Rozpoczęcie: 31.10.2014r.
Zakończenie: 02.11.2014r.
"Jonasz uśmiechnął się na wspomnienie pewnego poranka, kiedy zdyszany Aszer wpadł do klasy - jak zwykle spóźniony - w połowie porannego hymnu. Po odśpiewaniu patriotycznej pieśni, kiedy cała klasa wróciła na swoje miejsca, Aszer nie usiadł, gdyż miał wygłosić na stojąco wymagane w takiej sytuacji publiczne przeprosiny.
- Przepraszam za kłopot sprawiony społeczności uczniowskiej - Aszer pośpiesznie wyrecytował standardową formułkę przeprosin, ciągle jeszcze próbując złapać oddech. Nauczyciel i cała klasa cierpliwie czekali na wyjaśnienie. Wszyscy uczniowie uśmiechali się szeroko, bo niejeden już raz nasłuchali się wyjaśnień Aszera. - Wyszedłem z domu o dobrej godzinie, ale kiedy przejeżdżałem koło wylęgarni, pracownicy akurat sortowali łososie i chyba się zapamiętałem, kiedy tak patrzyłem. Przepraszam całą klasę - zakończył Aszer, wygładził pogniecioną tunikę i usiadł.
- Przyjmujemy przeprosiny, Aszer - klasa wygłosiła chórem formułkę. Wielu uczniów zagryzało wargi, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
- Przyjmuję przeprosiny, Aszer - powiedział nauczyciel. Uśmiechał się. - I dziękiję ci, bo po raz kolejny dostarczyłeś nam okazji do lekcji języka. <<Zapamiętać się>> to zbyt mocne słowo jak na oglądanie łososi. - Odwrócił się i napisał na tablicy: <<Zapomnieć się>>. Obok napisał: <<Zapamiętać się>>.
"Był to jeden z rytuałów, wieczorne opowiadanie o własnych uczuciach".
"- To chłopiec - powiedział ojciec. - Słodki, cudowny chłopaczek. Ale nie rośnie tak szybko, jak powinien, a do tego źle sypia. Umieściliśmy go na oddziale specjalnej opieki, tam zajmują się nim dodatkowo, ale komisja zaczyna przebąkiwać o zwolnieniu go".
"Potem o swoich uczuciach opowiedziała matka, która piastowała odpowiedzialne stanowisko w Departamencie Sprawiedliwości. Dzisiaj postawiono przed nią recydywistę - kogoś, komu już wcześniej zdarzyło się złamać przepisy. Za pierwszym razem liczyła, że został dostatecznie i sprawiedliwe ukarany, dlatego przywrócono mu jego miejsce w społeczności: jego pracę, dom, jego komórkę rodzinną. Widząc, jak stawiają go przed nią po raz drugi, doświadczyła przygniatającego poczucia frustracji i gniewu. A nawet winy, bo nie zdołała poprawić jego życia.
- W dodatku obawiam się o niego - wyznała. - Jak wiecie, to jego ostatnia szansa. Przepis mówi, że po trzecim wykroczeniu będzie musiał zostać bezwarunkowo zwolniony.
Jonasza przeszedł dreszcz. Wiedział, że takie rzeczy się zdarzały. Nawet w jego grupie jedenastolatków był chłopiec, którego ojciec został zwolniony przed laty. Nikt o tym nigdy nie wpominał - był to tak niewypowiedziana hańba, że wprost nie mieściła się w głowie".
"Jonasz kiwnął potakująco. Pamiętał wszystkie grudnie, bodaj od czasu, kiedy przeszedł do czterolatków. Ze wcześniejszych nia miał żadnych wspomnień. Ale obserwował je co roku i przypomniał sobie także wszystkie grudnie Lilii. Pamiętał, jak ich rodzina otrzymała Lilię - było to w dniu, w którym otrzymała imię i przeszła do roczniaków".
"- Tamtego dnia, kiedy dostaliśmy Lilię, oczywiście wiedziałam, że dostaniemy naszą dziewczynkę, bo złożyliśmy wniosek i został przyjęty. Ale za to przez cały czas zastanawiałam się, jak jek będzie na imię".
"Jonasz zaśmiał się. Był to jeden z niewielu przepisów nie branych zbyt poważnie i prawie zawsze łamanych. Wszystkie dzieci dostawały rowery po przejściu do dziewięciolatków, wcześniej nie wolno im było jeździć. Ale w większości przypadków już starsze rodzeństwo już za wczasu uczyło młodsze. Jonasz już teraz myślał o uczeniu Lilii".
"- To już ostatnia z ceremonii. Po skończeniu dwunastu lat wiek nie jest już taki ważny. Z czasem większość z nas zupełnie traci rachubę lat, chociaż wszystko jest zapisane w archiwum akt jawnych i gdyby ktoś chciał, można to sprawdzić. Liczy się przygotowanie do dorosłego życia i szkolenie, które odbierzesz na potrzeby swojego przydziału".
