Strony

27 lip 2014

Ka Hancock, "Tańcząc na rozbitym szkle"

Dziennik = w trakcie leczenia = wgląd w siebie
7 czerwca 2011 - sesja z Gleasonem

 Tym razem wydobycie się z dołka zajmuje mi aż tydzień. Ale przynajmniej, stojąc nad przepaścią, nie poddałem się i nie wpadłem w otchłań. Wiedziałem, że jestem w tarapatach i balansowałem na krawędzi. Po raz kolejny wyobraziłem sobie, że mogę unieść stopę i wbić się w powietrze - pikować, a potem wznieść się nad czeluścią, która wiedziałem o tym - mogłaby mnie pochłonąć. Nieraz mi się to zdarzało. Na szczęście teraz nie.
 Tak właśnie wygląda moje życie: nieustanne zbliżanie się do krawędzi przepaści i odsuwanie od niej. Owa przepaść raz mnie fascynuje, a kiedy indziej przeraża - kryje się w niej to, co w danej chwili podsuwa mi moja chora wyobraźnia. Trzymanie się od niej na dystans to mój absolutny imperatyw, ale im bardziej się do niej zbliżam, tym lepiej się czuję. Albo tym gorzej. I to jest właśnie ironia losu, ponieważ czuję kompulsywny pociąg do niebezpieczeństwa: im bardziej zbliżam się do otchłani, tym bliżej niej chcę się znaleźć. Czeluść skrywa jakąś niepojętą możliwość ucieczki - czasem to nie wysłowionq radość, a kiedy indziej ból tak dotkliwy, że wymyka się próbom opisu. W obu przypadkach przepaść przyzywa mnie kłamstwami brzmiącymi jak obietnice. Łagodne, uwodzicielskie kłamstwa, którym nie zawsze potrafię się oprzeć.
 Leki pomagają. One i regularna terapia. Moja własna siła woli też jest przydatna, jeśli tylko jestem w stanie ją w sobie znaleźć. Podobnie mój rozum, który ku mojemu zdumieniu nie do końca podlega regułom działania mego defektywnego mózgu. Osiągnąłem pełnię mądrości, jaką może dać osobiste doświadczenie. Niemal zawsze jestem świadom tego, co się ze mną dzieje, choć czasem niejako obserwuję to z dystansu, jak widz. Ale i tak usiłuję wzrożyć którąś z licznych strategii pozwalających uchronić się przed runięciem w otchłań. Nie zawsze z powodzeniam.
 Największy wpływ ma na mnie moja żona. To dzięki niej z taką determinacją usiłuję zachować dystans do przepaści, choć nie zawsze mi się to udaje. Czasem, na przykład gdy ona choruje, krawędź zbliża się do mnie. Ale czasem dzieje się tak bez powodu. Czeluść rozszerza się w jakiś niewytłumaczalny sposób, nawet gdy od niej uciekam - kiedy uciekam, by ocalić życie - aż w końcu tracę grunt pod stopami i znowu jestem zgubiony mimo swych najszczerszych starań.
 Większość ludzi w ogóle nie zauważa owej otchłani, ale dla tych, którzy cierpią na chorobę afektywną dwubiegunową, stanowi ona wielkie zagrożenie. Wiem, że mówię, jakbym był uzależniony od narkotyków, ale żaden narkotyk nie wywołuje takich doznań, jakie wyzwala mania tuż przed tym, zanim poczujesz jej cios. Żaden też narkotyk nie wywołuje takiej rozpaczy, gdy się jest pod jego działaniem.

7 czerwca - później

 Gdy po raz kolejny przeczytałem wprowadzenie do mojego dziennika, chciałem spraedzić, czy nie ma tam charakterystycznych dla mnie bzdur, które sprawią, że mój psychiatra Gleason Webb podrze go i każe mi pisać od nowa. Ale nie widzę żadnych ustępów, w których bym przesadził. Jak na mnie jest to duże osiągnięcie. Myślę, że opisałem swoją sytuację całkiem nieźle jak na świra.
 Na Lucy czekałem na frontowych schodach tego starego zakładu dla obłąkanych, który czasem jawi mi się jako mój drugi dom. Miałem dobry dzień, i to pod każdym względem. Czułem, jak znowu powoli, lecz nieuchronnie zaczyna się wyłaniać moje niezrównoważone ego. Muszę przyznać, że stęskniłem się za tym facetem. Cieszyłem się na jego powrót. Nie jest on zbyt ekscytujący, ale jest mi z nim dobrze. Mam poczucie bezpieczeństwa i mogę liczyć na jego bydtrość umysłu.
 Zerknąłem na zegarek, zastanawiając się, gdzie jest Lucy - mówiła, że o tej porze już tu będzie. Wstałem i zacząłem nerwowo chodzić wte i wewte, szybko jednak usiadłem z powrotem. Zjawi się, kiedy się zjawi, nie ma się czym denerwować. Zachichotałem, ponieważ tak po prostu zdałem sobie sprawę, że moje lekarstwa działają. Byłem w stanie przeprowadzać analizy, więc się uśmiechnąłem... Psychotropy jednak czynią cuda. To uszczęśliwi Lucy - lubiła zrównoważonego gościa bardziej niż tego drugiego mnie. Nie, to nie do końca prawda. Kochała mnie - człowieka, który się składa z części wybrakowanych, nadmiarowych i wadliwych. Kochała je wszystkie. Mówiła, że nie ma wyboru, bobw przeciwnym razie jej miłość w ogóle nie miałaby sensu. Przysięgła to sobie przed laty i słowa dotrzymała. Dacie temu wiarę? Nie przestaję podziwiać tej kobiety. Zwłaszcza w takich okresach jak te, gdy pierwszą rzeczą, jaką widzę jasno, kiedy mój mózg uwalnia się od mgły zasnuwającej przepaść, jest jej miłość. Każdy świr powinien mieć takie szczęście".

"Wydawało mi się nawet, że w tych ciemnych oczach, które zaledwie kilka dni temy były dzikie i nieobecne, potrafię dostrzec mojego dawnego Mickeya".

"W zeszłym tygodniu Mickey był chorobliwie pobudzony i miał olbrzymie pokłady energii. Zawsze tak się działo, kiedy sam sobie zaczynał dozować leki. Na tym właśnie polegał cały kłopot z Mickeyem - kontrolowanie oznak depresji, za pomocą na przykład prozacu, może doprowadzić do hipomanii - która zwykle wzbudzała w nim radość i z której niechętnie się leczył. Zawsze wydawało mu się, że potrafi gromadzić energię. Ale tym razem mimo usiłowań lekarza Mickey przestał sypiać. Gdyby nie medyczna interwencja, nastąpiłaby psychoza. Dzięki skorygowaniu dawek zażywanych przez Mickeya leków i jego hospitalizacji w Edgemont jego stan oscylował wokół tego, co reszta świata uznawała za normalność, a co sam Mickey nieszczególnie sobie cenił. Lecz z manii wychodził łatwiej niż z okresów depresji".

"Po latach wytrwałych badań Gleason - doktor Gleason Webb - w końcu znalazł dający efekty zestaw leków na cyklofrenię Mickeya. Zestaw, który mój mąż czasem porzucał z powodów znanych tylko jemu, czego rezultatem był stopniowy nawrót choroby. Właśnie na tym etapie byliśmy obecnie. Aby Mickey zachował spokój, musiał codziennie zażywać małą garść pigułek. Brał leki na utrzymanie zrównoważonego nastroju, zwykły węglan litu, czasem depakote, a często jedno i drugie. Zażywał też risperdal, dzięki któremu nie słyszał głosów, neurontin, dzięki któremu nie miał drgawek po risperdalu, symmetrel, zwalczający symptomy podobne do symptomów choroby Parkinsona, które mogą się pojawić w następnie zażywania depakote, propranolol zapobiegający drżeniu ciała i benadryl przeciwdziałający sztywnieniu mięśni, będącemu następstwem owego drżenia. Ponadto brał klonopin na uspokojenie, a na bezsenność ambien. Nie liczę antydepresantów, które włączano, kiedy zachodziła taka potrzeba. Wszystkie one działały niczym czarodziejska różdżka, sprawiając, że zachowanie, nastroje i zachowanie Mickeya były całkiem normale. Przynosiły jednak takitaki efekt tylko wtedy, gdy Mickey brał je o wskazanych porach, co zdarzało się niezbyt często".

