Elżbieta Jodko - Kula, Anka, 17.10.2014r.
Ladnie się ubiera. Ma zawsze na sobie mnóstwo spódnic, chustek, kamizelek; wygląda w tym jak Cyganka. Pomimo to stale jej zimno. Nosi jeszcze takie wysokie, czarne glany. Zresztą większość rzeczy, które Anka zakłada na siebie, jest w kolorze czarnym, trochę smutno to wygląda, ale mi się podoba. Anka jest tylko troszeczkę niższa ode mnie, a ja mam metr osiemdziesiąt, przy tym jest szczupła, bardzo szczupła, a wlaściwie chuda... Strasznie chuda. Ona jest chora na tę chudość, z tej chudości chora. Ona...".
"Następnego dnia nie mogłem się skupić na lekcjach. Kompletny odlot! Nawet nie byłem w stanie udawać, że słucham. Co mnie zresztą obchodził przebieg zmienności funkcji czy zaludnienei Ameryki Południowej. Perspektywa usłyszenia jej głosu byla dla mnie zbyt kusząca, więc >>samowolnie, bez wyraźnego powodu<< - jakby to określiła moja wychowawczyni - wyszedłem ze szkoły dwie godziny przed końcem".
"Anka z trudem pokonała ostatnie dziewięć schodków, dzielących ją od mieszkania. Już dawno postanowiła, że dla zdrowia i zachowania fizycznej sprawności będzie przynajmniej raz dziennie wchodzić na siódme piętro po schodach. Starała się zupełnie nie myśleć o windzie i szybkim krokiem pokonywać kolejne piętra. Niestety, ostatnio nie było to wcale takie proste. Ostra dieta, jaką stosowała od kilku miesięcy, najwidoczniej trochę ją osłabiła. Nie miała jednak zamiaru rezygnować z tej wspinaczki. Kilka dni temu postanowiła już w ogóle nie korzystać z windy. Parę razy dziennie pokonywała z mozołem kolejne piętra, ale była bardzo zadowolona z siebie, gdy udawało się jej dotrzeć do drzwi mieszkania, w którym mieszkała razem z matką".
"Znowu nie pościeliłaś łóżka! W lodówce jest gulasz w rondelku. Ugotuj do niego makaron lub ziemniaki i weż kiszone ogórki ze słoja. Nie zdążyłam ugotować zupy. Zjem na mieście. Wrócę póżno. Mama.
Gdy przeczytała kartkę, zmięła ją i wrzuciła za łóżko.
>>Wrócę póżno<<! Jak zwykle - pomyślała. Cóż to zresztą może oznaczać? Przecież ona zawsze wraca póżno. Pewnie dzisiaj będzie jeszcze później, nie o dwudziestej, ale o dwudziestej trzeciej".
"Podeszła do okna i odsunęła zasłonkę. Zza doniczki wyjęła dwie kanapki, które mama zrobiła jej wczoraj na kolację i mocno ugniotła je w dłoni. Sięgnęła za łóżko i wyciągnęła wrzuconą tam przed chwilą kartkę. Zawinęła w nią kanapkową kulkę i powlokła się do kuchni. Kartkę na kanapkami w środku włożyła głęboko do kubła na śmieci. Zamknęła drzwi szafki, ale po chwili rozmyśliła się, wyjęła z kubła worek ze śmieciami i wystawiła go na środek na kuchni.
- Trzeba to będzie to wynieść - powiedziała do siebie, po czym otworzyła lodówkę i wyjęła z niej rondelek z gulaszem. Cała zawartość naczynia wylądowała w koszu. Wyciągnęła ze słoja dwa ogórki, zjadła jedną połówkę, a resztę wrzuciła do worka".
"- Nie umiem bajerować - odpowiedziałem zgodnie z prawdą i ze zdziwieniem stwierdziłem, że to wyznanie przyszło mi z latwością.
- Aha, już ci wierzę!
- No to nie wierz, ale ja taki już jestem. Szczery gość - nieśmiałość zaczęła mnie powoli opuszczać i poczułem się pewniej.
- Szczery?
- Do bólu.
- To kiepsko - stwierdziła, nie patrząc na mnie.
- Dla kogo? - zapytałem.
- Dla mnie.
- Nie rozumiem - stwierdziłem z zakłopotaniem".
