduję! - krzyknął teatralnie, rozglądając się dookoła i nie zapomimając sprawdzić, jaki efekt wywarły jego słowa.
Mikołaj nie reagował. Patrzył tępo w chodnik i milczał".
"Jeśli się denerwował, to o Makarego, który wciąż nie mógł się wyleczyć z przeziębienia i były obawy o jego głos".
"Przychylnie usposobiony do świata gotów był lubić szkołę nawet w tym najtrudniejszym dla wszystkich uczniów dniu".
"Już podczas pierwszej lekcji Michał odkrył, jak bardzo mylił się w swych rachubach. Patrzył w okno znudzony i raz po raz zadawał sobie pytanie: <<Kurde, co ja tu robię? Jakim cudem czas w szkole miałby mi zlecieć szybciej niż na oglądaniu MTV? Chyba mnie już do reszty pogięło!>>"
"Gimnazjum, w którym dziś miał rozpocząć naukę, bardzo przypominało jego dawną szkołę. Te same szare mury, identyczny układ korytarzy i sal".
"Spojrzał na plan lekcji wiszący przy wejściu i sprawdził, gdzie zaczynają się zajęcia".
"Wszedł na drugie piętro. W tym miejscu korytarz był szeroki i widny. Mikołaj postawił plecak na parapecie i odwrócony do wszystkich tyłem spojrzał na ulicę. Może czekał, aż ta ostentacyjnie lekceważąca postawa zmusi któregoś z uczniów, by podszedł do niego i zagadał? Może nie chciał się głupio gapić? Nie znał żadnego ucznia i nikt nie znał jego. W takich sytuacjach, chyba bez udziału świadomości, włączał się w nim automatyczny pilot nakazujący nastawić obojętność na to, co się dzieje dookoła. Teraz było podobnie. Przynajmniej tak to wyglądało z zewnątrz. Ale pozornie zdystansowany i pogrążony w zadumie Mikołaj chętnie by kogoś poznał. Jednak nie był Michałem, a inicjowanie kontaktów przychodziło mu zawsze z trudem. Dlatego na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie oschłego i niesympatycznego. Nie ułatwiało to życia.
Nauczycielka historii wpuściła wszystkich i weszla do sali na samym końcu. Mikołaj usiadł w ostatniej ławce środkowego rzędu. Nie skomentowała jego obecności. Był jej za to wdzięczny.
Klasa liczyła dwudziestu dziewięciu uczniów i rzeczywiście tylko siedmiu chłopaków! Co prawda w tej chwili Mikołaj widział jedynie ich plecy, ale jakoś żaden nie przypadł mu szczególnie do gustu".
"Nie zauważył ukradkowego spojrzenia dwojga szarych oczu kryjących się pod gęstą grzywką".
"Teraz, dopóki miał taryfę ulgową, mógł to robić przez całe przerwy, nie dbając o to, co dzieje się za jego plecami. Nie obchodziła go klasowa giełda: spisywanie pracy domowej i roztrząsanie, czy klasówka z angielskiego była, czy nie była zapowiedziana. Mógł więc wznieść się ponad to i nie zniżać się do reszty".
"Nie robił więc nic, byzmienić zaistniałą sytuację. Ranne wstawanie zaczął przedłużać w nieskończoność. Był, o ile to w ogóle możliwe, jeszcze bardziej humorzasty i małomówny niż do tej pory. Swoją niechęć przeniósł też na nauczycieli.
I już nie tylko wyglądał na zamkniętego w sobie odludka, ale powoli stawał się odludkiem. Nie wiadomo, dokąd by go to zaprowadziło, gdyby pewnego dnia nie zdarzyło się coś dziwnego".
"Bo mimo że jeździł na desce, a skaterów ludzie traktują zwykle jak chuliganów i przestępców, był dzieckiem z tak zwanego dobrego domu i nigdy nie miał jeszcze kontaktów z blokersami".