"W drzwiach stanęła ubrana do snu Lilia i niecierpliwie westchnęła. - To była n a p r a w d ę długa rozmowa na osobności- stwierdziła. - A tu jest jeszcze pewna osoba, która czeka na swoją przytulankę.
- Lilio - tłumaczyła jej matka z czułością. - Już całkiem niedługo przejdziesz do ośmiolatków, a kiedy będziesz ośmiolatką, twoja przytulanka zostania zabrana i oddana młodszemu dziecku. Powinnaś już zacząc przyzwyczajać się do zasypiania bez niej.
Ale ojciec zdążył tymczasem podejść do półki i zdjąć z niej pluszowego słonia. Przytulanki były miękkimi, pluszowymi, wymyślonymi stworzeniami. Przytulankę Jonasza nazywali misiem.
- Proszę Lileńko-mileńko - powiedział ojciec. - Chodź, pomogę ci rozwiązać wstążki.
Jonasz i matka westchnęli znacząco, a mimo to patrzyli z sympatią, jak Lilii z ojcem wyruszyli w stronę sypialni, razem z pluszowym słoniem, którego mała jako przytulankę dostała zaraz po urodzeniu".
"Prawie wszyscy obywatele w społeczności mieli ciemne oczy. Jego rodzice, Lilia, wszyscy jego przyjaciele i znajomi z grupy. Choć było kilka wyjątków: Jonasz, a także pewna pięciolatka, u której zauważył kiedyś te rzadko spotykane, jasne oczy. Nikt nigdy nie wspomniał o podobnych rzeczach - nie był to przepis, jednak zwracanie uwagi na niepokojące lub całkowie odmienne cechy u innych osób uznawano na niegrzeczne. Lilia, uznał Jonas, będzie się musiała tego szybko nauczyć, jeśli nie chce zostać wezwana i skarcona za swoją niedelikatność".
"W osiedlu rzadko zdarzały się lustra - nie były one zabronione, ale właściwie nie były potrzebne".
"- Nowe dzieci są takie śliczne - westchnęła Lilia. - Mam nadzieję, że zostanę przydzielona do rodzicielek.
- Lilio! - rzuciła matka ostrym tonem. - Nie mów tak. To bardzo mało zaszczytny przydział.
- Ale ja rozmawiałam z Nataszą, tą dziesięciolatką, która mieszka za rogiem. Natasza spędza część zajęć nadobiowiązkowych w ośrodku położniczym i mówiła mi, że rodzicielki dostają pyszne jedzenie, mają bardzo lekkie ćwiczenia, prawie cały czas grają tylko w różne gry i dobrze się bawią, czekając. Ja chyba też bym tak chciała - marudziła Lilia.
- Trzy lata - odpowiedziała z naciskiem matka. - Trzy porody i koniec. Potem do końca życia zostają robotnicami, dopóki nie trafią do domu starców. Czy tego chcesz, Lilio? Trzech lat lenistwa, a potem ciężkiej fizycznej pracy, aż do osiagnięcia starości"?
"Przypomniał sobie z poczuciem upokorzenia, że obwieszczenie: UWAGA. PRZYPOMINA SIĘ JEDENASTOLATKĄ, ŻE ZABRANIA SIĘ WYNOSZEIA PRZEDMIOTÓW ZE STREFY REKREACYJNEJ ORAZ ŻE POSIŁKI NALEZY ZJADAĆ, A NIE GROMADZIĆ było skierowane bezpośrednio do niego, kiedy w zeszłym miesiącu zabrał do domu jabłko. Nikt o tym nie wspomniał, nawet rodzice, ponieważ publiczne obwieszczenie wystarczało, żeby wywołać stosowną skruchę. Oczywiście pozbył się jabłka, a nazajutrz przed szkołą przeprosił kierownika do spraw rekreacji".
"Ale nagle Jonasz, śledząc wzrokiem lot jabłka w powietrzu, zauważył - i tego właśnie nie potrafił zrozumieć - że jabłko z m i e n i ł o s i ę. Tylko na chwilkę. Pamiętal, że zmieniło się w locie. Potem miał je w ręku i obejrzał je dokładnie, ale znowu było to już to samo jabłko. Niemienione. Tan samsam kształt i rozmiar - doskonała kula. Ten sam nijaki odcień, przypominający odcień jego własnej tuniki.
W jabłku tym nie było absolutnie nic nadzwyczajnego. Przerzucił je kilka razy z ręki do ręki, a potem znowu rzucił je Aszerowi. I znowu - w locie, na krótką chwilę - jabłko zmieniło się. Zdarzyło się to cztery razy. Jonasz zamrugał oczami, rozejrzał się dookoła, a potem sprawdził, czy dobrze widzi, zezując na niewielki identyfikator przypięty do własnej tuniki. Potrafił wyraźnie odczytać własne imię".