"- Pamiętam wszystko, co zdarzyło się tamtej nocy. Nie mogłem uwierzyć, że naprawdę mnie pocałowałaś. Nie mogłem uwierzyć, byś dała mi swój numer.
- Dlaczego? Spodobałeś mi się.
Pokręcił głową, nagle poważniejąc.
- To o n ci się spodobał".

"24 czerwca 2011 - notatki z myślą o terapii grupowej

 W mojej rodzinie istnieje genetyczne obciążenie chorobą afektywną dwubiegunową. Cierpiała na nią moja mama i ja również ją mam. Nie jestem pewien, jak jest w przypadku mojego brata. Zauważyłem, że niektórzy sądzą, że choroba wszystko wyjaśnia, wszystko usprawiedliwia lub przekreśla. To nie jest fair. Człowiek jest nieskończenie skomplkowany. Wolę myśleć o swojej chorobie psychicznym jako o pewnym dodatku do pozostałej części mej osoby, traktować ją jak coś w rodzaju emocjonalnej cukrzycy. Depakote to obecnie moja insulina, nastrój to mój poziom cukru we krwi. Jak wszyscy inni grzeczni cukrzycy muszę dokładać starań, by zażywać właściwe leki o wskazanych porach. Jeśli tego nie zrobię, choruję.
 By to zaburzenie okiełznać, trzeba mieć trochę sprawności. Trzeba mieć charakter, by panować nad chorobą, w innym wypadku to ona przejmuje kontrolę nad twoim życiem. Czasem trzeba mieć przewodnika. W moim przypadku jest nim przeznaczenie. A moje przeznsczenie to Lucy. Niezależnie od tego, czy kryję się w ciemnym kącie, czy stoję na płaskowyżu zalanym oślepiającym słońcem, moim celem jest zawsze powrót do niej. Gleason mawia, że tym właśnie różnię się od mojej matki - ona nie miała żadnych dążeń, nigdy nie istniało dla niej nic ważniejszego od jej choroby. Nie ufała niczemu poza nią. Ani mojemu ojcu, ani mnie czy mojemy bratu. Jej świat obracał się wokół jej bólu - ciemnego, gęstego, wszechobejmującego emocjonalnego bólu. To on ją definiował. Ja nie pozwalam, by definiował mnie.
 Ale znam taki ból. To dlatego oszukuję, przyjmując lekarstwa".

"10 czerwca 2011

 Pożegnałem się z dziewczynami w dyżurce pielęgniarek, a Peony przepuściła mnie przez drzwi.
- Bądź już teraz grzeczny, Michael - powiedziała.
 Zasalutowałem przed nią. W teakcie trwania naszego małżeństwa byłem hospitalizowany pięć razy, a cztery razy zanim się ożeniłem. Peony wie, że robię, co w mej mocy.
 Lubię iść piechotą z Edgemont. Nie jest to długa droga, a ja lubię odwracać się plecami do szpitala. To symboliczne. Trafiałem tu w różnych stadiach zamętu psychicznego. Bywałem przerażony, a z czasem zaszedłem zbyt daleko, by odczuwać przerażenie. Zdarzało się, że byłem pogrążonybw takim letargu, że nie mogłem ustać na nogach, albo tak nakręcony, że nie mogłem usiedzieć w miejscu. I choć zawsze otaczano mnie tu dobrą opieką, nadal myślę o pobycie w szpitalu z lekkim lękiem.
 Pamiętam, że pewnego razy, kiedy byłem mały, moja mama była tam przez kilka tygodni - tak nam się przynajmniej - a potem pojechaliśmy z tatą ją odebrać. Tata nie chciał, żebyśmy z bratem wchodzili do środka, więc zaczekaliśmy w samochodzie. Dawid czytał komiks, a obserwowałem drzwi wejściowe o oczekiwaniu na rodziców.
- Wiesz, że oni przypiekają jej mózg, co? - powiedział do mnie Dawid.
- Co to znaczy?
- Elektrowstrząsy. Sprawiają, że mózg zaczyna skwierczeć. Pewnie nie będzie nawet pamiętała naszych imion... więc nie oczekuj zbyt wiele.
Dawid był ode mnie pięć lat starszy i wierzyłem we wszystko, co mi mówił. Ale tym razem się mylil. Mama trochę zabawnie szła, jakby kręciło się jej w głowie. Tata jej pomagał. Lecz kiedy nas zobaczyła, rozplakała się. Usiadła od razu na tylnym siedzeniu, przytuliła nas, ucałowała i dosłownie wypłakiwała sobie oczy. Pamiętała nasze imiona.
 Nie rozpoznała naszego domu, ale nasze imiona pamiętała..."

"- To chyba nie musi być nic niewłaściwego, prawda"?

"30 kwietnia

 Teoretycznie szaleńcowi trudno jest szaleć z miłości, ale... najwyraźniej nie jest to niemożliwe. Mówię o tym, ponieważ kiedy byłem z Lucy, nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Znałem mnóstwo kobiet, ale nie rozumiałem władzy, jaką ta dziewczyna roztoczyła nade mną nieomal w chwili, w której ją poznałem. Zastanawiałem się często, jak stan zakochania - mówię tu o prawdziwej miłości - wpływa na ludzi, którzy nie martwią się chorobą umysłową. Zapewne przede wszystkim nie muszą oni najpierw ze wszystkich sił, na jakie stać człowieka, starać się go wystrzegać. Nie myślą, że powini odrzucić tę miłość, ponieważ nie można ufać uczuciom; nie muszą też sobie wyobrażać dotkliwego porzucenia, nieuchronnego, kiedy choroba ujawni się w calej pełni. Ale ja byłem już stracony po naszej pierwszej randce... i przerażalo mnie to. Bałem się o nią. Kiedy zaczęliśmy się przed sobą stopniowo odsłaniać, nie mogłem do końca uwierzyć, że jej nie odstręczam. Nogdy jeszcze nie otworzyłem się przed nikim aż do tego stopnia. Nie chciałem. Ale Lucy tak bardzo pragnęła wniknąć w to, jaki jestem naprawdę, że nie potrafiłem się temu oprzeć.
 Jej nieustraszoność trochę mnie przerażała. Ale być może to właśnie ją zyskuje człowiek, kiedy przydarzy mu się w życiu to, co najgorsze. Utrata rodziców sprawiała, że Lucy była niczym studnia - miała w sobie tak wiele niezwykłych cech. Ale czy mogłem temu zaufać? Albo ona?
 Lucy autentycznie wierzyła, że potrafi poradzić sobie ze wszystkim, jeśli tylko wie, czego ma się spodziewać. Chciała znać wszystkie karty, tak by mogła opracować najwłaściwszą strategię. Nie wiedziała jednak, że w przypadku takiego faceta jak ja owa talia jest niczym zmieniający się za oknem krajobraz podatny na działanie żywiołów. Próbowałem ją ostrzec. I choć zaczynałem się w niej zakochiwać wydało mi się to czymś niewłaściwym. Już sama myśl o zdobyciu Lucy, skrzywdzeniu jej, wystraszeniu czy jej utracie zupełnie mnie przytłaczała. KilkaKilka razy usiłowałem uchronić ją przed życiem ze mną, ale jej przez cały tan czas nawet powieka nie drgnęła.
 Nawet wtedy, gdy powinna".