'Staż Mikolaja w tej klasie i szkole byl zbyt krótki. Jeśli bylby nieco dłuższy, przynajmniej o tydzień, dwa, chłopak pewnie z przekory podjąłby rzuconą przez nauczyciela rękawicę i przy pomocy własnej wiedzy, podręcznika oraz kolegów, próbowalby udowodnić, że świetnie orientuje się w temacie. Ale dwa z trzech potrzrbnych do zwycięstwa dział pewnie by nie wypaliły. Wiedzy na temat elektryczności Mikołaj nie miał żadnej, a jednocześnie poczuł wokół siebie chłód i ciszę. To był znak, który należało uszanować. Zwiastował on bklasm zajęcie przez klasę pozycji neutralnego arbitra i obojętne przyglądanie się wynikowi pojedynku. Mikola wiedział, że w starciu jeden na jeden fizyk zawsze będzie górą, odruchowo więc wybrał najlepszy z możliwy wariant obronny i grzecznie przeprosił oraz obiecał poprawę. Nie przysporzyło mu to popularności.
Koledzy woleli by raczej obejrzeć coś bardziej ekscytującego, zwłaszcza że takie starcia stanowią miły przerywnik we wszechogarniającej nudzie i rutynie szkolnej. Są też szanse na to, że nauczyciel w ferworze walki zostanie zaskocozny przez dzwonek na przerwę i zapomni zadać pracę do domu. Poza tym może się zdarzyć, choć to najmniej prawdopodobne, iż trafi na godnego siebie przeciwnika i ze zdumienia, że delikwent jednak coś umie, każe mu siadać. Nie stawiając pozytywnej oceny, mimo że negatywną postawiłby bez wątpienia.
Wprawdzie nikt im tego nigdy nie zapisał na tablicy, nie podyktował do zeszytów lub nie zadał do nauczenia się na pamięć, jednak uczniowie błyskawicznie pojmują tę lekcję i wyciągają z niej odpowiednie wnioski. Bo choć w zasadzie matematyczna równość 6 x 1 = 1 x 6 jest w prawdziwa, w praktyce szkolnej jednak nie ma żadnego zastosowania. Czy ktoś z was próbował kiedyś zgłębić ten fenomen algebraiczny? Dlaczego nauczyciel zawsze chętniej postawi sześć jedynek niż jedną szóstkę"?
"- Jasne - gorliwie zapewnił go Mariusz. - Jasne! - krzyknął raz jeszcze, po czym zerwał się na równe nogi i w biegu już dorzucił: - Poczekaj, zaraz wrócę!
Nie było go kilka, może kilkanaście minut. Wreszcie zjawił się zdyszany, z paczką kolorowych markerów.
- Mogę? - zapytał, podtykając je Mikołajowi.
Mikołaj początkowo nie rozumiał. Wyrwany z zamyślenia przyglądał się markerom.
- Pozwolisz? - Mariusz stuknął palcem w gips.
- Pewnie! - zgodził się Mikołaj, jakby robił mu uprzejmość, i wyciągnął prawą rękę.
Bez zbędnych ceregieli, mając już zapewne w głowie gotowy pomysł, Mariusz nagryzmolił na gipsie:
BYŁEM TU - MARIO
22 IX 2002"
"Dlaczego myślał, że coś się zmieni? Że wszystko zacznie się od nowa? Że zadziałają jakieś czary? Minął furtkę szkoły z nadzieją. Chyba się nawet uśmiechał. Wbiegł po schodkach, już wolniej wszedł na drugie piętro. Omiótł wzrokiem korytarz. Spojrzał na podwinięty rękaw. Gips, przedmiot jego dumy, niezupełnie taki sam jak wczoraj, znajdował się na swoim miejscu, gotów przyjąć jeszcze wiele autografów.
Ale nic się nie stało. Nikt nie podszedł. Nikt się nie zainteresował. Nikt nic nie zauważył. Przez cały dzień".
"Matka była dziennikarką, ale w tej chwili nigdzie nie pracowała, siedziała w domu i pisała jakąś książkę, czy coś. Mikolaj wolałby, żeby wróciły stare czasy, kiedy codziennie wychodziła do redakcji rano, a wracała wieczorem. Jej nieustająca obecność i gotowość niesienia pomocy nie wiadomo dlaczego drażniły go. Nie miał ochoty się do niej przytulać, jak wtedy, gdy był pięciolatkiem. Nie chciał tłumaczyć się ze swego zmarnowanego życia i wyrzucać jej, jak fatalnego wyboru dokonała dla jego rzekomego dobra. Trzy lata w gimnazjum brzmi jak wyrok, ale przecież nawet w więzieniy da się jakoś przetrwać. Zresztą nie ma wyjścia. I kto powiedział, że w szkole ma być fajnie?"