"Osiągnięcia Beniamina robiły wrażenie na Jonaszu. Jonasz oczywiście znał Beniamina, byli w końcu od zawsze w tej samej grupie, jednak nigdy nie rozmawiali o jego umiejętnościach, bo taka rozmowa byłaby niezręczna dla Beniamina. Nie dało się swobodnie wspominać ani opowiadać opowiadać o swoich sukcesach w taki sposób, żeby nie naruszyć - choćby mimowolnie - przepisu wzbraniającego przechwalania się. Był to jeden z pomniejszych przepisów, coś w rodzaju nieuprzejmości, którego naruszenie karano jedynie lagodnym skarceniem - ale i tak lepiwj unikać sytuacji regulowanych przepisem, który tak latwo mógł zostać zlamany".
"- Cześć, Jonasz - rzuciła portierka.
Podala mu arkusz meldunkowy i przypięła pieczątkę obok jego podpisu. Wszystkie godziny zajęc nadobowiązkowych Jonasza były starannie opracowywane i przeliczne w archiwum akt jawnych. Dzieci szeptem opowiadały historię o tym, jak dawno temu pewien jedenastolatek przybył na ceremonię dwunastolatków, aż tu rozległo się publiczne obwieszczenie, że nie wypełnił wymaganej liczby godzin obowiązkowych i dlatego nie otrzyma swojego przydziału. Dano mu dodatkowy miesiąc na nadrobienie brakujących godzin, po czym otrzymał przydział prywatnie, bez oklasków i świętowania - był to wstyd, który rzucił się cieniem na całą jego przyszłość".
"Jonasz kiwnął głową, podziękował i ruszył długim korytarzem. Po drodze zaglądał do pokojów o obu stronach. Starcy siedzieli sobie spokojnie, niektórzy szli w odwiedziny i rozmawiali, inni uprawiali różne rzemiosła i wykonywali proste prace ręczne. Kilkoro spało. Każdy pokój był wygodnie umeblowany, na podłogach leżała gruba wykładzina. Było to miejsce pełne spokoju, gdzie nie odczuwało się pośpiechu, w przeciwieństwie do ruchliwych ośrodków produkcji i dystrybucji, w których toczyło się codzienne życie osiedla".
"- Cześć, Jonaszu! - rzucił młody człowiek w uniformie, uśmiechając się przyjaźnie. Trzymał pod ramię zgarbioną kobietę, krok za krokiem przesuwającą stopy w miękkich kapciach. Odwróciła twarz w kierunku Jonasza i uśmiechnęła się, ale jej oczy, okryte mgłą, miały pusty wyraz. Jonasz uświadomił sobie, że kobieta jest niewidoma".
"Nacisnął guzik najbliższej pustej wanny i spojrzał na ciepłą wodę, napływającą licznymi otworkami umieszczonymi w ściankach wanny. Napełnianie potrwa kilka chwil, po czym woda automatycznie przestanie płynąć".
"Zarówno dzieciom, jak i dorosłym przepisy zabraniały oglądać cudzą nagość, ale nie odnosiło się to do nowych dzieci ani starców. Jonasz był z tego zadowolony. Obowiązek zakrywania własnego ciała przy przebieraniu się do gier był prawdziwym utrapieniem, a wymagane przeprosiny, kiedy przypadkiem zauważyło się czyjeś ciało, zawsze brzmiały niezręcznie".
"Przed zwolnieniem opowiedzieli całe jego życie - stwierdziła. - Zawsze tak robią".
"- Cóż, starali się opowiedzieć jej życie tak, żeby czuło się w nim jakiś sens. Oczywiście - dodała nieco na siłę - k a ż d e życie ma sens, nie chcę powiedzieć, że jest inaczej. No, ale E d n a... Jak słowo daję! Była rodzicielką, potem latami pracowała przy dystrybucji żywności, aż przyszła tutaj. Nigdy nawet nie miała komórki rodzinnej".
"- Powiedz, jak przebiegło świętowanie?
- Zawsze na począku opowiada się życie zwalnianego. Potrm następuje toast, wszyscy podnieśliśmy kieliszki i wiwatowaliśmy. Śpiewaliśmy hymn. Roberto wygłosił wspaniałe przemówienie pożegnalne. Kilkoro z nas też powiedziało parę słów, życząc mu wszystkiego dobrego. Ale ja nic nie mówiłam. Nigdy nie przepadałam za przemawianiem. Roberto był bardzo podniecony. Szkoda, że nie widziałeś jego miny, kiedy go puścili.
Jonasz zamyślił się, jego ręka wolniej masowała plecy kobiety.
- Laryso - zaczął. - co się dzieje, kiedy ktoś jest zwolniony? Dokąd właściwie poszedł Roberto?
