Strony

27 lip 2014

Roman Szydłowski, "Wojna zaczęła się w Tarnowie"


12.07

 "Chodziłem dalej na spacery z Wandą, kochałem się dość beztrosko, nie przypuszczałem nawet, że wojna oznacza całkowite zniszczenie świata, w którym wyrosłem i do którego przywykłem. Bawił się wtedy u nas mój kuzyn Jaś Allerhand, który grał wieczorami na fortepianie. Rodzice zlikwidowali po moim wyjeździe na studia duże mieszkanie przy ulicy Wałowej i wynajęli skromniejsze przy ulicy Limanowskiego, niezbyt daleko od dworca. Była ciepła sierpniowa noc, trochę po jedenastej. Jaś grał Błękitną serenadę Plessowa. Nagle usłyszeliśmy potężną detonację. To na dworcu kolejowym wybuchła bomba, podłożona przez niemieckiego sabotażystę. Część budynku wyleciała w powietrze. Wojna zaczęła się w Tarnowie.
Potem były jeszcze czerwone plakaty mobilizacyjne na parkanie naprzeciw naszego mieszkania. Wciąż jeszcze łudziliśmy się, że najgorszego da się uniknąć. Nie moglibyśmy uwierzyć, że to jest możliwe. Rodzice pocieszali się nadzieją. I września wszystko było już jasne. O świcie padły na Tarnów, który był ważnym węzłem kolejowym, pierwsze bomby. Ojciec miał jeszcze nogę w gipsie, ale pojechał na dworzec towarowy, by sprawdzić, co się dzieje w magazynach zbożowych, powierzonych jego opiece. Było to już bez znaczenia. Zaczęła się wojna. Skończyła się moja młodość".

"Pierwsze dni września przeżyliśmy jak jak w transie. Przez miasto ciągnęły wojska, przez nasz dom przewijali się krewni i przyjaciele uchodzący na wschód przed nacierającą armią III Rzeszy. Nikt nie przypuszczał, że wszystko to pójdzie w takim tempie. Próbowałem zgłosić się do wojska, ale nik w RKU nawet o tym słyszeć nie chciał. Nie miałem karty mobilizacyjnej, nie służyłem dotąd w wojsku, ponieważ służba wojskowa dla studentów odroczona była do ukończenia studiów. Jedyny mój dotychczasowy kontakt z wojskiem - to było Przysposobienie Wojskowe w gimnazjum i jakieś zajęcia wojskowe na uniwersytecie. Byłem więc nieprzydatny, a dodatku mundurów i broni ledwo starczało dla zmobilizowanych".