"Kiedy później wsiadał na pętli do autobusu, nie przypuszczał, jak bardzo ta niewinna wycieczka odmieni jego życie. Godzina samotnie spędzona w centrum handlowym, podczas której nic się przecież takiego nie stało, dała mu poczucie, że jest już dorosły i od tej pory ma prawo kierować swoim życiem. Że tylko od niego zależy, do jakiego autobusu wsiądzie i na którym przystanku zechce wysiąść. Zrozumiał, że jego świat był do tej pory tylko ciasnym korytarzem oglądanym przez szyby samochodu rodziców. I że teraz przyszedł czas, by to zmienić. Poczuł nieodpartą chęć, aby sprawdzić, jak to jest, kiedy można skorzystać z wolności i zobaczyć inne miejsca i ludzi. Uświadomił sobie w jednej chwili, że on, i tylko on decyduje, jak duży kawałek świata się przed nim otworz, i zapragnął jak najszybciej, najlepiej natychmiast, wcielić to pragnienie w czyn.
Wróciwszy do domu, niezrażony chłodnym przyjęciem ze strony matki w zadumie przełknął obiad, planując kolejną eskapadę".
"Nagle zrobiło się miło. On udawał złego i wiedział, że ona wie, że on udaje. I że w gruncie rzeczy to głupie, uśmiechnięte słoneczko znaczy więcej, niżby się komuś mogło wydawać. Więcej niż inne rysunki i wpisy. Znacznie więcej".
" - Jestem Makary ! - gitarzysta odruchowo wyciagnął rękę, ale zauważył gips i nieco się stropił. - O! Sorry!
- Nie ma sprawy. Mikołaj.
- Mikołaj? Serio? Jak ten święty?
- Ale fajnie! Nie znam żadnego Mikołaja.
- Ani ja Makarego.
- Teraz już znasz. No, chyba pora się zbierać. Mam dziś trochę hajsu, kupię struny do mojej staruszki. Ale się zdziwią przy kasie. Zostaniesz tu jeszcze?
- Nie też już pójdę".
"Pewnie tak by było. Zapewne. Gdyby tego dnia o tej właśnie godzinie Makary był w Riffie. Ale on o niczył nie miał pojęcia. Nie wiedział, jakie wrażenie zrobił na Mikołaju, nie przypuszczał, że go jeszcze kiedykolwiek spotka, a co najważniejsze - wcale nie spodziewał się odzyskać swoich ośmiu złotych. Było to dla niego spotkanie pozbawione większego znaczenia. Dawno zapomniał już o całej sprawie".
"To nieprawda, że rzeczy bezimiennych nie ma. One istnieją i żyją nie mniej realnie niż te, które mają mnóstwo imion. Musisz tylko znaleźć oczy, które otwiera ten sam kod".
"Podobno w zapachach najsilniej zapisują się emocje. W zapachach i muzyce".
"Chwytliwy riff, para w piece, stajesz na scenie, drzesz się do mikrofonu i już możesz rządzić światem. Prościzna. Gnoje łykają wszystko, myśląc, że to tylko rozrywka, a ty im mieszasz w głowach i jeszcze grabisz szmal. Komu chodzi o muzykę? O zbawienie świata? O rewolucję? Nikomu. Zależy im tylko i wyłączne na dupach i kasie. Dokładnie tak samo jak w polityce".
"Ale bycie słuchaczem jest sztuką o wiele trudniejszą niż bycie mówcą. Niewielu ludzi umie słuchać, rozumiejąc. Słuchać, próbując dociec, co i dlaczego ktoś do nas mówi, i nie przerywając komuś w pół zdania na znak, że wiemy już wszystko. Bo nigdy nie wiemy wszystkiego o drugim człowieku".
"Gdy ktoś nowy wkracza w czyjeś życie, wszyscy inni muszą się nieco posunąć, by zrobić mu miejsce. Rzadko odbywa się to bezboleśnie".