Kobieta lekko wzruszyła nagimi, mokrymi ramionami.
- Nie wiem. Chyba nikt nie wie, tylko sama komisja. Po prostu ukłonił się nam, a potem wyszedł, jak wszyscy, specjalnymi drzwiami w pokoju zwolnień. Ale trzeba ci było zobaczyć jego twarz. Czyste szczęście, nie da się tego inaczej nazwać".
"Przy porannym rytuale opowiadania snów Jonasz zwykle nie miał wiele do powiedzenia. Rzadko miewał sny. Czasami budził się z odczuciem, że pamięta ulotne okruchy snu, ale jakos nie potrafił ich uchwycić i złożyć w całość, którą warto byłoby opowiedzieć przy porannym rytuale".
"Pobudzenie. Słyszał to słowo już wcześniej. Pamiętał, że jest jakaś wzmianka o pobudzeniu w Kodeksie Przepisów, chociaż nie pamiętał, o co w niej chodziło. Co jakis czas wspominał też o nim spiker. UWAGA. PRZYPOMINA SIĘ, ŻE PRZYPADKI POBUDZENIA NALEŻY ZGLASZAĆ W CELU ODBYCIA LECZENIA".
"Przyjaciołom nie zadawało się pytań na podobne tematy, bo mogły one trafić do krępującej kategorii <<bycia innym>>. Aszer co rano brał pigułkę, Jonasz nie - i tyle. Zawsze zręczniej rozmawiać o rzeczach, które ich łączą".
"- Nie lubię wstążek. Dobrze, że został mi już tylko rok noszenia wstążek - zrzędziła Lilia. - Za rok dostanę też rower - dodała, rozchmurzając się nieco.
- Co roku czeka coś dobrego - przypomniał jej Jonasz. - W tym roku zaczniesz swoje godziny nadobowiązkowe. A pamiętasz, jak cieszyłaś się rok temu, kiedy przeszłaś do siedmiolatków i dostałaś kurtkę z zapięciem z przodu?
Dziewczynka kiwnęła głową i spojrzała po sobie na kurtkę z rzędem dużych guzików, które oznaczały, że należy do siedmiolatków. Cztero-, pięcio- i sześciolatkowie nosili kurtki zapinane z tyłu, żeby musieli pomagać sobie nawzajem przy ubieraniu, w ten sposób ucząc się wzajemnej zalezności.
Kurtka zapinana z przodu stanowiła pierwszy znak niezależności, pierwszy widoczny znak dorastania. Dla dziewięciolatków rower stanie się potężnym symbolem stopniowego wychodzenia w stronę społeczności i opuszczania komórki rodzinnej".
"Nie był to Gabriel. Gabi wrócił dzisiaj do centrum opieki, gdzie zajmowała się nim nocna zmiana piastunów. Otrzymał od komisji specjalne, rzadko udzielane odroczenie, dzięki któremu czekał go dodatkowy rok opieki przed własną ceremionią imion i umieszczeniem w rodzinie. Ojciec wstawił się przed komisją za Gabrielem, który jeszcze nie nabrał odpowiedniej wagi dla swojego wieku ani nie spał dostatecznie spokojnie by można go było umieścić w komórce rodzinnej. Normalną koleją rzeczy takie dziecko określano jako <<nieodpowiednie>> i zwalniano ze społeczności.
Jednak na skutek interwencji ojca Gabriela zakwalifikowano jako dziecko <<niepewne>> i dano mu dodatkowy rok. Miał nadal otrzymywać opiekę w ośrodku, a noce spędzać razem z komórką rodzinną Jonasza. Każdy z członków rodziny, łącznie z Lilią, musiał zaręczyć na piśmie, że nie przywiąże się do małego, tymczasowego gościa, i że zostanie on wypuszczony bez protestu czy odwołania, gdy w trakcie przyszłorocznej ceremonii zostanie przydzielony do własnej komórki rodzinnej.
Przynajmniej, pomyślał Jonasz, kiedy Gabriel zostanie za rok przydzielony, i tak będą go często widywać, bo pozostanie częścią społeczności. Gdyby został zwolniony, więcej już by go nie zobaczyli. Nigdy. Osoby zwalniane - również nowe dzieci -wysyłano Poza Granicę, skąd nie wracały do spoleczności".
"Głośny aplauz zabranych,który towarzyszył każdemu nadania imienia, nagle wzmógł się i spotężnial jeszcze bardziej, kiedy jedna para rodziców, promieniejąca dumą wzięła chłopca i usłyszala jego nowe imię - Kaleb.
