Strony

20 lis 2014

26#


13:54
Jacy my wszyscy jesteśmy przewidywalni.
Jacy ludzie są przewidywalni.

18 lis 2014

Danuta Miklaszewska, "Pieśń dla feniksa"

Data rozpoczęcia: 11.11.2014
Data zakończenia: 16.11.2014

 "Ta sytuacja była wyjątkowo zawstydzająca. Cesarz przełamał swoją nieśmiałość i chwycił się swojego doradcy, wdrapując mu się nieporadnie na plecy. Objął go w pasie nogami, a ręce zakleszczył wokół jego szyi - oczywiście nie za mocno, bo inaczej by go udusił. Pewnie w takiej pozycji wyglądał jak mała małpka. Wolał nawet o tym nie myśleć. Na szczęście, oprócz nieprzyjemnych myśli, pojawiły się także miłe przeżycia. Li czuł całym ciałem bliskość silnego mężczyzny. Bez problemu wyczuwał, jak jego mięśnie się spinają i drżą od wysiłku. Mógł także zaznać jego ciepła. Brakowało mu tego".

 "Cesarz poczuł wewnętrzną ulgę, że nikt nie widział jego nieporadnych podchodów. Z pewnością wyglądało to bardzo zabawnie, gdy obchodził posłanie naokoło, wlokąc za sobą kołdrę. Raz po raz nachylał się i ostrożnie dotykał brzegu łóżka. Przypominał kota, który z zainteresowaniem trąca łapką nową zabawkę".

"Był pewien, że obudził swojego doradcę. Na szczęście tak się nie stało, dlatego cesarz mógł się rozluźnić i nieco wyprostować nogi. I tak przez kilka chwil nasłuchiwał, czy nie dzieje się nic złego. Podczas tego nasłuchiwania wychwycił miarowy oddech śpiącego mężczyzny. Było w tym odgłosie coś kojącego. Jednostajny, spokojny rytm działał bardzo pozytywnie na zestresowanego Li. Stopniowo nerwowość odchodziła, ustępując miejsca błogości. Aż w końcu Niebiański Feniks zasnął".

"Zamaskowany mężczyzna zrozumiał, że nie dał rady zmusić Li do zmniejszenia nacisku, więc rozpaczliwie chwycił go za szyję z zamiarem odebrania mu tchu. Niebiański Feniks zaczął się krztusić, a po policzkach spłynęły mu łzy, lecz uparcie nie puszczał uwięzionego wroga. Ta niezwykła determinacja przyniosła efekty. Napastnik stęknął boleśnie i opadł bez sił na cesarza. Nie myślał już o tym, by unieruchomić swoją ofiarę. Pragnął tylko w jakikolwiek sposób złapać powietrze".

"Ale doradca w końcu znalazł odrobinę siły, by zsunąć się z partnera i ułożyć się obok. Natychmiast zagarnął go ramieniem i pocałował w czoło. Ten gest okazał się być dla cesarza cudownym przeżyciem - to była oznaka bezpieczeństwa".

17 lis 2014

Opowiadania Kotori III

Rozpoczęcie: 02.11.2014r.
Zakończenie: 06.11.2014r.

1. W twoich snach - Paulina Klimentowska

"Rozchyliła usta, ale spomiędzy warg nie wydobyło się ani jedno słowo. Jedynie chichot. Szyderczy, przeraźliwy śmiech, wchodzący na coraz wyższe i wyższe rejestry, świdrujący na wylot mózg, nie do zniesienia. Zobaczył rozpędzony tramwaj linii pięć".

"Podszedł jeszcze bliżej i znienacka objął w pasie, przyciskając z całych sił do siebie.
 - Co ty wyprawiasz?! - chciał zawołać fizyk, ale zdążył wykrztusić z siebie tylko bliżej niekreślony dźwięk, gdy ziemia pod nogami dosłownie się rozstąpiła i poczuł, jak leci w dól wraz z trzymającym go idiotą.
 Zamknął oczy. Choć spadanie wywołało paniczny lęk, mocny ucisk Krzysia, sprawiał, iż miał dziwną pewność, że nic złego nie może się stać".

 "- Stworzyłem ten świat na podstawie filmów i zdjęć miejsc, które chciałbym odwiedzić".

2. Słowa niewypowiedziane - Ula Sikorska

"Pogładziłeś mój policzek. To nie był przyjacielski gest tego byłem pewien. Bardziej przypominał matczyną troskę o syna, który zbłądził".

3. Czekam - Shoko Yoshida

"Pozwalasz mi zamawiać jedzenie, korzystać z uroków tego miejsca. Nie rozmawiamy o tym, ale myślę, że wiesz, że tego nie robię. Nawet gdy w trakcie naszej sam zamawiasz jedzenie i próbujesz mnie karmić, nie potrafię się przemóc".

