12 paź 2014

Anna Janko "Dziewczyna z zapałkami"



"Wtedy dopiero warto brać się do pisania,
kiedy mamy odwagę napisać to, czego nie
mielibyśmy odwagi powiedzieć w oczy.

Emil Cioran".

"Jednak niepokój matki, jej bezsenność, depresja, ba, groźba schizofrenii, nawet szpitala psychiatrycznego wisiały nad młodością Ha. niby ciężki żyrandol na cienkiej żyłce".

"Kto tam jest w środku, kto jest swe mnie tym kimś, kto przeraża"?

"Gdy znów na mnie popatrzył, był całkiem inny. Miał szerokie, szkliste spojrzenie kogoś, kto miał za sobą podróż, ale nie cały z niej powrócił".

"Stojąc i pochylając się w jego strumieniu, by podnieść z dna coś na pamiątkę - kamyk, muszlę. Sięgając leniwie. Powoli się prostując. Mrużąc oczy w słońcu. Bo kim jest czlowiek, który pędzi wciąż naprzód, nie przyglądając się minutom swego życia, który nie wita i nie żegna godzin jak kogoś bliskiego, nie ogląda się za wczorajszym dniem?
 Nie ma swej historii.
 Jest nikim, naprawdę nikim.
 Jest postacią z nie napisanej powieści, w języku, którym nie mówi żaden lud na ziemi".

"Kochankowie są dobrzy. Bez końca gładzą swoje ciała, jakby karmili się przez dłonie. Głaszczą się wzajemnie, jakby się chcieli namaścić blaskiem. Mrużą oczy z rozkoszy. Dotykają spojrzeniem, a widzą wargami. Ich usta są tak przewrażliwione, że samo muśnięcie oddechem zapala ognie w głębinach ciała. Języki jedwabniki. Twoje policzki szorstkie o poranku. Witaj. Dotknij mnie. Połóż się na mnie, by świat nie zniknął. Kochankowie są dobrzy. Każdego ranka wybaczają światu. Dotykanie, głaskanie, ocieranie się, przenikanie".

"Ale dotykaliśmy się, godzinami, przez siedem wieczorów; przeplataliśmy sobie wzajemnie nogi i ręce, języki i spojrzenia w świetle księżyca, który płynął powolutku po cienkiej różowej zasłonce. Zasypialiśmy głodni i przesyceni zarazem".

"Wczoraj rozkrzyczał się akurat, gdy się z Pawiem kochaliśmy. Chciałam się natychmiast zerwać, ale Paw jeszcze mocniej przydusił mnie do tapczanu. Prawie nie mogłam oddychać. Czułam z jaką nienawiścią robi dalej to, co robił, a co miało być miłością.
Jakby mnie bić chciał".

"Pomyślałam, że teraz jestem bardzo wesołym smutnym człowiekiem. Często żartuję i staram się, żeby z wierzchu było wesoło. Wtedy mniej odczuwam tę powagę bytu, która jest mi ciężarem..."

"Niezbyt wiele mamy na zawsze, a jednak wydaje mi się, że to, co zapisane, zostaje uratowane i jest potem jak odnaleziony skarb, cenne znalezisko, wiecznotrwała chwila.
Ludzie, którzy nie zapisują swojego życia, wydają mi się szaleńcami, lekkoduchami, umierają cali każdego dnia, nawet o tym nie wiedząc".

"A ja bym chciała stracić przytomność. Przeminąć. Już więcej nie być.
W moim ciele mieszka skurczona, napięta istota, która nie wie, czym jest i co ma robić. Nie uskrzydla jej ani miłość, ani wolność, ani poezja. Ona patrzy ze mnie przez okienka oczu, potem przez okna domu i potem przez błękitne, przeźdroczyste tafle nieba, tam gdzie mieszczą się boskie stajnie Platońskich idei".

"Nenek poszedł do przedszkola, bo muszę w maju oddać pracę magisterską (wieczna studentka...). Jest tam bardzo biedny. Wraca z rękawami sztywnymi od wycierania zasmarkanego nosa i spłakanej buzi. Nic tsm nie je".

"Leżysz z otwartymi oczami i patrzysz, jak blaknie noc, jak rozwiązuje się kek czarny wór, w którym spędziłaś tyle godzin, na przemian śniąc koszmary i przeżuwając strzępy jawy. Czekasz na światło świtu, które jest także ciszą, kojącą, leczniczą ciszą; ona zgasi ten zgiełk myśli, męczących dialogów, co się nie mogą przerwać w rozgorączkowanej jaźni".