"Początkowo szosa była bardzo zatłoczona wojskiem i uchodźcami. Z trudem wyjechaliśmy z Tarnowa pomiędzy oddziałami, idącymi w różnych kierunkach. Jedne dążyły za wschodzu na zachód, inne z zachodu na wschód. Niektóre zbaczały na południe, inne na północ. Jechaliśmy głównym trachtem w stronę Dębicy , Rzeszowa, który powoli pustoszał. Mijaliśmy spokojne wsie, malownicze krajobrazy, tchnące urokiem zielonych drzew i łąk, tak jakby wojna tu jeszcze nie dotarła. Nagle usłyszeliśmy warkot i nad nami pojawiły się niemieckie samoloty. Samochód zatrzymał się na poboczu szosy, a my rzuciliśmy się pędem w pole. Przycupnęliśmy w jakimś rowie. Zaterkotała seria z broni pokładowej, ale samoloty poleciały dalej. Wsiedliśmy do samochodu, lecz postanowiliśmy zboczyć z głównego traktu i jechać raczej bocznymi drogami. Szło nam to nieźle. Przejeżdżaliśmy przez jakieś małe miasteczko, chyba Jaworów (może Janów) . W rynku dopalały się zgliszcza spalonych domów. Musiały tędy przelatywać niedawno niemieckie samoloty i zrzucić tu swój niszczycielski ładunek.
 Pojechaliśmy dalej. Późnym popołudniem byliśmy we Lwowie. Tu panował jeszcze prawie spokój. Ludzie chodzili wyletnieni po ulicach, ruch był duży, ale nie wyczuwało się śladu paniki. W kawiarniach było pełno, przy stolikach toczyły się ożywione rozmowy, jak za najlepszych czasów. Zjedliśmy dobry obiad u George'a, udało się n nawet zatankować benzynę i ruszyliśmy w dalszą drogę do Stanisławowa. Tu wrażenia były już trochę inne. Na szosie dość pustej panował co prawda spokój, ale w mijanych ukraińskich wsiach wyczuwało się jakieś nieuchwytne napięcie. Widać było posterunkowych w granatowych mundurach, ale słychać było z chat śpiewy ukraińskich pieśni. Za Haliczem stawało się to coraz wyraźniejsze. Trochę zrobiło się nam nieswojo, ale nikt nas nie zaczepiał ani zatrzymywał. Wzdłuż drogi chodziły zakochane pary i grupki ukraińskiej młodzieży w pięknie wyszywanych soroczkach. Po jedenastej w nocy dotarliśmy do Stanisławowa. Mieszkał tam mój wuj, w którego obszernym mieszkaniu przy ulicy Sobieskiego było dość miejsca dla wszystkich. I tu jeszcze panował spokój, choć echa wojny docierały na rubieże Rzeczypospolitej. Rozgościliśmy się w tym pięknym, starym mieście, chodziliśmy na świetne ciastka do cukierni Krowieckiego i czekaliśmy na bieg wydarzeń. Niemcy posuwali się naprzód, podchodzili już pod Lwów, zdecydowaliśmy się więc podsunąć bliżej granicy. Po kilku dniach pojechaliśmy do Kołomyi, skąd było już tylko kilka kilometrów do granicy węgierskiej. Pan Freund ruszył swym samochodem w stronę granicy rumuńskiej, do Zaleszczyk.
 W Kołomyi czekaliśmy na to, co nastąpi. Było nas kilku chłopców. Ze Stanisławowa przyjechał z nami także Henryk Lam, mój kolega z krakowskiej uczelni. Studiował także prawo i SNP na UJ. Miał w Kołomyi krewnych czy przyjaciół, u których mogliśmy się zatrzymać.. Wkrótce trzeba było podjąć decyzję. 17 września nadeszła wiadomość, że wojska radzieckie wkraczają na teraz zachodniej Ukrainy, czyli jak się u nas mówiło - wschodniej Małopolski. Nie groziła mi już więc niemiecka okupacja. Postanowiłem wraz z kuzynem Kaziem i przyjaciółmi zostać w kraju i nie przekraczać granicy węgierskiej w Kołomyi. Zadecydowały dwie przyczyny: zdawałem sobie sprawę, że wyjazd na Węgry i dalej oznacza ostateczną utratę łączności z rodzicami, a ponadto moje lewicowe sympatie kazały mi patrzeć z nadzieją na oddziały Armii Czerwonej i na to wszystko, co ona niesie. Miałem oto jedyną w swoim życiu szansę poznania utroju, o którym tyle czytałem i słyszałem. Nie musiałem wcale tam jechać. To on przyszedł do mnie. Dla Kazia sprawa była prosta. Był komunistą, jego decyzja nie wymagała nawet zastanowienia. Wróciliśmy więc pierwszym z pociągiem z Kołomyi do Stanisławowa. Zamieszkałem u wuja i zacząłem przyglądać się nowym czasom.
 Początkowo nastroje były bardzo przychylne. Wszyscy byli radzi, że udało się uniknąć okupacji hitlerowskiej. Życie toczyło się normalnie, zaopatrzenie było niezłe, żołnierze Armii Czerwonej zachowywali się w sposób zdyscyplinowany. Gdzieniegdzie zakwaterowani oficerowie, bardzo grzeczni i uczynni dla ludności cywilnej.
 Wkrótce nadeszły do Stanisławowa wiadomości o tym, że we Lwowie zostały uruchomione wyższe uczelnie. Postanowiłem więc pojechać i spróbować szczęścia. Może uda mi się dostać na IV rok prawa i ukończyć w ten sposób studia. We Lwowie znalazłem sobie przede wszystkim locum w Domu Akademickim przy ulicy Sobińskiego, zwanym popularanie Sobińcem. Mieszkało tam wielu bieżeńców, studentów, którzy zamierzali tu zostać i studiować na jednej z uczelni. Było wśród nich wielu komunistów lub zdecydowanych sympatyków lewicy. Młodzież zgromadzona we Lwowie miała wówczas cztery możliwości: iść górami przez zieloną granicę na Węgry, wracać przez przemyśł do domu, zostać we Lwowie i próbować kontynuować studia lub zarejestrować się na wyjazd do pracy w głąb Związku Radzieckiego".

"Zamieszkaliśmy we wspólnym pokoju w Domu Akademickim przy ulicy Sobińskiego i zaczęliśmy prowadzić życie bieżeńców. Było już dość chłodno, ale w pokojach naszego Domu czynne były kuchenki gazowe, więc paliliśmy gaz, gotowaliśmy na nim nasze skromne obiadki i ktoś wpadł na pomysł, by kłaść na ogniu cegłę, która się rozgrzewała do czerwoności i stanowiła coś w rodzaju prymitywnego kaloryfera".

"Był Władysław Broniewski, który mówił na pamiętnym wieczorze swoje nowe wiersze: Idzie żołnież z niemieckiej niewoli, wiersz o synu niepodległej pieśni i gniewne strofy o tym, że pragnie, by hejnał szumiał czerwonym sztandarem, nawołując Białoruś i Ukrainę, by mu podały swój sierp i młot niepodległy".

"Robiło się coraz zimniej. Zaczynała się sroga zima 1939/1940. Zaczęto już także dobierać nam się do skóry, ponieważ nie byliśmy studentami. Groziła nam eksmisja z Domu Akademickiego. Lwów nam się bardzo podobał. Chodziliśmy od czasu do czasu na dobre obiadki do restauracji Lintnera, czasem na tańsze, alerównież bardzo smaczne u Schweitzera, niekiedy udało się moim rodzicom przekazać pieniądze za pośrednictwem ludzi, którzy przechodzili przez zieloną granicę z Tarnowa do Lwowa. Stefan sprzedał precjoza, które zabrał z domu, i tak jakoś żyliśmy. Coraź wyraźniejsze było jednak, że zimy we Lwowie nie przetrwamy. Wówczas postanowiliśmy się przenieść do Stanisławowa".

"Nadeszła wiosna, bardzo piękna w tym roku, wszystko szłoby jak najlepiej, gdyby nie smutne wieści z frontów II wojny światowej. Niemcy zajęli Danię i Norwegię, złamali opór Francji. Rozmawialiśmy o tym z przerażeniem, choć nikt nie wątpił ani przez chwilę, że Hitler przegra te wielkie zmagania".

Cdn.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bardzo dziękuje za każdy komentarz :)