"Wiedziałam na pewno jedno: że zakochuję się z mężczyźnie, który już w swoje jedenaste urodziny stwierdził, że jest inny od reszty świata. W mężczyźnie, którego z czasem zaczęło przerażać to, jak działa jego umysł. Zakochałam się w mężczyźnie, który robił wszystko, bym zrozumiała, ze czuje się czasem nieśmiertelny i że bywa bardzo ekspansywny, zaborczy i nieskory do skruchy".

"Kiedy wyjawiłam mu, dlaczego się tu zjawiłam, powiedział, że mądra ze mnie dziewczyna, skoro chcę sprawdzić, co kryje się pod powierzchnią".

"Doktor Webb uważał, że przede wszystkim powinnam zrozumieć głębokie depresje, które całkowicie paraliżowały Mickeya. Dlatego rejestrował, kiedy Mickey zstępował do tego mrocznego piekła, gdzie z trudem mógł oddychać, kiedy to przestawało mu zależeć na tym, czy będzie dalej żył, czy nie. Dołożył starań, bym zrozumiała, jak szybko hipomania może doprowadzić do załamania nerwowego. Wręczyl mi książki dotyczące leków, tak że mogłam zgromadzić jakąś wiedzę praktyczną na temat tych, jakie zażywał mój chłopak. Mickey dał mi swój dziennik, w którym opisywał swoje stany mianiakalo-depresyjne, bym mogła zrozumieć jegojego niezdolność do kontrolowania jego odlotów. Bardzo zależało mu na tym, bym pojęła jego chorobę. Wyjaśniał swą wynikającą z psychozy potrzebę z wyścigu z samym sobą; starał się niejako wyprzedzić samego siebie, by potem wrócić do punktu wyjścia, dostrajając rzeczywistość do własnych pragnień".

" - Lucy!!! - krzyczał. - Czy możesz choć spróbować rozumieć, jak to jest, kiedy człowiek ukrywa przed światem fakt, że jest wariatem? Czy możesz sobie wyobrazić człowieka, który nauczył się udawać przed wszystkimi własną odmienność? Ten człowiek to ja. Noszę maskę. Pod nią jestem szaleńcem, ale potrafię udawać kogoś zupełnie normalnego. Umiem kontrolować swoją potrzebę krzyku, obiecując sobie w takich chwilach, że wykrzyczę się później. Wiem, jak panować nad irytacją. Nadaję jej fotmy społecznie akceptowalne i powtarzam sobie, że pofolguję jej potem. Kiedy będę sam! Nie rozumiesz tego, Lucy? Jeśli się na to zdecydujemy, nigdy już nie będę sam! Zawsze ty będziesz ze mną. BędzieszBędziesz obecna, gdy nie będę w stanie dłużej nad sobą panować. Wystraszę cię wtedy i mnie zostawisz.
 - Nie zostawię.
 - Nie możesz być tego pewna. Nie znasz mnie! - krzyczał.
 Próbowałam go objąć, ale odsunął się i zaczął od początku:
 - Lucy, nie sluchasz mnie. Umiem udawać! Wiem, jak sprawiać wrażenie całkowicie zdrowego psychicznie, gdy jest to konieczne. Ale to nie trwa długo. I muszę wyrzucić to z siebie, kiedy jestem sam.
 - No i co z tego? Wolisz być sam, niż radzić sobie ze mną?
 Widziałam, że moje pyranie zabolało go, ale było już za późno, by mógł się zatrzymać.
 - Tak, do cholery! Zdaje się, że to właśnie wolę!
 Przytaknęłam w milczeniu. Bolała mnie głowa i poczułam łzy w oczach.
 - Zakochałam się w tobie. To, że stoisz tu i zachowujesz się jak ostatni idiota, już tego nie zmieni. Ale to ty musisz zdecydować! To ty próbujesz mnie wypchnąć ze swojego życia. Decyzja należy więc do ciebie. Nie potrafię zrobić nic więcej, by udowodnić, ile jestem warta. Jeśli to, kim jestem, ci nie wystarcza i naprawdę potrzebujesz samotności, to pewnie tak musi być.
 Mickey wyglądał, jakbym go spoliczkowała, ale byłam już tak zmęczona i zła, że sama nie wiedziałam, jak jeszcze mam próbować.
  - Idź do domu, Mickey. Idź do domu, bądź sam i oddawaj się swojemu szaleństwu, jeśli tego właśnie potrzebujesz.
 - Lucy...
 Spojrzałam na niego i usilnie starałam się nie rozpłakać. Nie do końca mi się to udało, ale podnioslam głowę i spojrzałam mu prosto w oczy.
 - Mickey, naprawdę uważam, że każda osoba zasługuje na to, by mieć na tym szalonym świecie kogoś, kto będzie gotów o nią powalczyć. Nawet ja. Lecz nikt o mnie walczy. Dlatego jestem skończona".

Wypakowałam właśnie zakupy po powrocie do domu, kiedy Mickey zadzwonił do mnie pięć razy w ciągu niespełna godziny. Najpierw tylko po to, żeby powiedzieć, że mnie kocha - wyglądało to tak, jakby mówił niemal na bezdechu - potem, by zapytać, gdzie są pędzle do malowania, o czym nie miałam pojęcia. Przy następnym telefonie bezustannie się śmiał, oświadczając, że zapomnia, po co dzwoni. Minutę później, by znowu mi przypomnieć, że wciąż nie może znaleźć swoich spodenek. Znowu? Ani razu o tym nie wspomniał... Ostatni raz zadzwoniłz prosząc z rozpaczą w głosie, bym przestała zamęczać go telefonami.
 - Lucy, mówię poważnie. Usiłuję to skończyć... Co ty właściwie wyrabiasz?
 - Mickey, to ty do mnie zadzwoniłeś - powiedziałam, czując przyśpieszone bicie serca.
 - Co takiego? Och, przepraszam. Nie, to niemożliwe.
 - Mickey? Kochanie?
 Nie odpowiedział. Upuścił telefon, a ja słyszałam jego jęk. A może śmiech. Tak czy inaczej brzmiało to histerycznie.
  - Mickey! - krzyknęłam do słuchawki, po czym wrzuciłam mleko do lodówki, wsiadłam do auta i pojechałam prosto do niego, by sprawdzić, czy wszystko w porządku".

"Tak właśnie czułam się w tej chwili - jakby wszystko, czego dowiedziałam się do tej pory, było swego rodzaju ćwiczeniami, choć rzeczywisty alarm nie miał nigdy wybrzmieć".