"- Możemy pójść, chociaż tak naprawdę całkiem mi się tu podoba - odpowiedziała, dodając po chwili: - Nie jem lodów.
- To zjesz ciastko.
- Ciastek też nie jem.
- To kupię ci parówkę - powiedzialem, czując narastające rozdrażnienie. Nie chcialem siedzieć na tej ławce i wymyślać niestworzone historie o mojej willi z garażem, nadzianych starych i rajskim życiu w podwarszawskiej, willowej miejscowości.
- Odpada, jestem wegerarianką - Anka bezradnie rozłożyła ręce, a ja zniechęcony opadłem znowu na siedzenie.
- A co w ogóle jesz? - zapytałem po chwili milczenia.
- Niewiele, odchudzam się - odpowiedziała, ściszając nieco głos, tak jakby chciała, żebym tego wcale nie usłyszał.
- Odchudzasz się? Z czego?
Teraz Anka zerwała się z lawki jak oparzona - i stanowszy dokładnie na przeciw mnie - ujęła się pod boki. Przyglądając mi się zwężonymi ze złości oczami, cedziła każde słowo, jakby chciała mnie nimi wychłostać:
- Odczep się ode mnie, dobra?! Jak ci się nie podoba, to wracaj do tej swojej willi z ogrodem!
Nie spodziewałem się takiej reakcji. Nie mialem pojęcia, jak postępować z dziewczynami, a zwłaszcza z takimi, które są tak piękne, nic nie jedzą, a na dodatek jeszcze bez powodu wpadają w histerię. Jeżeli nie chciałem jej stracić natychmiast, musiałem się poddać. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało".
"- Nie chcę tu zostawać. Przestał mi się podobać ten park i nie podoba mi się coś jeszcze.
- A co takiego? - zapytałem, czując się zupełnie pokonanym.
- To, czy ja się odchudzam, czy nue, nie jest twoją sprawą, rozumiesz?! Od mojego jedzenia trzymasz się z daleka, jasne?!
- Jasne - powiedziałem, chociaż nic, co się przed chwilą wydarzyło, nie było dla mnie ani jasne, ani zrozumiałe. Czułem się jak dureń, byłem na siebie zły, ale uświadomiłem sobie, że ona też się gniewa".
"W zupełnej ciszy powlekliśmy się do pobliskiej kawiarni. Nie straciłem dużo kasy - ona chciała tylko wodę mineralną z lodem, a dla siebie zamówiłem mój ulubiony sok pomarańczowy, który tego dnia wcale mi nie smakował. Prawie nie rozmawialiśmy".
"Czy matka Anki nie widzi, że jej córka schudła już dwanaście kilo i nadal jest na diecie? A szkolny psycholog, pedagog? A wychowawczyni"?
"Ona sama ze sobą przecież nie może dojść do ładu. Stąd ta anoreksja, tak anoreksja, to nie zwykły katar ani biegunka.
Nie ma się, co oszukiwać, to jest poważny problem. Problem z problemów. Tak to nazwał jeden lekarz, który był kiedyś w szkole z prelekcjami na ten temat. Nawet fajnie mówił, tylko co z tego? Wtedy Anka jeszcze normalnie jadła. Pół roku później przeszła na wegetarianizm, a potem ograniczała się coraz bardziej. Dzisiaj pije tylko wodę i je jabłka, od czasu do czasu wypija jogurt. Chudy jogurt, bez cukru".
"Może powinna powiedzieć wychowawczyni, co sądzi o tym wszystki. Bo co ona właściwie może zrobić. Przecież nie zmusi Anki do jedzenia. Ma jej fundować obiad i przykuć do stolika w barze? Wiele razy ciągnęła ją do pizzerni i co? Anka piła tylko wodę mineralną, a jej przybyło dwa kilo. Bezradność i nadzieja to dwa słowa, które ostatnio zaczęły Kaśkę denerwować. Bezradność - bo przecież nic nie mogła zrobić, w żaden sposób pomóc Ance. A nadzieja? Nadzieja to ułuda, coś, co pozwala nie myśleć, nie działać, dzięki temu lepiej czują się tylko ci, którzy powinni coś zrobić, a nie ci, którym trzeba pomóc.
Trzeba działać, a nie czekać.
Tylko jak"?
"- Tak, wiem: słodyczy, mięsa, pieczywa, bananów, winogron - mówiąc to, poczułem, że odzyskuję utraconą swobodę. - A pijesz coś czasem, (jak - przypomnienie od E. Janosz) jest gorąco?