Nowy Kaleb był dzieckiem zastępczym. Para ta straciła kiedyś swojego pierwszego Kaleba, wesolego czterolatka. Utrata dziecka była bardzo, bardzo rzadka. Osiedle był nadzwyczaj bezpiecznym miejscem, a każdy z obywateli uważałuważał na dzieci i chronił je. Mimo to mały Kaleb w jakiś sposób zdolał wymknąć się niezauważony i wpadł do rzeki. Cała społeczność odbyła wtedy wspólnie <<ceremionię utraty>>, przez cały dzień wymawiając imię dziecka - coraz rzadziej i ciszej w miarę, jak upływał ten długi, posępny dzień, tak jakby czterolatek stopniowo znikał z ich świadomości.
Teraz, w trakcie specjalnego rytuału nadania imienia, społeczność odprawiła krótką <<ceremonię zastąpienia>> powtarzając imię dzidcka po raz pierwszy od jego utraty - z początku cicho i powoli, potem szybciej i głośniej, gdy tymczasem rodzice stali na scenie z nowym dzieckiem śpiącym w ramionach matki. Stwarzało to wrażenie, jakby wracał ich pierwszy Kaleb.
Inne nowe dziecko otrzymało imię Robeto. Jonasz przypomniał sobie, że starzec Roberto został zwolniony zaledwie przed tygodniem. Jednak dla małego Roberta nie odbyła się ceremonia zastąpienia. Zwolnienie nie było tym samym, co utrata.
Jonasz przesiedział grzecznie ceremonie dwu-, trzy- i czterolatków, choć jak co roku zdejmowała go przy tym coraz większa nuda. Potem przerwa na posiłek - podany na zewnątrz - i z powrotem na swoje miejsce, na ceremionie pięcio-, sześcio-, siedmio-, aż wreszcie, na sam koniec dnia, ośmiolatków.
Jonasz patrzył i wiwatował, kiedy Lilia z dumą maszerowała na scenę, gdzie stała się ośmiolatką i otrzymała na ten rok charakterystyczną kurtkę, tym razem z mniejszymi guzikami oraz - po raz pierwszy w życiu - z kieszeniami, co znaczyło, że jest już dostatecznie dojrzała, aby pilnować własnych drobiazgów".
"Fritz był wielkim niezgrabiaszem, bez przerwy wzywano go do skarcenia. Jego wykroczenia były zawsze drobne: buty założone na niewłaściwą nogę, zagubiona praca domowa, niedouczenie na klasówce. Jednak każdy taki błąd źle świadczył o wychowaniu, które Fritz odbieral od rodziców, a także naruszał poczucie ładu i sukcesu całej społeczności. Rodizna Jonasza nie była zachwycona myślą o rowerze Fritza, bowiem mieli świadomość, że aż za często będzie on rzucany na chodnik przed domem, a nie ustawiany równo w stojaku".
"Potem dziesięciolatkowie. Jomasz nigdy nie uważał ceremonii dziesięciolatków za szczególnie interesującą - była bardzo czasochłonna, bo włosy każdego dziecka przycinano w charakterystyczną fryzurę: dziewczyny w dziesięciolatkach traciły warkocze, a i chłopcom obcinano długie, dziecięce włosy i robiono im bardziej męską, krótką fryzurę odsłaniającą uszy".
"Ceremonia jedenstolatków byla jedynie miarą czasu, bez jakichś znaczących zmian. Pojawiały się nowe ubrania: inna bielizna dla dziewcząc, których ciała zaczynały się już zmieniać, oraz dłuższe spodnie dla chłopców, wyposażone w kieszeń o specjalnym ksztalcie, przeznaczoną na kalkurator, z którego mieli tego roku korzystać w szkole. Jednak wszystkie te rzeczy dostawało się po prostu w paczkach, bez żadnych przemówień".
"- Słyszalem o taki jednym, który byl absolutnie przekonany, że dostanie przydział na inżyniera - mówil pod nosem Aszer - a dostal na robotnika kanalizacyjnego. Nazajutrz wyszedł, skoczył do rzeki, przepłynął przez nią i dołączył do pierwszego napotkanego osiedla. Nikt go więcej nie oglądał na oczy".
"Nawet doborowi małżonków towarzyszył namysł tak solenny, że nie raz dorośli, którzy skladali odpowiednie podanie, musieli czekać całe miesiące, a nawet lata, aż zaaprobowano i ogłoszono nowy związek. Wszelkie czynniki - usposobienie, energiczność, inteligencja, zaintersowania - wszystko musiało doskonale pasować. Na przykład matka Jonasza miała wyższą inteligencję od ojca, za to ojciec miał spokojniejsze usposobienie. Równoważyli się nawzajem. Ich związek - jak wszystkie inne związki monitowany przez trzy lata prze komisję strarszych, zanim pozwolono złożyć im wniosek o dzieci - był bardzo udany".
"<<Sprawdziłeś to w przepisach, Jonasz?>> - pytał zawsze Perre ze zmartwioną miną. <<Nie dałbym głowy, czy to jest dozwolone>>. Zwykle chodziło o jakąś błahostkę na którą nikt nie zwracał uwagi - rozpięcie tuniko w przyjemny, wietrzy dzień, albo przejechanie się na rowerze kolegi tylko po to, by posmakować różnicy".