"Historia ma przerwę, nie dzieje się nic. Pospolite polowanie na proszek do zębów, na papier toaletowy, życie jak w motku szklanej waty - niby miękko, a każdy ruch boli".

"Ból uwielbia się łączyć na przykład ze wstydem i upokorzeniem albo z nienawiścią, na przykład do siebie samego, albo z miłością łączy się ból i wtedy niekoniecznie poprzez ciało, bo i przez duszę się dostaje do piersi i schodzi głębiej, i boli całkowicie fizycznie, aż się nie można wyprostować..."

"A jeśli w kimś się budzi większy obszar mózgu, to musi za to zapłacić szaleństwem"

"Jeśli ktoś zmienia osobowość i czuje, a on naprawdę czuje, że jest Napoleonem, a więc przekracza czas i siebie, to znaczy, że jest schizofrenikem i koniec, kropka: pomyleniec, zastrzyki i prochy".

"Na co dzień wydaje się nam, że to my źyjemy, my, indywidua. Aż nagle, w jakiejś chwili, dowiadujemy się, że żyje nami coś o wiele potężniejszego i to coś może nas wynieść wysoko w górę albo zatracić".

"Placzki - w Grecji, we Włoszech, w starych kulturach - jakże były potrzebne! Przejmowały na siebie część bólu, krzycząc za cierpiących, rozdzierając na sobie szaty, rozdrapując twarze. My, ludzie nowocześni, wyosobnieni, nie znajdujemy wytchnienia we wspólnocie i dlatego częściej popełniamy samobójstwa".

"<<Śnie, który uczysz umierać człowieka>>. (To Kochanowski).
Budzimy się o świcie. Jak na granicy życia i śmierci. Czekamy, leżąc, aż za oknem stworzy się świat. Czasem czujemy niewytłumaczalny lęk - że się nie stworzy. Że ptaki już się nie odezwą. Że słońce nie wzejdzie.
Ale przecież wschodzi.
I zaczyna się nowy dzień, kolejny dzień naszego życia".

"Mam uczucie, jakby mnie zamknęli w psychiatryku. Całą noc nie spałam, doglądając gorączkujących dzieci. Albo siedziałam na materacu. Alebo stalam w oknie sztywna ze strachu. Jezioro nocą jest niesamowite. Martwe łodzie i ich żywe cienie na wodzie. Wiatr gra na wantach jakąś upiorną pieśń. Wycie psa".

"Popatrz, jakie mam żyły na rękach... Słuchaj, która to jest ta żyła, co ją sobie samobójcy przecinają, ta tętnica?
- No co ty, zwariowałaś? Ona jest głęboko, nie widać jej.
- To jak oni ją sobie tak łatwo znajdują?
- Wcale nie latwo. To głęboko. I bardzo boli. Czy te informacje są ci potrzebne do książki?
- Wszystko jest potrzebne. Tam będą same ekstremy...

- Już ja to widzę, to ekstrementy. A właściwie to co jest dzisiaj na obiad"?

"Siedzę na materacu i słucham <<Koncertu d-moll>> Sibeliusa. Gra Izaak Stern. Tylko on tak potrafi zagrać geizdanie na skrzypcach.
Gdy muzyka sięga szczytów piękna, to, co estetyczne, staje się etyczne. Chcemy wciąż tego słuchać, by czuć dobro".

"Czy na przykład Teda Hughesa wytrącały ze zwykłej równowagi próby samobójcze jego żony? Czy po każdym takim incydencie miłość pojawiała się na nowo? W komcu i tak ją zostawił, poetkę Sylvię Plath z maleńkimi dziećmi w półzrujnowanym, zimnym domu, gdzieś poza granicami swojego świata, uprzednio jeszcze kciuk jej złamawszy w walce wręcz...
Wsadzić głowę do piecyka gazowego, jak ona... No, ale przecież włosy się spalą. Nie! Co ja mówię, przecież gazu się nie zapala. To ma być otrucie, nie samospalenie".

"Powinien być już dzień. Radio podało godzinę i inne szczegóły, mimo to ciemność nie ustąpiła.
Ciało zakopane w szarej pościeli jak pod stertą jesiennych liści.
Wstawać... Jak tu wstawać, gdy brakuje początku, za co się chwycić, o co się oprzeć, gdy rozsypuje się każda myśl, gdy tylko pojawi się w głowie. Było wczoraj, będzie jutro. Było jutro, będzie wczoraj. Ale teraz, teraz jest NIC. Rozpadam się jak rzeźba z piasku...".