"To znaczy, dopóki Makary nie wsiadł na swojego ulubionego konika i nie zaczął marudzić, że nigdy nie będzie tak genialnym gitarzystągitarzystą jak Krzysztof Misiak czy Barszcz. Prawdopodobnie chodziło tylko o to, by zaprzeczyli, dali mu wsparcie w chwili zwątpienia, pomogli choć na chwilę odgonić lęk młodego artysty porównującego się do niedościgłego mistrza".
"Było przeraźliwie zimno. Słońce chowało się za blokami, rzucając ostatnie krwawe promienie. Szaro-różowy zmierzch przypominał, że pora wracać".
"Nie denerwował go już tak bardzo nieustający szum miasta, który płynął ponad domami za dnia i w nocy, czasem nie dająć mu zasnąć".
"- Może na pierszy rzut oka. Pomyśl jednak: wszyscy powoli umieramy. Gdybyśmy tylko o tym myśleli, zatrulibyśmy sobie te chwile, które nam pozostały. A trzeba żyć i cieszyć się z życia! Ale to oczywiście jedynie spekulacje. W rzeczywistości na szczęście nikt nie zadaje sobie zbyt często takich pytań.
- Oprócz tych, którzy naprawdę umierają.
Zapadła cisza. Amadeusz Wolański bał się swych myśli. Modlił się w duchu, by Kajtek jedynie teoretycznie rozważał problem. Młodzież w tym wieku pasjonuje przekraczanie granic i poszukiwanie absolutu. Samobójstwo jest nieraz receptą na rozwiązanie błahych kłopotów, które się dzieciakom wydają bez wyjścia. Jako były nauczyciel spotykał się z takimi sprawami dość często".
" - Wie pan, co to białaczka? Wyprosili mnie z gabinetu, ale takie rzeczy widać po minach. Zresztą, gdyby mi nic nie było, po co robiliby z tego tajemnicę"?
"- Kurde, co ja takiego zrobiłem?! - Kajtek tarł dłonią czoło. - Za co?! Za co ta kara?! Wiem, że nie jestem ideałem.. Zresztą chrzanić to! - pociągnął nosem.
Amadeusz Wolański milczał, głęboko przejęty.
- Wie pan, jakie to dziwne uczucie? - Kajtek mówił po dłuższej chwili, nie patrząc na niego. - Wchodzi pan do szpitala na kompletnym luzie: co tam, jakieś zmęczenie, normalne, przecież nic się nie dzieje, jakiś krwotok z nosa, parę przeziębień, osłabienie, no i co, w końcu zima jest. A pół godziny później już pana nie ma. Jakiś obcy facet mówi: >>Wysiadka, to twoja pętla! Spadaj, koleś!<< Wychodzi pan ze szpitala i widzi tylko ciemność. Jakby walec po panu przejechał. Wszystko jest inne. Nie ma już świata! Ten cholerny obcy facet w jednej chwili wszystko panu zabrał! I myśli pan: >>Za jakie grzechy?! Co ja takiego zrobiłem?! Dlaczego ja?! Dlaczego właśnie ja?!<<
Kajtek nie hamował już łez. Położył głowę na rękach i płakał jak dziecko. Starszy pan, mocno poruszony, podszedł do niego i położył dłoñ na jego ramieniu.
- Boję się. Tak strasznie się boję... - usłyszał.
Kajtkiem co jakiś czas wstrząsały spazmy. Starał się nie płakać, ale raz po raz przyczajony gdzieś w głębi straszliwy lęk szarpał jego wnętrze.
- Przepraszam, że zawracam panu głowę. Musiałem o tym z kimś pogadać - powiedział wreszcie.
- Rozumiem. Czuję się wyróżniony.
- Pana nie było nawet na liście rezerwowej, ale tak się jakoś porobiło... - Kajtek podniósł głowę i nareszcie spojrzeli sobie w oczy. - Nie mialem z tym do kogo pójść.
- Więc wszedłem fuksem do reprezentacji?
- Niestety.
- Fuks, nie fuks, to dla mnie zaszczyt.