"Kary dla dzieci by oparte na uregulowanym systemie karcenia dyscypliną - cienkim, elastycznym batem służącym do zadawania bardzo dotkliwych smagnięć. Wyspecjalizowani wychowawcy odbywali bardzo staranne szkolenie na temat metod karcenia - szybkie smagnięcie po dłoniach za różne drobne uchybienia, trzy mocniejsze, po nogach, za powtórne przewinienie".
"Wstrząsnęło nim zwolnienie z obowiązkowej grzeczności. Jednak, czytając je ponownie, uświadomił sobie, że nie nakazywano być mu nieuprzejmym - jedynie dopuszczano taką możliwość. Był najzupełniej przekonany, że nigdy z niej nie skorzysta. Byl tak bardzo, tak bezgranicznie przyzwyczajony do grzeczności obowiązując w społeczności, że sama myśl o zadaniu innemu obywatelowi intymnego pytania - zwróceniu uwagi na jakąś niezręczną kwestię - odbierała mu całą odwagę".
"Poczuł się nieswojo na myśl o ograniczeniach dotyczących lekarstw. Obywatele zawsze mieli dostęp do lekarstw, nawet dzieci, które dostawały leki od rodziców. Kiedy przyciął sobie palec drzwiami, natychmiast, sycząc z bólu do głośnika, powiadomił matkę, a ta pośpiesznie zamówiła środek przeciwbólowy, który zaraz dostarczono do ich domostwa. Niemal w jednej chwili z przejmującego bólu zostało tylko uczucie pulsowania - teraz nie przypominał sobie nawet samego bólu, tylko to pulsowanie w dłoni".
"Cale osiedle miało standardowe umeblowanie: praktyczne, solidne, każdy mebel spełniał własną, jasno określoną funkcję. Łóżko do spania. Stół do jedzenia. Biurko do nauki".
"Jednak najbardziej rzucającą się w oczy różnicą były książki. W domu Jonasza, tak jak w każdym innym domostwie, znajdowały się niezbędne pozycje - słownik oraz opasły tom na temat osiedla, zawierający opisy wszelkich biur, fabryk, budowli czy komisji. A także, naturalnie, Kodeks Przepisów.
Jonasz nigdy nie widział innych książek. Nie sądził nawet, że istnieją.
Tymczasem ściany tego pokoju były po sam sufit zastawione regałami pełnymi książek. Musiało tu być setki, może nawet tysiące książek, z tytułami wytłoczonymi lśniącymi literami na grzbietach.
Jonasz zagapił się na książki. Nie umiał sobie wyobrazić, co mogą zawierać te tysiące stron druku. Czy mogą istnieć przepisy inne niż przepisy ich własnej społeczności? Czy może istnieć więcej opisów biur, fabryk i komisji"?
"- Oczywiście, że nie zrozumiałeś. Nie wiesz przecież, co to takiego śnieg, prawda?
Jonasz potrząsnął głową.
- Albo sanki? Płozy?
- Nie - odpowiedział Jonasz.
- Stok? Czy ten termin coś dla ciebie oznacza?
- Nic".
"- Ale co się z tym wszystki stało? Ze śniegiem i całą resztą?
- Kontrola klimatu. Śnieg utrudniał uprawę żywności, skracał okres wegetacyjny roślin, a nieprzewidywalna pogdloda czasem utrudniała transport. Śnieg był niepraktyczny i dlatego zniknął, kiedy przeszliśmy na jednakowość. Tak samo jak wzgórza i stoki - dodał. - Sprawiały kłopoty w przewożeniu towarów. Ciężarówki, autobusy zwalniały pod górę. Więc... - poruszył dłonią, jakby ktoś gestem nakazywał wzgórzom zniknąć. - Jednakowość - zakończył.
"Szkola wydawała się dziś nieco inna. Lekcje były te same: język i porozumiewanie się, handel i przemysł, nauka i technologia, procedury cywilne i administracja".
"Kiedyś, w czasach, z których pochodzą te wspomnienia, każda rzecz miała swój kształt i rozmiar, tak samo, jak teraz. Ale do tego rzeczy miały jednak jeszcze inną cechę, zwaną k o l o r e m. Istniało wiele kolorów, a jeden z nich nazywano czerwonym. Ten właśnie kolor zaczynasz dostrzegać".
"- Teraz, kiedy już potrafię dostrzegać kolory, przynajmniej czasami, tak sobie myślę: co by było, gdyby pokazać mu dwie zabawki, jedną jaskrawożółtą, drugą jaskrawoczerwoną, i gdyby tak mógł by wybierać?
- Mógłby dokonać niewłaściwych wyborów.