"Jej życie nic nie jest warte; zmarnowane, zaprzepaszczone, zakłamane, zamienione w gorzkie pigułki dni. Średnio po trzydzieści w opakowaniu na jeden miesiąc. Razy dwanaście przez cały rok. Przyjmowane latami. Tysiące gorzkich dni, przełykanych w ponurym nastroju, w nienawistnych myślach, w żalu do Boga, który jest niesprawiedliwy i którego nie ma. Tysiące dni we łzach wylewanych pokątnie nad miską przy obieraniu kartofli".

"Uciekając od Twórcy, paradoksalnie się do niego zbliżamy, oczywiście wbrew Jego woli. Bo przekraczamy przypisane nam formy i granice. To prawda, że bardzo niewielu ludzi zdobywa się na takie transgresje i prawie nigdy "kompleksowo", totalnie. Robią to geniusze i tylko w pewnych dziedzinach życia: w nauce, w sztuce, w szalenstwie..."


"Z dialogów małżeńskich:
- O co ci chodzi?
- O nic.
- Co ci jest?
- Nic.
- Czemu nic nie mówisz?
- Bo nie mam nic do powiedzenia.
- Może pójdziemy gdzieś?
- Gdzie?
- Nie wiem.
- Ja też nie wiem.

<<Miłość nie zostaje opuszczona, jeśli sama nie odchodzi>>. Święty Augustyn".

"Scribere necesse est, vivere non est necesse. Pisanie jest konieczne, życie nie jest konieczne. Ilu <<zarażonych pismem" użyło tej parafrazy? Pisanie jest moją jawą, życie jest snem. Odpływa noc, nastaje dzień, a ja wynurzam się jak łódź, która ma dno także od góry, świat mnie widzi, ale ja nie widzę świata".

"Dlatego powinniśmy wstawać rano i mówić wszystkiemu: wstajemy, nie damy się, będziemy żyć i śledzić życie, aż w końcu dowiemy się, dokąd ono prowadzi".

"Niekiedy mam wrażenie, że jestem tu tylko po to, by przeżywać te swoje marne męki, a potem je opisywać najpiękniej, jak się da.
Bez formy nic nie ma znaczenia. Jest tylko strumieniem śmiecia. Strumieniem, w którym stoi czyjeś <<ja>> i płacze, czyli dolewa łez do strumienia".

"O tak. Serce może pękać, a dusza boli jak ciało. Nie w metaforze, ale w piersiach, pod żebrami, pod mostkiem.
Straszna jest pusta, która zostaje po miłości.
Właśnie przeżyłam koniec swojej. Wiem to na pewno. Leżałam na łóżku z przepaścią w piersi, a przestrzeń wokół mnie była niczym nie zamaskowanym kosmosem, czyli także przepaścią. To była samotność jakaś nieludzka, nieziemska. Tak się będzie czuł być może ostatni człowiek na ziemi, gdy dostanie telegram, że nie ma Boga...
Zapalilam lampę, by zmniejszyć świat, bo już nie mogłam wytrzymać tego Ogromu.
Zobaczyłam stół, fotel biblioteczkę.
O, rzeczy, jesteście takie dobre dla nas, jesteście naszą przytomnością i parawanem, i zbroją. Zwykłe rzeczy, zwykłe zdarzenia, codzienna spoleczna przemiana materii, to wszystko, co nas tak pochłania, zajmuje - sprzątanie, kupowanie, czytanie gazet, chodzenie do fryzjera - to nas ratuje przed jakąś wielką grozą, która czeka bardzo blisko, za cienkimi drzwiami, wystarczy zły sen, odejście bliskiej istoty albo choroba. Groza czeka tuż-tuż".

"Bo naprawdę mocno być - można tylko wobec kogoś. Czy nie jest tak, że w pustym mieszkaniu, sami dla siebie, jesteśmy tylko psychiczną chmurą, która na przykład zasłania albo odsłania słońce, z której pada deszcz (łez) albo biją wściekłe pioruny?
To inni nadają nam kształt. To dla innych trzymamy formę. Dlatego samotność bywa zabójcza. Dlatego ludzie trwają w złych związkach tak długo, jak się da, dopóki z nich samo nie oblezie to obce ciało - partnera, który jest może najgorszy z możliwych, lae jest. Bo jak to tak, odejść do NIKOGO? Rozpadu się boimy, dezintegracji osobowości, bezimienności. Chyba że ktoś lub coś nas wyrwie, wyzwoli, na nowo stworzy"!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bardzo dziękuje za każdy komentarz :)