4. Obraz duszy - Danka F., Wiolka K.

"Uczucia nie brały się z powietrza, nie wytwarzał ich żaden organ, a jednak zawiedzione nadzieje i złamane przysięgi wypalały piętno, które ciężko było usunąć. Alexander już raz przez to przeszedł, już raz próbował umrzeć, gdyż nie był w stanie wytrzymać nieszczęścia, jakie na niego spadło. Chwila, w której otworzył oczy i zrozumiał, że żyje, stała się dla niego przeklęta. Każdego dnia czuł się tak, jak gdyby stał nad przepaścią. Nie mógł się cofnąć, ale nie mógł też zrobić kroku do przodu. Za swój grzwch został skazany na najcięższą z prób: życie blisko kobiety, która pogrzebała jego miłość wraz ze wszystkim, co jej obiecywał. Bezlitosne wyroki uczyniły z niego istnienie stojące na granicy życia i śmierci. O tak, miłość nie była jedynie ułudą, a czymś prawdziwym. Czymś, co Alexandra zawiodło w próżnię bez ciepła i szczęścia".

"Ostatnimi czasy nie był jednak w stanie znaleźć chęci do czytania. Za to nieustannie mnożyły się przed jego oczami szaleńcze wizje utworów, które mógłby napisać sam. Kiedy jednak tylko do tego zasiadał, próbując oddać wszystko w słowach, okazywało się nagle, że to jedynie nieuporządkowane fragmenty, które nie chcą zespolić się w żadną całość".

"Przeszedłem przez ciemność, by wrócić do świata, którego nienawidzę".

 "- Chcę pana namalować, właśnie takim, między światłem a cieniem, nim jedno lub drugie pochłonie tę niepowtarzalność, jaką tworzą wspólnie, dopełniając się wzajemnie".

"- Przeszedłem przez piekło, przez palący ogień i zimną pustkę. Nie boję się tego".

"Alexander zacisnął drżące palce na dłoni Gilberta. Choć wszystko dookoła wydawało mu się nieostre i pozbawione sensu, ta ręka utrzymywała go w przekonaniu, że nie jest sam. Serce zabiło niespokojnie i młodzieniec odczuł nagły strach. Jęknął coś cicho i niezrozumiale, po czym z trudem otworzył powieki w poszukiwaniu obecności jedynej osoby, która dawała mu poczucie bezpieczeństwa. Hrabia był przy nim, kojąc lęki, bezustannie potwierdzając, że nie zostawi go w mroku samego. Poszarpane słowa, dłonie szukające oparcia".

"Alex siniał tak szybko, jakby śmierć już postanowiła, że go zabierze, ale krew wciąż miał tak bardzo gorącą".

 "Twarz Alexandra rozjaśniła się delikatnym uśmiechem, oczy wypełnił blask, a po policzkach spłynęły dwie kryształowo czyste łzy. Jego palce osunęły się po twarzy Drake'a i ręka młodzieńca zwisła bezwładnie. Oczy zgasły, wciąż jeszcze wpatrując się w Gilberta, ale teraz to spojrzenie stało się puste, a pasja namiętności i emocje uleciały z niego jak liście na wietrze".

"Nieustannie odczuwał obecność Alexandra. W jego snach młodzeniec wciąż żył i uśmiechał się delikatnie. Pojawiając się w mroku sypialni, rozświetlał ją latarenką trzymaną w dłoni. Pochylał się wtedy nad Gilbertem i całował go lekko i czule w czoło. Te pocałunki nigdy nie były zimne, choć chłodziły rozpaloną twarz mężczyzny. Usiłował schytać zjawę, przytulić i ogrzać swoim ciałem. Czasami zdawało mu się, że szaleństwo tych pragnień wyoełnia jego dłonie ułudą spełnienia. Ślad głowy odciśniętej obok na poduszce o poranku, sylwetka widziana w cieniu korytarza za dnia, blada twarz pojawiająca się w lustrze - wszystko przypominało mu Alexandra i nabierało jego kształtów. Przemawiał do niego i oprowadzał po najpiękniejszych zakątkach swojej posiadłości. Wywołało to poruszenie wśród służby, która zaczęła szeptać za plecami hrabiego, patrząc z nabożnym lękiem na owe dysputy prowadzone z powietrzem. Sprowadzony kilka dni później przez Wintersa doktor został uprzejmie, lecz stanowczo poproszony o zajęcie się innymi nagłymi przypadkami".

6. Pożegnanie - Bartek Koczkodaj

 "Wiesz, co jest najgorsze, najbardziej w tym wszystkim wkurwiające? To, że nie mogę przed nikim zdradzić. Że mam usta zasznurowane, mordę uśmiechem wykrzywioną, banałami zaklajstrowaną. Że muszę żyć tak, jak gdyby nic się nie stało".

 "No i pogrzeb. Najpierw wieniec. Zamawiam wieniec i tak mi się na usta ciśnie, żeby powiedzieć tej od wieńca, zresztą bardzo miłej: <<proszę, niech pani napisze: Kochanie, czemu mnie zostawiłeś? Tak bardzo tęsknię. Bartek>>. Ale nie. Nie wypada, skandal, więc tylko beznadziejnie puste <<ostatnie pożegnanie>>, które funduje się każdemu. I z tym wieńcem - białe róże - na końskiej dawce oxazepamu i lorafenu, towarzyszę mu, jak to się mówi, w jego <<ostatniej podróży".