- Hmm... - Jonasz przez chwilę nie odzywał się wcale. - Hmm, rozumiem, o co chodzi. To nie ma wielkiego znaczenia, jeśli chodzi o zabawkę. Ale później miałoby ogromne znaczenie, prawda? Nie mamy odwagi, żeby pozwolić ludziom dokonywać własnych wyborów.
- Byłoby to niebezpieczne? - podsunął Dawca.
- Z całą pewnością nie byłoby to bezpieczne - powiedział Jonasz z przekonaniem. - A gdyby tak pozwolić im wybierać sobie małżonka i dokonaliby złego wyboru? Albo co by było - ciągnął, choć chciało mu się śmiać z tak absurdalnego pomysłu. - gdyby sami wybierali swoją p r a c ę?
- Przerażające, prawda? - spytał Dawca.
Jonasz zaśmiał się.
- Naprawdę przerażające. Nie potrafię sobie tego nawet wyobrazić. Rzeczywiście, ludzi trzeba chronić przed niewłaściwymi wyborami".
"Zauważył, że teraz często bywał zły - czuł irracjonalną złość na znajomych z grupy, że zadowalają się swoim życiem, tak zupełnie pozbawionym tej soczystości, której właśnie zaczęło nabierać jego własne. Czuł też złość na samego siebie, że nic nie może zrobić".
"Położył dłonie na ramionach Aszera i skupił się na czerwieni płatków, usiłując utrzymać ją jak najdłużej i równocześnie przekazać przyjacielowi wrażenie koloru.
- O co chodzi? - zapytał zaniepokojony Aszer. - Coś nie tak? - wyślizgnął się spod dłoni Jonasza. Dotykanie innych obywateli poza członkami własnej komórki społecznej uchodziło za coś niezmiernie nieuprzejmego".
"Pod wpływem dotyku jego dłoni Jonasz znalazł się nagle w całkowie obcym miejscu - gorącym i smaganym wiatrem, nad którym wisiało ogromne, błękitne niebo. Rosły tam kępy rzadkiej trawy i nieco krzaków, nad którymi unosiły się niewysokie skały, wa w pobliżu widać było skrawek gęstszej roślinności: szerokie, niskie drzew odcinające się na tle nieba".
"Zasady codziennego życia w twojej rodzinie będą musiały różnić się od zasad panujących w większości innych komórek rodzinnych, a to dlatego, że książki nie są dozwolone dla obywateli".
"Zaten w twoim życiu pojawi się cały obszar, którym nie będziesz mógł się podzielić z własną rodziną. To trudne, Jonaszu. Dla mnie bylo to bardzo trudne. Bo sam chyba rozumiesz, że tak naprawdę t o jest moje życie? Te wspomnienia są całym moim życiem".
"- Kiedy nowy Odbiorca zawiódł, wspomnienia, które otrzymał, zostały uwolnione. Nie wróciły do mnie. Trafiły... - Urwał, jakby próbując uchwycić jakąś myśl. - Sam nie wiem. Trafily w miejsce, gdzie wspomnienia istniały, zanim stworzono Odbiorców. Gdzieś tam... - wykonal nieokreślony gest ręką. - A wtedy ludzie zyskali do nich dostęp. Ponoć kiedyś tak właśnie było: każdy miał dostęp do wspomnień. Zapanował wówczas chaos - ciągnął Dawca. - Przez pewien czas ludzie bardzo cierpieli. Wreszcie wspomnienia zostały wchłonięte i wszystko ustało. Ale to im uświadomiło, jak bardzo potrzebują Odbiorcy, który utrzyma w sobie cały ten ból i wiedzę".
"Bez wspomnień wszystko to jest pozbawione znaczenia".
"Jonasz zastanawiał się, co znajduje się daleko stąd - tam, gdzie nigdy nie był. Przezież ziemia nie kończy się na pobliskich osiedlach. Czy w innych miejscach mają stoki? Czy Poza Granicą istnieją ogromne, smagane wiatrem przestrzenie, jak ta oglądana we wspomnieniu, gdzie zginął słoń"?
"Wcześnie poszedł do sypialni i zza zamkniętych drzwi usłyszał śmiech rodziców i siostry, którzy razem kąpali Gabriela.
O n i n i g d y n i e z a z n a l i b ó l u - pomyślał. Ta świadomość sprawiła, że poczuł się rozpaczliwie samotny. Potarł pulsującą bólem nogę. W końcu zasnął. We śnie bez końca przeżywał ramten straszliwy ból i samotność na odludnym stoku".
"- Zresztą - westchnął. - To jeszcze trochę potrwa, zanim podejmą decyzję. Akurat przygotowujemy się do zwolnienia, i to pewnie już niedługo. Jedna z rodzicielek spodziewa się w przyszłym miesiącu bliźniaków.