- Wodę mineralną - temat jedzenia wyraźnie działaj jej na nerwy. - Z cytryną.
- No to zapraszam cię na wodę, może być?
- Może - odpowiedziała krótko, podnosząc się z ławki".
"- Załamanie nerwowe - wyjaśniła krótko. - Anka przeżyła nieprzyjemną przygodę i po kilku dniach wylądowała w szpitalu. Od dawna powinna się leczyć, ta jej chudość..."
"Anka ma dużo swobody, bo jej mama często wyjeżdża, a ojciec dawno się wyprowadził, więc tak naprawdę nikt specjalnie nie interesuje się, z kim ona się spotyka".
"dużo wymaga i o wszystko ma pretensje".
"- Kilka dni później zemdlała w szkole"
"- Przestała jeść. Zauważyłeś, że jest bardzo szczupła? Wręcz chuda... Szkolna pielęgniarka wezwała pogotowie.
Kaśka zamilkła, a Rafał, kiwając głową, podsumował:
- Wszystko przez to odchudzanie".
"- To już nie jest normalne odchudzanie. Anka jest chora - odparła, wzdychając.
- Chora? - Rafał przyglądał się jej ze zdziwieniem
- Tak, na anoreksję. Ona się może zagłodzić na śmierć.
Rafał z niedowierzaniem patrzył na Kaśkę. Wciąż tego nie potrafił zrozumieć. Do tej pory wszystko było dla niego proste, ale teraz sprawy zaczęły się gmatwać. Nie wiedział, co ma myśleć o Ance i ich znajomości".
20 listopada 2014, 3:05
Anoreksja to jest umieranie na raty. Trwa długo. Nie mam do tego cierpliwości.
"Co innego siedzieć w parku na ławce i czekać, a co innego pójść do szpitala po tym, czego dowiedziałem się od Kaśki".
"Jeżeli taka pogoda utrzyma się na dłużej, pewnie więcej osób zechce wychodzić na spacery. Może też Anka... Od chwili jej przyjęcia na oddział, doktor Kurowska nie widziała, żeby dziewczyna wyszła z pokoju. Anka leżała albo siedziała łóżku i na wszystko miała jedną odpowiedź: nie. Nie chciała uczestniczyć w terapii grupowej, a podczas terapii indywidualnej prawie się nie oddzywała".
"Ona tylko żąda, ma pretensje, a nie rozumie tego, że sama powinna coś zrobić, choć trochę spróbować zmienić coś w życiu swoim i dziecka".
"- Musicie jej pomóc, musicie ją z tego wyleczyć - matka Anki siedziała po drugiej stronie biurka i uparcie wpatrywała się w doktor Kurowską.
- Już pani mówiłam, że to nie jest takie proste. To nie przeziębienie, ani skręcenie nogi, tu potrzebna jest długotrwała terapia. Dziewczyna potrzebuje pomocy nas wszystkich".
" To jej udzielcie tej pomocy! - Matka Anki podniosła głos.
Doktor Kurowska przyjrzała się swoim paznokciom i, kładąc ręce na kolanach, powiedziała:
- Pani mnie nie zrozumiała. Ania potrzebuje też pani pomocy".
"Anka leżała na łóżku przykryta kocem i kołdrą. Mimo wysokiej temperatury za oknem był jej zimno. Zimno i wilgotno. Mokra od potu koszula przywarła do jej pleców, ale nie zamierzała się odkryć. Do matki nie odezwała się ani słowem. Po jej wyjściu nie chciała nikogo widzieć.
Odsłoniła twarz, ale nie odwróciła się w stronę pokoju, mimo iż od rana była w nim zupełnie sama. Jolka wyszła na kilkudniową przepustkę i miał nadzieję, że tu nie wróci. Jej terapia postępowała prawidłowo. Wszyscy byli dumni z niej i szczęśliwi: rodzice, lekarze i gołębie zza okna, które trzy razy dziennie pożerały większą część jej posiłków, ale o tym ani Anka, ani one, nikomu nie mówiły. To była ich wspólna tajemnica - tajemnica tłustych gołębi i chudych dziewczyn. Jolka zostawiła Ance oswojone gołębie z ich wiecznie pustymi brzuchami. Chociaż wcale o tym nie rozmawiały, doskonale wiedziały, że rynna i parapet są najlepszym miejscem na ukrycie jedzenia. Tak go nikt nie szukał, w każdym razie do tej pory.