- Mówią, że jeszcze nie wszystko stracone. Zamierzają mnie leczyć. Ale to tylko gadanie. Ja i tak mam w życiu przechlapane. Na pewno im się nie uda - powiedział Kajtek, pociągając nosem i nieoczekiwanie sięgnął po ciasto.
- Podobno świetny z ciebie gitarzysta?
To nie była zmiana tematu. Dziadek Makarego chwytał go za włosy i wyciągał na stały ląd. Przynajmniej próbował".
"Podczas, gdy kolejny kawałek babki znikał w ustach Kajtka, serce Amadeusza Wolańskiego powoli wypełniała nadzieja. Nie wiedział, jak poważnie chłopak jest chory, nie śmiałby go wypytywać o szczegóły medyczne, ale w jakiś nie do końca uświadomiony sposób przeczuwał, że on wyjdzie na brzeg, że będzie walczył, nie podda się, a to jest przecież w takich chwilach najważniejsze".
"- Legitymacje okazać! - wycedził przez zęby. Sprawdziwszy legitymacje Kajtka i Mikolaja, dłuższą chwilę przyglądał się karcie i legitymacji Makarego.
- Makarewicz? Jak imię?
- Bożydar.
Mikołaj spojrzal ze zdumieniem na Kajtka, a potem na Makarego bel Bożydara.
- Bożydar?! Jest w ogóle takie imię? - kontroler pokręcił nosem i raz jeszcze przyjrzał się legitymacji.
- A jak się panu wydaje?! - wysyczał Makary wściekły, bo Kajtek i Mikołaj mieli z niego niezły ubaw".
"Mikołaj rozumiał powagę sytuacji. Makary gotów wysiąść na następnym przystanku i nigdy już nie pojawić się na żadnej próbie.
- Zamknij się, głąbie! - rzucił do Kajtka. - Nie kłap tyle! - Ale jemu samemu tez już usta rozjeżdżały się w uśmiechu, którego nie mógł opanować.
Makary patrzył przez okno i zagryzał policzki, lecz i on z trudem powstrzymywał chichot.
-Zamiast rechotać jak głupki, powinniście mi raczej współczuć"!
"- No, piękne! Może się zamienimy? Tak samo z dziewczynami: póki jestem Makary, jakoś to jeszcze idzie, kiedy się okazuje, że Bożydar - wszystko bierze w łeb. Bożydara nikt nie traktuje serio. To jakieś niepoważne imię".
"- Pasuje?!!! - entuzjazmował się Kajtek. - To będzie najbardziej odjazdowa punkowa kapela po tej stronie Wisły! Posłuchajcie: BO-ŻY-DA-RY!!! Brzmi genialnie! Co tam genialnie, zajebiście! Zobaczysz, zapoczątkujemy nową modę i jeszcze matki będą tak chrzciły swoje dzieciaki!
- Nie daj Boże! - przestraszył się Makary.
-Ale wtedy nie będzie juz obciachu. - uspokoił go Kajtek. - Wykreujemy nową modę.
- Ej, ludzie, wysiadamy! - Mikołaj wykazał się przytomnością, bo oni zupelnie nie zwracali uwagi na przystanki i mogliby pewnie ciągnąć jeszcze ten spór aż do pętli na Wiatracznej".
"Raz po raz ciszę przerywało jedynie pociąganie nosem Makarego, który miał katar..."
"- No raczej. Będziemy tu sobie urządzać słodkie małe randeczki. Tylko we dwóch, co, dziubku?
- Spadaj, zboczeńcu! Sam na sam z tobą?! Zapomnij!
- Już ci się nie podobam? Ja się chyba zabiję"!
"- Ale co się stało? Gdzie on jest?
- W centrun onkologii.
- O Boże... - Mikołajowi pociemniało w oczach. >>Wyjadę za pół roku<< - przypomniał sobie słowa Kajtka. >>Na końcu jest pustka. I strach<< - wreszcie zrozumiał. - Tylko że... Co ja mogę zrobić?
- Spotkaj się z nim. To nie jest zaraźliwe".