"Moim oczom ukazał się właśnie dom Mickeya, kiedy we wstecznym lusterku zamigotało mi czerwono-niebieskie światło. Ścisnęłam kierownicę, ale się nie zatrzymałam. Przysięgam, że gdyby ktoś poza mną był na drodze, zatrzymałabym się, ale nie było żywej duszy, a ja musiałam się dostać do Mickeya, więc tylko dodałam gazu i - modlác się, by gliny nie zaczęły pościgu - skręciłam w żwirową alejkę i zatrzymałam się przed domem, po czym pobiegłam do drzwi wejściowych na jego tyłach. Były szeroko otwarte. I ani śladu Mickeya.
 - Mickey?!
 W przedsionku też go nie było.
 - Mickey!
 Również w kuchni, skąd jednak musiał wypaść przed momentem, gdyż panował tu nieopisany bałagan. Na stole i na podłodze leżało kilka nagryzmolonych gorączkowo kartek. Zebrałam je i zobaczyłam, że to list do mnie. Wtedy go usłyszałam.
 - Gdzie jesteś, Mic?! - krzyknęlam, wpychając kartki do tylnych kieszeni spodni.
 Puściłam się pędem korytarzem w stronę holu, gdzie Mickey od kilku tygodni pracował nad schodami. Kiedy ukazał mi się za rogu, chciało mi się płakać i krzyczeć jednocześnie. Chciałam też przebudzić się z tego koszmaru - bo to był koszmar, i to jeszcze jaki! Piękna podłoga, która w zeszłym tygodniu została pieczołowicie zabezpieczona papierem, teraz była odsłonięta i zachlapana niebieską farbą. Ściany utytłane były farbą pomarańczową, która ściekała z nich, tworząc kałuże przy listwach podłogowych. Na schodach, które Mickey pokrywał pokostem na najwyższy połysk, widniały świeże ślady stóp, a balustrady były w kilku miejscach umazane dającą fatalny efekt kombinacją kilku kolorów. U szczytu schodów tkwił sam Mickey, nagi i umorusany farbą.
 Jęknęlam ze zgrozy.
 - Co ty wyrabiasz?
 Wstał spiesznie, wywracając puszkę z żółtą farbą, a ja wpatrywałam się zauroczona w żółty strumień spływający ze schodów w moją stronę. Dopiero śmiech Mickeya wyrwał mnie z odrętwienia. Nie był to śmiech, który słyszałam kiedykolwiek wcześniej.
 - Wcześnie pani przychodzi! Proszę wejść. Jest pani z biura Realtor? Powiedziałem im, żeby pojawili się o trzeciej, ale cóż... - teatralnym gestem wskazał swoje dzieło. - Sądzę, że chwyta pani mój zamysł. Przy wejściu powinien być jakiś mocny akcent, bo już od progu powinno się być pod wrażeniem, no nie? Ma pani może jakiś sok? Potrzebuję paliwa. Sok z winogron to świetny antyoksydant! Oglądałem o tym program na kanale o zdrowiu. Na ten cholerny show przynieśli dwugłowe dziecko. Przysięgam! Jest pani sama czy przysłali cale biuro?
 - Mickey, to ja. Lucy.
 - Lucy? Tak ma na imię moja dziewczyna. Cholera, czy ja krwawię?
 Najwyraźniej dopiero teraz zauważył, że jest pokryty czymś, co przypominało krew. Zaczął miotać się u szczytu schodów, usiłując znaleźć na swym ciele ranę. Popędziłam przez hol w jego stronę, starając się nie poślizgnąć w kałużach rozlanej farby.
 - Mickey, kochanie, wszystko w porządku. To nie krew. Mickey, słyszysz mnie?
 Okładał się teraz obiema rękami po twarzy. Bałam się, że straci równowagę i runie ze schodów. Kiedy się do niego zbliżyłam, próbowałam chwycić go za dłoń, ale była zbyt śliska.
 - Co się dzieje? Nie, nie! Nie! - wykrzykiwał w narastając panice. - Co to jest?
 - Mickey! Kochanie!
 Nie wiedziałam, co robić. Nie mogłam skupić na sobie jego uwagi i stałam po prostu, krzycząc na niego. Pobiegłam do łazienki, chwycilam ręcznik, który następnie zarzuciłam mu na ramiona, mocno go obejmując.
 - Mickey? Mickey! Spójrz na mnie, skarbie!
 Trząsł się i wydawał dziwne pomruki, zupełnie jak jakieś zwierzę. Trzymałam go mocno, ale był silniejszy ode mnie, a jego strach - bez względu na to, co go wywoływało - tylko dodawał mu siły.
 Usłyszałam na dole kroki i zaczęłam się zastanawiać, czy Mickey naprawdę zadzwonił do firmy Realtor. Ale to był policjant. Stanął z dłonią na kolbie pistoletu.
 - Zejdźcie na dół - powiedział, wydobywając broń z kabury.
 Przez chwilę wydawało się, że Mickey się uspokoił. Już zupelnie tego nie ogarniałam. Nagle przypomniałam sobie migoczące światło policyjnego koguta i swą szaleńczą jazdę. Zapewne to właśnie temu policjantowi uciekłam w pelnym pędzie.
 - Dzięki Bogu - ożywił się Mickey. - Proszę tylko na mnie spojrzeć! Krwawię jak zarżnięte prosię. Zostałem postrzelony. Pomyślałem, że przydałby mi się gliniarz, i oto pan jest! Co pan tu właściwie robi!? Nie umie pan pukać!? Nie możesz pan tak po prostu włamywać się do czyjegoś domu ze swoim pistolecikiem i odznaką. Mam swoje prawa! Na przykład: moja prawa noga, moja prawa ręka. Pan też pewnie masz swoje!
 - Micket, bądź cicho!
 Zerknął na mnie dziko i zrzucił z siebie ręcznik.
 - A ty ktoś taka, kobieto?! Wynoś się z mojego domu!
 - Panie władzo, teraz! - rzuciłam się w stronę policjanta, który zrobil kilka kroków przez hol i usiłował piorunującym wzrokiem nakłonic Mickeya do współpracy, ale ten przybrał postawę kota gotującego się do skoku.
 Zaczęrpnęłam głęboko powietrza, starając się zignorować szalone bicie serca. Wyszłam przed Mickeya i powiedziałam do policjanta:
 - Niech pan zadzwoni na 911. Mój narzeczony nie jest niebezpieczny. Jest tylko całkiem nagi, ma urojenia i trzeba go zabrać do szpitala. Czy może mi pan pomóc?
 Policjant wciąż piorunował nas wzrokiem, więc dodałam:
 - Niech pan posłucha. To właśnie dlatego tak szybko jechałam. Nazywam się Lucy Houston, a to jest Mickey Chandler. Mieszka tutaj. Może mnie pan później aresztować, ale w tej chwili on ma atak choroby psychicznej! Nie krwawi! Nie został postrzelony! Cierpi na cyklofrenię i - jak pan widzi - w tym momencie nie czuje się najlepiej! Bardzo pana proszę!! - wykrzykiwalam to wszystko poprzez przekleństwa mamrotane przez Mickeya, który zdał sobie sprawę, że zrujnował balustrady.
 Policjanta najwyraźniej przekonał mój racjonalny wywód, ponieważ opuścił broń i zadzwonil po karetkę
 - Dziękuję - powiedzialam, nagle uświadamiając sobie, że cała się trzęsę.
 Godzinę póżniej w tym samym szpitalu, w którym przed rokiem przegadaliśmy pół nocy, Mickey leżał przywiązany do łóżka, wciąż upaćkany farbą, cały spocony, w stanie psychozy. Nie poznawał mnie. W świecie, w którym teraz przebywał, byłam obcą osobą.

 "Zrzędliwa pielęgniarka starała się przy Mickeyu jak mogła, ale on pluł na nią. Wykrzykiwał też nieprzyzwoite rzeczy, a żyły na jego szyi nabrzmialy niczym postronki".

"Kiedy szykowałam się do łóżka, kieszeni wypadły mi kartki, które znazłam w domu Mickeya. Wygładziłam je. Nie rozpoznałam charakteru jego pisma: chaotyczne gryzmoły przypominały wytwór ręki dziecka, słowa rzucane były na papier w pośpiechu, może w desperacji. Nie było znaków przystankowych, a na końcu nie było już żadnych odstępów między słowami.