Po obiedzie, który częściowo udało się Ance wypluć i wyrzucić do toalety, przyszła doktor Kurowska, która zaglądała dwa razy dziennie, sprawdzając jej samopoczucie. Kilka razy nawet zapytała ją o coś, ale nie doczekała się odpowiedzi. Dzisiaj Anka też nie miała ochoty na rozmowę".
"- Anka, popatrz na mnie. Czy chcesz, żebym wyszedł?
Anka milczała jeszcze chwilę, nie odwróciła się do Rafała, tylko poruszyła się na łózku:
- Zostań. Nic nie mów, ale zostań - poprosiła cicho.
Rafał usiadł na samym brzegu pustego łóżka i w ciszy czekał, co będzie dalej. Patrzył na plecy dziewczyny i nagle poczuł ogromną chęć, by je pogłaskać i przytulić się do nich... Jej szczupłe ramiona zaczęły drżeć, a potrm gwałtownie unosiły się i opadały. Po chwili usłyszał pociąganie nosem, a w końcu stłumiony szloch. Anka płakala.
Siedział, nie wiedząc, co powinien ze sobą zrobić. Chciał się do niej zbliżyć i mocno, mocno przytulić jej drobne, drżące ciało, ale nie miał śmiałości ruszyć się ze swojego miejsca. Mimo niezręcznej sytuacji czuł się szczęśliwy, choć tak naprawdę nie potrafiłby określić dlaczego. Może dlatego, że był przy niej, i to mu wystarczało".
"Anka stała przy oknie ubrana w ladny, sportowy dres. Już samo to, że nie leżala na łóżku odwrócona twarzą w kierunku ściany, było pewną nowością. Niestety, nic poza tym nie zmieniło się. Obiad, który przyniesiono jej dwie godziny temu, stał nietknięty na stoliku.
Nie zareagowała też na wejście lekarki. Nie drgęła nawet, kiedy ta zbliżyła się do niej.
- Nie zjadłaś obiadu - stwierdziła lekarka, podchodząc bliżej.
- Zjadłam całą zupę.
- Przecież zostawiłaś jarzyny - doktor Kurowska usiadła na krześle, odsuwając talerz z obiadem.
Anka odwróciła się bokiem i, udając, że w dalszym ciągu patrzy wyłącznie przez okno, zapytała:
- Ta głupia salowa znowu na mnie pani nakablowała?
Lekarka wolno i wyraźnie oświadczyła:
- Pani Jadzia nie jest głupia, a informowanie mnie o tym, czy jesz, czy nie, należy do jej obowiązków.
Anka ponownie odwróciła się w stronę okna i stała tak chwilę, nic nie mówią, aż wreszcie odezwała się cicho:
- Nie prościej mnie o to zapytać?
W głosie Anki zabrzmiało coś takiego, co wzmogło czujność doktor Kurowskiej. Do tej pory rozmowy urywały się po trzech, czterech zdaniach, jednak tym razem wyglądało na to, że dziewczyna zechce nieco dłużej porozmawiać.
- Prościej. Ale to nie ma większego sensu,bo i tak nie powiesz mi prawdy - odpowiedziała szczerze.
- Nie wierzy mi pani - Anka brardziej stwierdziła niż zapytala.
- Chcę, ale nie mogę. W ubiegłym tygodniu nie pomimo mojej prośby nie zjadłaś ani jednego obiadu.
Anka odwróciła się tyłem do okna, oparła plecy o paraper, i nie patrząc na lekarkę, oznajmiła:
- Może gdyby mnie pani nie śledziła za pomocą tej swojej armii donosicieli...
- Gdybyś znowu nie schudła w poprzednim tygodniu, nikogo bym nie prosiła o pomoc - doktor Kurowska zaczęła się czuć coraz pewniej, obawy, z którymi tu przyszła, powoli ustępowały. To byla pierwsza rozmowa z Anką, która trwała aż tak długo. Dawało to nadzieję, niewielką, ale jednak nadzieję".
"Anka spojrzała uważnie na lekarkę i przez chwilę nie spuszczała z niej wzroku. Wreszcie skwitowała cichi:
- Jestem trudnym przypadkiem.