"Ćwiczył uśmiech, ale jakoś nie wychodziło. Zwłaszcza gdy go zobaczył. Z zapadniętymi policzkami i oczami jakby obwiedzionymi szarą kredką mógłby grać w jakiejś kapeli deathmetalowej. Na szczęście chyba niezbyt często patrzył w lutro. Albo pogodził się ze wszystkim".
"Siedząc na łóżku, blady i wychudzony, to był przecież wciąż ten sam Kajtek. Mikolaj poczuł się trochę raźniej. Będą rozmawiać jak dwóch kumpli z zespołu. To jedyny rozsądny sposób. Bez taryfy ulgowej na chorobę. I bez użalanie się, jakby jej w ogóle nie było".
"Dzień był zimny i ponury, ciężkie chmury przewalały się nad miastem, pchane przez podmuchy zimnego wiatru".
"Wychudzony, jakby mniejszy, w czapce zakrywającej cień jeżyka, który dopiero zaczął się pojawiać na jego niemal łysej głowie, bez złośliwego błysku w oku, który jeszcze niedawno tak wszystkich przerażał".
"Powoli zaczęło do niego docierać, że traci kontrolę nad swoim życiem. Miał wrażenie, jakby mu się wymykało, jakby byl tylko obserwatorem tego, co go otacza. Nie miał pomysłu na siebie. Nic go nie interesowało. Obojętny na wszystko, zapadał się coraz głębiej. Miał wrażenie, jakby ktoś go mocno związał, zakneblował. Zaczął się bać. Czuł straszliwy żal za utraconą muzyką. Nie miał pojęcia, czym wypełni wielką pustkę, czarną dziurę, którą po sobie zostawiła. Bo nie znajdował niczego".
"Bezradny wobec sytuacji, nad którą nie umiał zapanować, przerażony i zdruzgotany, szukający pomocy. Ale kto mógłby mu jej udzielić? Z przyzwyczajenia wysiadł przy placu Konstytucji.
Coś powiedziało mu nagle: >>Kajtek żyje. To ja umarłem. Tak. Chcę umrzeć!<<. Odetchnął głęboko. Trochę go to przeraziło, ale nie aż tak bardzo, jak mógłby przypuszczać. To było jedyne wyjście. Odejść, usunąć się, zniknąć. Nie trzeba by już niczego nikomu tłumaczyć, z niczego się usprawiedliwiać i uciekać nie wiadomo dokąd przed samym sobą. Czuł, że zrzuciłby ciężar nie do zniesienia. Pozbył się bólu, który zatruł mu całą radość życia.
Teraz nawet bał się wejść do Riffu. Stał przed wystawą i patrzył na instrumenty. Już nigdy ich nie dotknie. Chciał krzyczeć, wyć z żalu, walić głową w szkło wystawy. Tak. Wróci do domu i wieczorem połknie wszystko, co jest w apteczce. Niech się to wszystko raz wreszcie skończy".
"- A ja już nie chcę żyć! - Mikołaj rozpłakał się na dobre.
- Chyba nie wiesz, co mówisz, mój chłopcze!. - starszy pan fuknął zezłoszczony. - Życie jest największym darem. Jest tajemnicą. Co prawda przygnieceni codziennymi troskami zapominamy o tym czasem, ale przecież nic tego nie zmieni. I nie możemy samowolnie decydować, kiedy ma nastąpić nasz kres. To należy wyłącznie do Boga.
- Ma Kajtka, więc rachunek wyjdzie mu na zero.
- Ty zamiast Kajtka? A cóż to znowu za brednie?! - oburzył się dziadek Makarego. - Myślisz, ze Bóg to jakiś bezduszny księgowy?! Kto wam naopowiadał takich bzdur?! Nie słyszałeś nigdy, że Bóg jest miłością?! Nic nie wynieśliście z papieskiej nauki?! Nie, no muszę gdzieś usiąść, bo zaraz eksploduję! - krzyknął teatralnie, rozglądając się dookoła i nie zapomimając sprawdzić, jaki efekt wywarły jego słowa.
Mikołaj nie reagował. Patrzył tępo w chodnik i milczał".
"Jeśli się denerwował, to o Makarego, który wciąż nie mógł się wyleczyć z przeziębienia i były obawy o jego głos".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo dziękuje za każdy komentarz :)