 Moja Lucy,
 Jestem na haju zrobiłem coś złego gdy zacząłem to zauważać nie powiedziałem nikomu nie powiedziałem Gleasonowi ani nikomu innemu bo wydawało mi się cudowne mieć tyle energii i tyle wiary czuję się niezwyciężony mam wrażenie że mogę zrobić wszystko Teraz idę za szybko żeby się samodzielnie zatrzymać i coś się wydarzy i chcę cię ostrzec żebyś się nie bała nigdy bym nie chciał żebyś się mnie bała umarłbym gdybym cię wystraszył Luc jestem nerwowy i tracę wątek Nawet kiedy to piszę nie mogę spokojnie usiedzieć nie mogę przestać myśleć co zrobić żeby zatrzymać to uczucie wrócić do tego co było wczoraj to był dobry dzień i spojrzeć na dzień dzisiejszy który był jeszcze lepszym dniem aż do teraz Część mojego mózgu które jeszcze działa wie że się rozwalę że się rozwalam widzę jak rzeczy poruszają się a nie powinny się poruszać jestem w chmurze iona sięśmieje widzęjakcoś spada cieknieze szczelin Tojestczerwone potemjest niebieskie wiemżenieprawdziwe Staram sięśpieszyć żebyCi powiedziećprzepraszam To nie zdarzyło się od tak dawna że zapomnialem o tym by być ostrożnym Dzięki Tobie jestem taki radosny alemojej radości nie można ufać Nie nietomiałem na myśli Ty jesteś szczęściemTy wszystkimco radosne pięknewspaniałe na świecie i takbardzo sięmartwię że sprawię że zacznieszmnienienawidzićbo znowu nawaliłem i udawałem że czuję się dobrze kiedyobiecałem Ci że nie będę udawałNie potrafię Ci wyjaśnić co się zemnądzieje Nie chcesz wiedzieć że usiłuję trzymaćsięzdaleka od krawędzi, ale nie potrafięUnoszę się nadkrawędziąi spadnę Przepraszam kocham Cię kocham Cię kocham Cię Gdyby moja miłość byłabydoskonalsza utonęłabyś w jej odmęcieTaka jestjest wielka Nie przestrasz sięmnie Proszęproszę proszę nie bój sięmnie Cokolwiek nie powiem lub zrobię kiedy mnie następnym razem zobaczysz jestem pewien że nie mamtego na myśli Chyba że powiem kochaCię Bo to jedynatrwała niezachwiana rzecz którą mam jeśli zadzwonią do Ciebie żebyś przyjechała do szpitala nie przyjeżdżaj Proszę nieprzyjeżdżaj Niechcę żebyś mnie widziałatakiego nigdy nie chciałemżebyśmnietakiegowidziala ZadzwońdoGleasonaonumie wyjaśnić zadzwonię do Ciebie kiedyznowuodzyskamgłowę KochamCię kochamCięMic".

Cdn.

EDIT 31.07.2014

"Chciałam, żeby Mickey mnie pożałował, ale kiedy spojrzałam na jego pogrążoną we śnie potężną postać, nie miałam serca go budzić. Tak właśnie sypiał, kiedy czuł się lepiej. Żadnego niepokoju, lęków. Oczywiście to wyższa dawka ambienu pomagała mu osiągnać ten stan. Pocałowałam go w nos i wyszłam z łóżka".

"Kiedy tamtego dnia uściskałam mamę, po raz pierwszy w życiu jej postać wydała mi się drobna. Wiedziałam, że zaczyna chudnąć, że stopniowo marnieje, ale aż do owej chwili nie miałam pojęcia, że coś z nią jest nie tak. W gruncie rzeczy nadal wszystkiw zarządzała, a jej dziecko nie miało się czym martwić. Ale wyraźnie zapamiętałam sobie ów dzień jako ten, w którym moja matka zaczęła umierać. Cztery miesiące później, tuż po moich siedemnastych urodzinach, już nie żyła".

"- Musisz się zająć wlasnym życiem, a nie życiem Lucy. Odejdę tylko wtedy, gdy ona mnie o to poprosi. Więc chyba musisz sama ją do tego skłonić. Masz na to czas terqz, bo jeśli ośmielisz się wtrącać w nasze sprawy, gdy będziemy już małżeństwem...
- Grozisz mi?
Uśmiechnąłem się.
- Nie. Po prostu serdecznie ci radzę, żebyś nie próbowała wchodzić w drogę umysłowo choremu człowiekowi, który bez wątpienia potrafi zniszczyć komuś życie".

"7 lipca 2011

 Wszystko świetnie się układało i czułem się znakomicie: dziecko i towarzyszące temu podniecenie, najróżniejsze plany, ja i Lucy stający się sobie coraz bliżsi, budujący
wspólny dom dla naszej powiększającej się rodziny... Ilekroć widziałem dziecko w wózku, czułem jak uderza mi do głowy fala szczęścia i uświadamiałem sobie, że muszę nad nią zapanować. Ilekroć wchodziłem do sypialni i spoglądałem na zakupiony przez nas dziecięcy fotelik, zaczynałem się śmiać, po czym samego siebie za to ganiłem. I nie chodziło tylko o dziecko. Nie mogłem się nacieszyć swoją żoną - dotykaniem jej, wzdychaniem jej zapachu, jej widokiem. Ogarnął mnie lęk, że oto cienka granica oddzielająca moją radość od patologii zaczyna się zacierać i że tańczę na linie rozpiętej nad przepaścią. Zdrowy człowiek nie musi kwestionować natury swego dobrego samopoczucia. Ale osoba z zaburzeniami nastroju, usiłująca znaleźć równowagę, naprawdę musi trzymać rękę na pulsie. Wszystkie te obsesje sprawiły, że stałem się nerwowy. Porozmawiałem o tym z Gleasonem. Przepisał mi lamictal".

"4 sierpnia 2011

Pełen cykl. Znany mi w najdrobniejszych szczegółach. Raz do głosu dochodzę ja sam, a raz moje leki. Już dwa miesiące upłynęły od czasu, gdy wypisano mnie ze szpitala. Uwolniłem się od fazy maniakalnej. Cieszę się, że faza spadania na poziom zero nie nastąpiła zbyt szybko, ani zbyt gwałtownie, bo gdy tak się dzieje, mogę przebić się na drugą stronę, sięgając dna depresji, zapadając się w czarną dziurę.
Wówczas nic się nie liczy i na niczym mi nie zależy. Ale na razie nie ma to znaczenia, gdyż życie jest piękne. A nawet gdyby nie było, moje poważne depresje były nader nieliczne i zdarzały się w znacznych odstępach czasu. Dzieje się tak przypuszczalnie dlatego, że jestem bardzo podatny na leki antydepresyjne - do tego stopnia, że mogę z latwością popaść w manię. Moja równowaga jest bardzo chwiejna. Usiłuję asiągnąć margines zdrowia psychicznego, zwany bezpieczną krawędzią hipomanii. Jeśli cyklofrenia ma jakąś zaletę, to właśnie tę: ów stan pobudzrnia, którego niestety nie można przedłużyć. Nie jest on statyczny; ma swoją dynamikę. Ostatecznie - gdy się go nie zablokuje - prowadzi do czegoś, co Gleason nazywa punktem irracjonalności, kiedy to jestem pogrążony w głębokiej psychozie, lecz o tym nie wiem.
 Mój cykl przebiega, jak następuje: drobne zakłócenia snu, mieszanka nastrojów, potem zaburzenie poczucia rzeczywistości, a zakłócenia snu się pogłębiają. Następnie zaczynają płynnie następować jedne po drugich błyskotliwe pomysły, z początku powoli, potem coraz natarczywiej, aż wreszcie przelewają się wezbranym sumieniem przez sito mojego mózgu. Usiłuję je wyławiać - tak bardzo są ciekawe - lecz przeciekają przeciekają mi przez palce jak woda. Zaburzenia snu są coraz większe, nie występuje zmęczenie, przeciwnie: jestem pobudzony. Myśli mam wciąż jasne, ale z wolna zaczynam krytykować własne posunięcia. Swoje postępowanie mogę skorygować właśnie z tego miejsca, lecz nie wtedy, gdy zabrnę w to choćby o krok dalej. Czuję się jednak tak dobrze, pracując jak szatan, bez zmrużenia oka i bez potrzeby sny, tryskając energią, że brak mi tylko kolejnych par rąk, by to wszystko zorganizować. Wszystko? To znaczy co konkretnie? Wszystko zaczyna wymykać mi się z rąk. Myśli zaczyną się mącić, ale zdaję sobie sprawę, że tracę panowanie nad sytuacja. Potrzebuję snu, lecz nie mogę teraz spać, ponieważ nie potrafię uspokoić mojego umysłu. To właśnie jest owa krawędź. Jeszcze jeden krok i zaczynam spadać, nie uświadając sobie tego. Jestem wściekły, gdyz każdy zdaje się mnie krytykować, mówiac mi, jak mam żyć, co powinienem robić, a co nie. A co oni wiedzą?! Chcę się od tego uwolnić, biorę pigułki, które z jakiegoś powodu przestają działać. W tym stanie spotęgowania własnej inteligencji próbuję przechyytrzyć jednych, a wyeliminować drugich; wszyscy oni są przecież przyczyną tej mojej emocjonalnej spirali. I wciąż jestem jedną nogą na krawędzi zdrowia psychicznego, drugą zaś nad przepaścią.
 Znam dobrze ten cykl. Nauczyłem się, że sekret tkwi w zaufaniu. Nie mogę sobie ufać. Zrozumienie tego zajęło mi całe lata. Ale ufam Lucy i Gleasonowi. Również Ron i Jared nigdy mnie nie okłamali. Każdy z nich mówi, bym zaufał pigułkom i że to one pomogą mi wyhamować. U znajdę się na poziomie zero, czy też nieco wyżej, lecz nie niżej - jeśli to w ogóle możliwe. Robię, co mogę, by nie popełnić błędu: by nie pogrążyć się w rozpaczy. Choć i to jest częścią cyklu".