- Nie jesteś żadnym przypadkiem, tylko człowiekiem.
"Anka rozluźniła się, usiadła na parapecie okna i skrzyżowała ręce na piersiach. W jej oczach pojawiły się iskierki przekory.
- Mieliście mnie naprawić, przystosować i co?
Lekarka spojrzała na okno, majac nadzieję, że jest dobrze zamknięte. Po niedawnym remoncie oddziału ekipa budowlana nie założyła jeszcze wszystkim zabezpieczeń. Niepokój, jaki poczuła, widząc Ankę siedzącą na parapecie, nie pozwalał jej spokojnie siedzieć, podniosła się więc ze swojego miejsca i ruszyła w kierunku dziewczyny.
- Aniu, nasz oddział to nie warsztat naprawczy. My tu jesteśmy po to, żeby ci pomóc, a nie przerabiać - powiedziała, sprawdzając klamkę".
"Czuła, że pod pozorem oschłości i siły, kryje się nieszczęśliwa, przerażona matka, która nie wie, co dzieje się z jej dzieckiem, oraz nie potrafi dać sobie rady z samą sobą i z otaczającą ją rzeczywistością".
"- Nie potrzebuję pomocy - odpowiedziała Anka.
Lekarka wiedziała, że ich rozmowa potoczy się teraz dobrze znanym torem:
- Gdybyś jej nie potrzebowała, nie wyrzucałaś jedzenia przez okno.
- To moja sprawa, czy jem, czy nie - dziewczyna znowu przyjęła zaczepną postawę. Przelotnie spojrzała na lekarkę i odwróciła się plecami.
- Ale to, że sobie szkodzisz, nie jest tylko twoją sprawą.
- Za dwa lata będę pełnoletnia i wtedy nie będziecie mnie mogli tu trzymać. Wyjdę stąd, kiedy tylko będę chciała.
Anka wiedziała to, o czym lekarka myślała niejednokrotnie. Pełnoletnie osoby znacznie trudniej poddawały się leczeniu niż nastolatki. Kobiety, nie mogąc sobie poradzić z własnymi problemami, często rezygnowały z terapii i wracały do smutnej, pełnej napięć i nierozwiązanych problemów, szarej rzeczywistości, w której zatracały się bezpowrotnie.
>>Anoreksja jest chorobą śmiertelną<< - doktor Kurowskiej zwykle przy tego typu rozmowach przypominały się słowa wykładowcy, z którym miała zajęcia na medycynie. - >>Dlatego niezmiernie ważne jest kiedy i jak rozpocznie się terapię chorego<<".
"Po kilku dniach odwiedzilem ją znowu. Nie żebym nie chciał tam wcześniej pójść, ale tak jakoś wyszło... Chciałem i nie... Po prostu bałem się, że nie będę umiał z nią rozmawiać. Nie wiedzialem, czy Anka jest chora, czy tylko udaje. Właściwie nie wiedzialem, co to jest ta anoreksja. Zapytalem o to moją mamę, ale ona niewiele wiedziała. Tylko coś burknęła o jakimś telewizyjnym serialu. Nic z tego nie zrozumiałem, a nie chciałem jej dokładnie tłumaczyć, o co mi chodzi. Anka była przecież moją tajemnicą i nie miałem zamiaru w jej sprawy wciągać nikogo. Zresztą i tak by tego nikt nie zrozumiał, skoro sam miałem z tym problemy".
"- Nie cierpię, jak ktoś mnie dotyka. A najgorzej jest na terapii, bo oni się tam tylko prytulają i glaszczą. Nie znoszę tego, a ty"?
"Coraz trudniej tu wytrzymać. Chciałabym wrócić do domu. Kurowska mówi, że jeżeli zacznę jeść, to w przyszłym tygodniu mnie wypiszą. Tak na próbą. Będę tylko musiała przychodzić na terapię. Od tygodnia się męczę, ale wszyscy twierdzą, że będzie lepiej. Pewnie mają rację. Zresztą doszlam do wniosku, że nie ma sensu ze wszystkmi walczyć".
"Może jednak zacznę coś jeść...? Chociaż trochę... Co o tym myślisz? Chcialabym stąd wyjść... Tylko nie chce mi się wracać do niej, bo nie wierzę, że coś się zmieni".