- Ojej - powiedziała matka, kręcąc głową. - Jesli będą jednojajowe, mam nadzieję, że nie ty zostaniesz przydzielony...
- Niestety. Jestem następny na liście. Będę musiał wybrać, który ma trafić do ośrodka opieki, a który zostanie zwolniony. Chociaż to nie jest takie trudne. Zwykle decyduje masa ciała. Po prostu zwalniamy mniejsze z bliźniąt".
"- Czy wy mnie kochacie?
Przez chwilę zapanowało niezręczne milczenie. Wreszcie ojciec zaśmial się lekko. - J o n a s z u, jak słowo daję. Odrobinę precyzji językowej!.
- Jak to? - zapytał Jonasz. Rozbawienie nie było tym, czego się spodziewał.
- Ojciec chciał powiedzieć, że użyłeś szalenie ogólnikowego słowa, tak pozbawionego treści, że już niemal całkowicie wyszło z użycia - starannie wyjaśniła matka.
Jonasz patrzył, nie rozumiejąc. Pozbawione treści? Nigdy dotąd nie doznał wrażenia, w którym czułoby się głębszą treść niż w tamtym wspomnieniu.
- A nasza spoleczność nie może przecież funkcjonować gładko, jeżeli nie będziemy dbali o precyzję językową. Mozesz zapytać, czy sprawia nam przyjemność przebywanie z tobą - odpowiedź będzie twierdząca.
- Albo - podsunął ojciec - czy jesteśmy dumni z twoich osiągnięć. Z calego serca odpowiedzielibyśmy, że tak.
- Czy rozumiesz, dlaczego używanie słowa <<miłość>> jest czymś nieodpowiednim? - upewniła się matka.
Jonasz kiwnął głowa.
- Tak, dziękuję, rozumiem - odpowiedział powoli.
Po raz pierwszy skłamał rodzicom".
"- Gabi, wszystko może się zmienić - kontynuował Jonasz. - Wszystko może być inne. Nie wiem, jak, ale musi być jakis sposób, żeby wszystko nie było identyczne. Mogłyby na przykład istnieć dwa kolory. I dziadkowie - dodał, patrząc w ciemności na sufit sypialni. - A każdy miałby własne wspomnienia. Ty wiesz, co to takiego - szepnął, odwracając się w stronę kojca".
"- Gabi?
Nowe dziecko poruszyło się lekko przez sen. Jonasz spojrzał w jego stronę.
- Mogłaby istnieć miłość - szepnął.
Następnego ranka Jonasz po raz pierwszy nie wziął swojej pigułki. Coś, co zakiełkowało w nim dzięki wspomnieniom, kazało mu ją wyrzucić".
" - Kiedy spiker poinformował mnie, że Rosemary zwróciła się o zwolnienie, włączyli taśmę, żebym mógł widzieć cały proces. Wtedy widziałem moje piękne dziecko po raz ostatni. Przynieśli strzykawkę i kazali jej podwinąć rękaw. Pytałeś, Jonaszu, czy nie zabrakło jej odwagi. Nie znam się na odwadze, nie wiem, co to takiego, co to ma właściwie oznaczać. Ale wiem, że Rosemary siedziała tam odrętwiała z przerażenia i bezradności i słyszałem, jak mówi, że wolalaby sobie zrobić zastrzyk sama. A potem zrobiła to".
" - Zajmę się tym. Zajmę się tym - przedrzeźniał Jonasz okrutnym, sarkastycznym tonem. - Zrobię wszystko. Będę zabijał ludzi. Jakich mam zabić? Starych? Nowo narodzonych? Zabiję ich z przyjemnością. Dziękuję za instrukcje. W czym mogę pomóc? W czym... - nie mógł przestać.
Dawca silnie chwycił go za ramiona. Jinasz umilkł i spojrzał na niego.
- Posłuchaj, Jonaszu. Oni nic nie poradzą. O n i n i c n i e r o z u m i e j ą.
- Już mi to kiedyś mówiłeś.
- Powiedzialem tak, bo to prawda. Oni tak żyją. Takie im stworzono życie. Takei samo życie stworzono by tobie, gdybyś nie zostal wybrany na mojego następcę".
"Ich plan był możliwy do zrealizowania - bardzo trudny, ale chyba możliwy. Jeśli się nie uda, Jonasz zapewne straci życie.
Ale co z tego? Nawet jeśli zostanie, i tak nie będzie miał po co żyć".
"Kiedy więc uciekniesz, sam rozumiesz, Jonaszu, że już nigdy nie będziesz mógł wrócić..."
"Wówczas, w środku nocy przed samą ceremonią Jonasz potajemnie opuści swoje domostwo. Była to zapewne najbardziej niebezpieczna część planuz ponieważ wychodzenie z domostwa nocą bez wyraźnego powodu było dla obywateli osiedla poważnym nauszeniem przepisów".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo dziękuje za każdy komentarz :)