"5 sierpnia 2011

 W niektórych przypadkach w celu ustabilizowania stanu pomiędzy epizodami manii lub depresji stosuje się lamictal. Cieszyłem się, że ten lek najwyraźniej działa. Nadal jednak czułem się nieco pobudzony, a w nocy spałem coraz krócej. Musiałem się czymś zająć. Wczoraj padłem wyczerpany na sofę po drugiej, a już po około piątej brałem prysznic. Czułem się świetnie, skupiony, w mojej głowie panował idealny porządek bez żadnyvh wyskakujących znienacka przypadkowych konspektów. Podobało mi się to. Lucy wciąż spała, ja zaś byłem gotowy do rozpoczęcia dnia, ale ponieważ było zbyt wcześnie, żeby iść do pracy, wydobyłem laptopa i odłożone gazety. Jedną z tych rzeczy, które pomagają mi się uspokoić, jesr śledzenie moich inwestycji. Lubię obserwować sytację na rynku akcji, analizować ideks Dow Jones czy NASDAQ. Lubię przedstawiać te procesy w formie wykresów; lubię czerwoną linię łączącą rozmaite wartości na białej kartce paperu. Moim zdaniem wyraża ona sferę ładu w gospodarczym chaosie. Lucy martwi się trochę, kiedy zaczynam ją rysować, ale wbrew temu, co ona sądzi, to tylko takie moje hobby, niekoniecznie zapowiedź ataku".

"Powinnaś skupić się na mężu. Przysięgam, że po raz pierwszy nawet mnie jest jego żal. On zrobi sobie coś złego, jeśli znów zachorujesz. Mam dzieję, że zdajesz sobie z tego sprawę".

"Gdy zobaczyłam kuchnię, nieomal się rozpłakałam. Najwyraźniej Mickey miał w środku nocy ochotę na kruche ciasteczka z czekoladą. Rozsypał mąkę na podłodze i kilkakrotnie po niej przeszedł. Rozbił kilka jajek, ale nie trafił do miski, a na drzwiach kredensu widniała smuga zaschiętego białka z żółtkiem. Choć pod ręką była puszka pełna cukru, Mickey - zapewne zębami - otwarł nową dziesięciokilogramową torbę, która leżała tersz pzewrócona. Mój mąż użył najwyraźniej wszystkich posiadanych przez nas misek, a także wszystkich blach do pieczenia, z których każda była wysmarowana specyfikiem tłuszczowym crisco i przygotowana do pieczenia. Ale na żadnej nie było ciasteczek, tylko porzucony kopczyk mąki z wetkniętą weń drewnianą łyżką.
 Pośród sprzępów gazet i czasopism leżała na stole opróżniona do połowy paczka czekoladowych chipsów. Wszędzie porozrzucane były markery, klej, taśma klejąca i spinacze do papieru. Zobaczyłam też papierową teczkę z dwiema kieszeniami od wewnętrznej strony. Otworzyłam ją, a w środku znalazłam kartki papieru - co najmniej tuzin - zapisane obustronnie tylko jednym słowem: >>proszę<<. Mickry bez końca ciął i kleił kawałki papieru z nim, aż w końcu stronice gazet były całkowicie zapewnione. >>Proszę<< we wszystkich rozmiarach. Mickey pociął nawet okładkę książki dla dzieci zatytuowanej >>Proszę, nie każ mi wracać do domu z księżyca", by ukraść , niej >>proszę<<.
 Siedząc w zrujnowanej kuchni i patrząc na rozbity świat mego męża, poczułam coš więcej, niż strach. Dotykałam posklejanych kartek, których spreparowanie kosztowało go bez wątpienia wiele pracy. Postarał się. Nie pozwolił sobie na taką dekocentrację jak przy >>wypieku<< ciasteczek. Ślęczał na owymi jedynastoma stronami - a nawet dwudziestoma dwoma, jeśli liczyć obustronnie. >>Proszę<<. Do kogo Mickey adresował swoją prośbę? Do mnie? Do Boga? Do siebie samego? Proszę, nie umieraj. Proszę, nie żyw do mnie nienawiści. Proszę, uczyń mnie spójną całością. Proszę, pomóż mi. Proszę, uzdrów moją żonę. Proszę, poddaj się aborcji. Podczas, gdy ja próbowałam analizować to, co nie podlegało analizie, ocean owych >>proszę<< zmieszał się z potokiem mych łez.
  Jak długo potrwa ta spirala? Wstyd mi było, że myślę w ten sposób, ale musiałam być zdolna do wskrzeszenia w sobie nadziei, że będę miała dość czasu. Mogly upłynąć trzy miesiące, zanim Mickey odleci w inny wymiar, i tyle samo mógł trwać jego powrót do rzeczywistości. Jeśli będziemy mieli szczęście, jego stan ustabilizuje się na kilka miesięcy lub na tylko kilka tygodni. Czasem trwa to dłużej, niż rok.
 Ponownie rozejrzałam się po kuchni, po czym ukryłam twarz w dłoniach. Tym razem chodziło o coś więcej niż cjoroba Mickeya. Z nią bym sobie poradziła. Ale w połączeniu z jego poczuciem beznadziei zupełnie mnie pokonała. Nie zdolałam tym razem wykrzesać z siebie wystarczająco dużo miłości. Więc tylko zacisnęłam zęby, gotując się na to, co miało nadejść.

2 września 2011

Nikomu nie mówię o koszmarach, które miewam. Osaczają mnie na jawie, pustosząc, wyczerpując i zawstydzając. Jestem w nich oszalały i zrozpaczony - i zupełnie sam. Bóg upomniał się o Lucy i lituje się nad porzuconym, zagubionym wariatem. Biegnę, bo taki już mam nawyk, przeświadczony w swym poprapaniu, że odnajdę żonę niezależnie od tego, gdzie Bóg ją ukrył. Że odnajdę ją i znowu odzyskam siebie.
 Potem zaczynam to słyszeć, ten cichy jęk, który góruje nad każdym innym hałasem. Ona materializuje się w moich ramionach, drobna, bezbronna, a ja wpatruję się w nią przez szybę leż zrodzonych z udręki i wściekłości. Myślę, że mógłbym ją znienawidzić - jest złodziejem, który skradł życie swej matki. Moje życie. Nie chcę jej. Nie chcę jej pragnąć. Chcę, żeby Bóg ją zabrał i zwrócił mi żonę. Z głębi mych trzewi krzyczę ku temu bezsilnemu dziecku, a krzyk mój jest tak namacalny i tak głośny, że kruszeją od niego skały, których odłamki spadają na nas dwoje, na mnie i na moją córkę. Oboje krwawimy, a ja przyciągam ją do siebie, pełen daremnej skruchy, lecz ona krwawi jeszcze bardziej. Potrzebuje mnie, jak zaś czuję kompletną niemoc, której się wstydzę. Delikatnie stawiam ją na ziemi, tę dziewczynkę, która tak ufnie wpatruje się we mnie, niczego nie oczekując, odweacam się plecami do niej i - wzgardziwszy jej zaufaniem - uciekam. Biegnę, nieomal wbijam się w powietrze, lecz nie potrafię odbiec dostatecznie daleko ani biec dostacznie szybko czy dostatecznie długo, by jej nie słyszeć.
 Uwalnianie się od tego koszmaru zajmuje mi coraz więcej czasu, a obrona przed nim kosztuje mnie zdecydowanie zbyt wiele pigułek. Nawet kiedy wydaje mi się, że trzymam się w bezpiecznej odległości od tego strasznego doświadczenia, nadal nęka mnie naga rzeczywistość, niezmienna bez względu na to, ile biorę leków; nie jestem stawić jej czoła samemu. Nie jestem w stanie stawić jej czoła bez żony".