"Widok nagiego ciała dziewczyny zawsze wprawiał mnie w zakłopotanie. Lubiłem patrzeć na odsłonięte biodka i brzuchy moich szkolnych koleżanek, ale nigdy nie patrzyłem na nie wtedy, kiedy o tym wiedziały. Moje ukradkowe spojrzenia byłybyły zawsze tak krótkie, że rzadko kiedy zdążyłem dobrze obejrzeć odsłonięte części. Anki nie widziałem dotąd w krótkiej bluzce, bo nie często chodziła w spodniach, a jej liczn suknie i spódnice dokładnie przysłaniały powleczone skórą kości. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłm fragment jej chudego ciała pomiędzy krótkim czarnym sweterkiem i sztruksowymi spodniami. Widok sterczących znad paska spodni dwóch kości miednicy nie był wcale pociągający. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, jak Anka jest chuda".
"Nikt poza nią jakoś nie śpieszył się odwiedzać koleżanki w szpitalu na oddziale na nerwowo chorych. Ciekawe, co sobie myśleli? Że Anka rzuci się na nich, czy że na ich widok wyskoczy oknem? Prawdę powiedziawz,y, te odwiedziny na początku nie miałyby żadnego sensu, ale teraz, po prawie czterech tygodniach... Niektórzy mogliby się ruszyć, chociażby wychowawczyni..."
"- Przecież miało już być dobrze... - powiedziałem, nie kryjąc zniecierpliwienia.
- Ale nie jest - odparła Kaśka jakimś dziwnie smutnym, zrezygnowanym głosem. - To wszystko jest chyba dużo bardziej skomplikowane niż nam się wydaje".
"- Może i bez sensu, ale ja tak to czuję. Anka musi uporządkować swoje sprawy, własne myśli, a przede wszystkim relacje z mamą. Nie była jeszcze gotowa do powrotu do domu i dlatego to wszystko...
- Jeżeli jest tak, jak myślisz, to znaczy, że Anka jest nadal chora. Dlaczego więc ta lekarka wypuściła ją ze szpitala?
Kaśka spojrzała na mnie uważnie i uśmiechała się smutno.
- To nie jest grypa, ani zapalenie ślepej kiszki. Anka będzie bardzo długo zdrowiała i tak naprawdę nie wiadomo, czy jej się to uda. Rozmawiałam o tym wszystkim z panią doktor. Wychodzenie z anoreksji trwa wiele miesięcy, a nawet lat".
"pies płakał zamknięty w torbie".
"Anka siedziała na łózku i patrzyła w kierunku okna, za którym widać było spory kawałek błękitnego nieba. Przez dłuższą chwilę nie chciało jej się podnieść z łóżka i zapragnęła z powrotem wsunąć się pod kołdrę. Spojrzała jednak na zegarek i zobaczywszy, że jest dziesiąta, zmusiła się do wstania. Podeszła do okna i przyjrzała uważnie szpitalnemu parkowi".
"Spojrzała na drzwi, wyjęła szybko spod poduszki nietknięte kanapki ze śniadania, zawinęła je w chusteczkę, zgniotła i wsunęła do kieszeni szlafroka. Wiedziała gdzie w parku jest studzienka kanalizacyjna, i zamierzała do niej wrzucić swoje śniadanie. Do wieczora miała spokój. Na dyżurze był tylko jeden lekarz, a pielęgniarka i salowa, które pracowały tego dnia, nie należały do nadmiernie pilnych, nikt więc nie będzie kontrolował, ile zjadła i co się stało z jedzeniem".
"Teraz jednak poczułem narastającą złość. Złość na Ankę, na siebie i na to, że akceptując jej chorobę, wcale jej nie pomagam, tylko sam staję się częścią chorego świata".
"- Ty jesteś trochę niewidoma, wiesz?
- Ja jestem niewidoma? Zgłupiałeś?
Nie wiedziałem, co mówię. Słowa wylatywały mi z usta, jakby poza moją świadomością, ale zupełnie nie chciało mi się ich zatrzymywać.
- No naprawdę, ty ludzi nie widzisz.
- Jakich ludzi?
- Ano takich sobie, szarych jak ja, Kaśka i jeszcze paru przyjaciół, i...
- I kt?
- I chyba twoja matka... - powiedziałem i po raz pierwszy zrozumiałrm, że w zyciu nic nie jest czarno-białe".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo dziękuje za każdy komentarz :)