"Mickey trzymał coś luźno w pięści, kiedy rozwarlam mu dłoń, znalazłam pustą buteleczkę po lekach.
- Och, Mickey.
Ujęłam jego twarz w dłonie i usiłowałam sprawić siłą woli, by mnie zobaczył, lecz, gdy oczy uciekłu mu w głąb czaszki, zadrżałam.
- On to jadł jak cukierki - skomentowała kobieta.
- Ile tego wypił?! - krzyknęłam, unosząc butelkę stojącą nieopodal.
Rzuciłam nią o ścianę. Czerwone szkło rozprysło się na kawałki. Kobieta aż podskoczyła.
- On nie może pić! - krzyknęłam znowu. - Jest na lekach!
- To nie przeze mnie!
- Jasne! - warknęła Priscilla.
Cała drżąc, zwróciłam się do Mickeya.
- Ile wziąłeś pigułek?! - krzyknęłam. - Mickey, coś ty narobił?!
Miałam ochotę go uderzyć i krzyczeć na niego, rozłupać mu głowę na kawałki, ale trzęslam się tak bardzo, że nie byłam w stanie myśleć. Ron mnie za nadgarstek.
- Skup się, Lucy. Zabierzmy go stąd".

"Brak daty - dyktowane dla Gleasona

 Patrzyłem na samego siebie, biorącego tabletki, jedną po drugiej, czasem dwie naraz, popijałem winem, którego nie powinienem pić. Patrzyłem na samego siebie w pełni racjonalnym okiem umysłu. Patrzyłem, ale nie przestałem robić tego, co robiłem. Oczywiście, że nie. Musiałem coś zrealizować, byłem tego pewien. Ale w miarę zażywania leków coraz trudniej było mi to sobie przypomnieć. Wszystko to jest częścią planu. Wszystko jest częścią planu. Ale jakiego planu? Dziecko. No tak. Dziecko. Dziecko? Wszystko się z sobą mieszało. Lucy jest znowu chora. Ma slabe rokowania. Nie przeprowadzi aborcji. Kolejna pigułka, kolejny łyk wina. Po prostu wymieszać wszystko. Jakiż dobry miałem pomysł, żeby po prostu przespać cały ten ból. Kolejna pigułka, jeszcze więcej wina. To już prawie koniec, pomyślałem. Prawie koniec. A potem panika. Co? Zaczekaj. Wszystko się miesza..Dobry Boże, myślałem, pomóż mi. Co ja najlepszego... I to jest ostatnia rzecz, jaką pamiętam, że myślałem.

Kiedy w końcu pozwolo mi zobaczyć męża, lekarz, którego nigdy wcześniej nie widziałam, osłuchiwał mu klatkę piersiową. Gdy skończył, zawiesił sobie stetoskop na szyi i przedstawił się. Doktor Harwood wyglądał na zmęczonego, ale miał miły uśmiech. OMickeya mi, że testy krwi Mickemi wykazały mnóstwo benzodiazepiny oraz alkoholu. Wyjaśnił, że choć sam klonopin niekoniecznie musi zagrażać życiu, połączenie tych dwu substancji może się bardzo źle skończyć. Skinęłam głową, wiedziałam o tym. Nie rozumiałam tylko, dlaczego Mickey miałby to zrobić. Jedyny raz, kiedy usiłował popełnić samobójstwo, nastąpił wtedy, gdy miał bardzo silną fazę psychotyczną i był tak dalece pozbawiony jasności umysłu, że pragnął jedynie ulgi. Ale dzisiejszego wieczoru było inaczej. Po prostu nie mogłam uwierzyć, że naprawdę chciał umrzeć.
 Jeśli rzeczywiście tego pragnął, to wybrał dobry sposób, poinformował mnie Doktor Harwood. Powiedział, że przedawkowanie leków zamroczyło centralny układ nerwowy i znieczuliło go tak bardzo, że nie otrzymywał bodźców, by oddychać. Podłączono go do respiratora, by się nie udusił. Lekarz jednak był pewien, że jego zdolność do oddychania wróci, gdy organizm oczyści się z toksyn. Podłączyli mu dożylnie kroplówkę i cewnik, żeby jak najszybciej wypłukać te substancje z organizmu".

"Nie po tym, jak Gleason powiedział mi, że wszystko, co przewidzialam, się ziściło. Gdy Mickey wywołał pieklo na oddziale intensywnej terapii, Gleason przeniósł go na oddział psychiatryczny i kazał pilnować tak, jak się pilnuje samobójców".

"Sala Mickeya znajdowała się w psychiatrii ogólnej. Mijając kolejne sale, łapałam się na odruchowym zaglądaniu do środka przez otwarte drzwi. W jednej z nich chudy człowieczek chodził w kółko, mrucząc coś pod nosem. W innym kuliła się na krześle jakaś kobieta, która obrzuciła mnie spojrzeniem dziecka. Kiedy dotarłam do sali Mickeya, zwolniłam kroku i zaczęrpnęłam głęboko powietrza. Nie wiedział, że mam przyjść. Nie widziałam go od pięciu dni i oto nagle uświadomiłam sobie, że niechętnie wkraczam na ten nieznany teren. Kiedy dosłownie na chwilę przystanęłam pod jego drzwiami, usłyszałam płacz -łagodny, żałosny i rozdzierający serce. Płacz mężczyzny to chyba najbardziej poruszający z dźwięków. Dobiegł z ustawionego łóżka pod ścianą, ale sala była pogrążona w półmroku i nie mogłam rozpoznać jego twarzy.
 Kolejne łóżko stało za drzwiami. Natychmiast też zobaczyłam swojego męża, który zmierzał w kierunku płaczącego. Poruszał się wolno, ostrożnie, nieco zgarbiony pod wpływem leków i zwrócony do mnie plecami. Miał na sobie stary rdzawoczerwony szlafrok, który podrzuciłam do szpitala dzień po tym, jak tu trafił.
 - Już dobrze, John. Nie płacz - powiedział śpiewnie, chcąc uspokoić tamtego. Jego głos był odrobinę schrypnięty. Dotarł do łóżka lamentującego i usiadł na pościeli. Dobrze już, dobrze, stary. Nie bój się. Chcesz trochę wody?
 Patrzyłam, jak drżącą dłonią chwyta sterpianowy kubek z szafki. Delikatnie uniósł z poduszki głowę swojego kompana. Choć uronił trochę wody, zdolał wetknąć leżącemu słomkę do ust. Zobaczyłam, że mężczyzna był luźno przywiązany pasami unieruchamiającymi, które sprawiały, że nie mógł się podnieść z łóżka ani z niego wypaść. Również Mickeya, gdy znajdował się w stanie psychozy, zabezpieczano w ten sposób, by nie mógł chodzić.
 Teraz mój przystojny mąż w niczym nie przypominał faceta, któremu płacono za to, by był pewny siebie i wszystkich bawił. Mickey był delikatny, dobry i wyciszony, a w tej chwili był wybawcą innego pacjenta. Owszem, jego umysł uległ zaburzeniu wskutek defensywnej rekombinacji DNA, nie wspominając o lekach mających przeciwdziałać owemu zaburzeniu. Nie można było zawsze ufać jego myślom, a jego zachowanie często było efektem błędnych domysłów i źle przetworzonych informacji. Ale to był właśnie on, Mickey: człowiek o wielkim sercu i zdolności empatii, który właśnie próbował uśmierzyć leki majaczącego.
 Obserwowałam, jak odkłada kubek i ujmuje w drżącą rękę dłoń tamtego mężczyzny, spoczywającą w błagalnym geście na pościeli.
 - Już dobrze, John. Nie jesteś sam, bracie.
 - Nie zostawiaj mnie - usłyszalam zdesperowany i rozdzierający serce głos Josha.
 - Dokąd miałbym się wybierać, Josh? Na potańcówkę? Nigdzie się stąd nie ruszam.
 Mickey siedział tak ze swoim przerażonym kolegą przez jakiś czas. Niewidzącym wzrokiem wpatrywał się w ścianę i nieobecnym gestem poklepywał swego towarzysza po ręce. Po pewnym czasie powoli wstał, by okryć Josha kocem po samą szyję, a wtedy jego jęki ucichły na dobre".

 "Nie wiedziałam, co powiedzieć, więc rozejrzałam się wokół, unikając jego wzroku. Moje spojrzenie spoczęło na hafcie przedstawiającym anioła. Był perfekcyjnie wykonan, w stonowanych kolorach.Wzięłam go do rąk. Podpis brzmiał: ŚWIĘTA KRYSTYNA MISTYCZKA. Haft był bardzo stary.
 - Przynieśli mi to Muriel i Oskar. Najwyraźniej jest to to patronka szaleńców. Znaleźli ten haft w antykwariacie w Greenwich i od razu stwierdzili, że powinienem dostać go w prezencie. - Roześmiał się z wysiłkiem. - To nawet niezłe. Nie wiedziałem, że jest jakiś patron szaleńców.
 - Ja również. To trochę przerażające".

"Mężczyzna myślący racjonalnie skrył się w cieniu szaleństwa Mickeya. To on dbał, by Mickey poruszał się we właściwym kierunku, nawet kiedy ogarniało go szaleństwo. Nie zawsze wygrywał, ale ten człowiek - ten głos - stanowił ostatniá rzecz, którą Mickey sobie odpuszczał, kiedy upadał i pierwszą, po którą sięgał, kiedy wstawał. Mickey go słuchał".

"21 września 2011

 Gleason mówi, że mój stan się stabilzuje. Ale ja niem wrażenia, że jestem stabilny - czuję się tylko okiełzany. Nowe leki sprawiają, że strach nie przechodzi w panikę i pomagają mi jasno myśleć. Więżą moje szaleńcze myśli jakby w puszce, gdzie w końcu umierają, co chyba jest dobre. Nie jestem jednak pewien, czy leki eliminują je calkowicie. Chyba nie, bo czasem wydaje mi się, że widzę raka mojej żony. Nie potrafię gp dojrzeć, jakby to była inna kobieta żyjąca tam, pod skórą Lucy. Patrzę jak przejmuje wladzę nad moją żoną, aż Lucy nie może znieść już bólu. I nienawidzę samego siebie, bo nie mogę zrobić nic poza patrzeniem. Lucy nie ma wyboru, jak tylko się temu poddać i to przetrwać, a w końcu owa straszliwa rakowa wiedźma rozluźnia swój uścisk. Wtedy Lucy próbuje się uśmiechać i udawać, że nie jest tak źle, jak sądzę.
 Zapytalem Charlotte, co oznaczają te ataki. Mówi, że rak postępuje. Ja kiwam głową i biorę kolejną pigułkę".

"Widzę tego samego rozpadającego się człowieka, którym zawsze byłem. - Ujął moje dlonie. - Wieki temu powiedziałaś mi, że nie potrafisz mnie naprawić, ale możesz mnie kochać takiego, jakim jestem - rozbitego. Pamiętasz"?

"A przede wszystkim muszę być silny. Będzie mnóstwo czasu na to, by się załamać... po wszystkim. Na razie gromadzę każdy znużony uśmiech, każdy słabnący dotyk, każdy smutny pocałunek - one wypalają znamię w moim sercu".

"A teraz czeka mnie kolajna utrata. I nie mam na to najmniejszego wplywu".

"- Ona cię znała, Priss. Przypuszczalnie lepiej, niż ty kiedykolwiek znałaś samą siebie. Mawiała, że jeśli ktoś kiedyś dokopie się do twojego wnętrza, to będzie to musiał być bardzo cierpliwy człowiek i że zajmnie mu to dużo czasu.
-Nie powiedziała tego - stwierdziła cicho i bez przekonania Priscilla.
- Owszem, powiedziała. Mówiła też, że kiedy ten ktoś już tego dokona, będzie najszczęśliwszym człowiekiem na świecie".

"Przyjęli mnie do szpitala. Nie mieli wyboru. Szalałem z bólu, byłem hałaśliwy i agresywny. Moglem w takim stanie zrobić krzywdę któremuś z najdroższych mi ludzi, jakich mialem w życiu. Dzięku Bogu, tak się nie stało,ale by temu zapobiec, Gleason musiał cały czas mocno trzymać mnie za ramię. Gleason jest całkiem silny jak na takiego starego faceta.
 W końcu mój stan się ustabilizował. Siedzialem i izolatce szpitala psychiatrycznego. Wcześniej wstrzyknięto mi kilka dawek haldolu, które mnie przymuliły, lecz nie na tyle, by tamto nie mogło wrócić. Nie bylo już Lucy.
 Nie miałem pojęcia, ile przesiedziałem w tej ponurej norze. Wiedzialem tylko, że Lucy nie żyje i świadomość ta zupełnie mnie przytłoczyła. Gleason wpadł do mnie na chwilę, ale nie rozmawialiśmy. Pod wpływem leków stałem się potulny, więc gdy sobie poszedł, dwaj gburowaci pielęgniarze poprowadzili mnie korytarzem do zwykłej sali szpitalnej. Tutaj śpię, a w każdym razie lżę na łóżku, tępo wpatrując się w ścianę. Kilka razy wpadł do mnie Ron, ale - szczerze mówiąc - nie jestem pewien, czyy odwiedzał mnie przez kilka dni, czy może kilka razy tego samego dnia. Tutaj czas nic nie znaczy, a zimowe ołowiane niebo za moim oknem chyba już na zawsze miało pozostać ciemne i ponure".

"Jeszcze długo po jej wyjściu siedzialem na skraju łóżka, aż w końcu zaczęły cichnąć szpitalne odgłosy i gasnąć światla. Siedzialem tak dopóy, dopóki na korytarzu i na calym oddziale nie zapanowala cisza, a wszyscy pacjenci nie otrzymali leków i nie zostali wysłani do łóżek".

"Stałem tak przez minutę, nieco oszołomiony, zapewne wskutek leków, a może też i dlatego, że nic nie jadłem. Chcąc pozbyć się pielęgniarek, pozbyłem się zawartości tacy z jedzeniem, a jabłka i pomarańcze podawane mi przy każdym posiłku ukrylem w dolnej szufladzie szafki. Nie jadlem od wielu dni".

"Najwyższy czas się ogolić, pomyślałem, ale nie chciano mi dać brzytwy, a reszta mej godności nie pozwalała na to, by niańczono mnie jak małe dziecko".

"Dzięki nim w końcu jakoś się pozbierałem. Bylo dziesięć po jedenastej. Potem zjedliśmy zupę i trochę upieczonego przez Jan chleba na zakwasie z masłem miodowym, wypiliśmy też sok jabłkowy wyciśnięty z ich wlasnych jabłek. Wszystko wydało mi się pyszne, a przecież już tyle czasu minęło, odkąd czułem prawdziwy głód i w ogóle jadlem ze smakiem".

"Ja zostawiałem rozbite szkło". (Na grobie Lucy, bo "Lucy mawiala, że kocha mnie tak bardzo, że moglaby bez końca tańczyć ze mną na rozbitym szkle".)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bardzo dziękuje za każdy komentarz :)