 "Po pogrzebie stypa. Nie byłem, bo kim ja w sumie dla niego? Nie wolno kalać pamięci zmarłych. Ale podeszła jego siostra, trochę przepraszająco, że stypa tylko dla rodziny i najbliższych znajomych: <<Bartek, Bartek, nasza matka, rozumiesz. Gdyby to ode mnie zależało... Ciebie jednego kochał, ty dla niego rodziną całą byłeś. Ale matka... przepraszam>>".

 "Po dwóch tygodniach wracam do pracy. No przecież muszę. Normalnie się ubrałem, w żadną tam czerń. Nie mam prawa do czerni, nie po nim. Ale kiedy wracam do domu, przebieram się, zakładam czarny sweter albo czarną koszulkę, czarne dżinsy albo czarnu dres. I mam swoją prywatną żałobę, moje domowe black to black. Siadam w fotelu, właściwie to się w nim zapadam i zasypiam przed włączonym telewizorem, z jednym kotem na kolanach, drugim na poręczy fotela. Odpływam w spokojny sen na falach zdwojonej dawki opipramolu".

 "I współpracownicy. Tak, tak. Co tam? Jak tam? Trzeba przecież normalnie z ludźmi rozmawiać, żartować, nic po sobie nie dać poznać, na kręgle wyjść, na bilard. Kilka razy się odmówi, ale nie więcej, bo zaczną się podejrzenia, rozpytywania, dociekania, próby pomocy, koleżeńskiego wsparcia".

 "Minęło już tyle czasu, a ja wciąż nie umiem odnaleźć się w tym wszystkim. Nie mogę zrozumieć. Nie olewam pracy, sprzątam, normalnie jem. Nikt nie może mieć do mnie o nic pretensji, naprawdę niczego nie zawalam. Bywam nawet na weselach, pomagam rodzicom. Czytam, spotykam się z ludźmi, od czasu do czasu uprawiam seks, ale..., ale kiedy już zostaję tak całkiem sam w mieszkaniu wśród jego rzeczy - już przykurzonych, bo nie jestem w stanie nic zmienić, przestawić, bo wszystko, łącznie ze mną zastygło dokładnie tat, jak to pozostawił i jakby wciąż czekało na jego powrót z Carrefoura... i kiedy jego nieobecność jest tak miażdżąca, tak wyzierająca z każdego zakamarka, tak boleśnie namacalna - pojawia się nieodparta myśł o oddaniu kotów i odkręceniu gazu".

8. Modlitwa robota - Anna Maria Vanitachi

"Ludzie, podobnie jak pandy, w niewoli rozmnażali się rzadko i niechętnie. Za to często decydowali się na samobójstwa, nawet jeśli zapewniano im spokój, bezpieczeństwo i odpowiednie warunki rozwoju".

"Nie wykonał żadnego ruchu czy nawet gestu, nie odezwał się ani słowem. Gdyby nie równomierne wznoszenie się i opadanie klatki piersiowej - mechanizm naśladujący rytm ludzkiego oddechu - można by sądzić, że robot zapadł w hibernację".

 "- Ale czy to jest pociecha? Yenshi patrzył mu w oczy. - Ja chyba wolałbym się mylić. Wolałbym świat, w którym nie byłoby wojny, w którym ludzie nie wymierają, a pająki nie żywią się ważkami. Wolałbym mieć uszkodzony system danych i wszystko, co złe, tylko sobie wymyślić.
 - Byłbyś nieszczęśliwy.
 - Nie bardziej niż teraz.
 - Może bardziej. Z nikim nie mógłbyś dzielić swojego smutku.
 - I nikogo bym nim nie obarczał. Dlatego cudzy smutek miałby dawać mi pociechę? To przecież podłe".

 "Teodor czuł miarowy oddech Reishiego. I słyszał, jak bije mu serce. Myślał, jakie dziwne jest takie częściowe naśladowanie ludzi. Serce, które nie musi pompować krwi. Sen, który jest formą hibernacji".

 "- Tego nie powiedziałem. Powedziałem, że mamy obowiązki wobec Yenshiego. Ale to nie wszystko. Tobie przyda się moja pomoc, a mnie twoja. Poza tym wgrałeś w swój system kartę pamięci Yenshiego. Znasz go teraz lepiej niż ktokolwiek inny. Powtarzasz jego gesty, słowa i...
 - Teo?
 - Jesteś jedynym, co mi po nim zostało.
 - No tak. Prawda. - Chłopak zasępił się. - Prokurator mówił, że tak będzie.
 Nauczyciel lekko przechylił głowę.
 - Ostrzegał mnie - ciągnął Reishi - że lepiej było sczytać kartę na symulatorze. Bo zacznę się do niego opodabniać. Coś w tym musi być.
 Podszedł do okna. Niebo nad parkiem już bielało.
 - Ja... wiem, że nie jesteś nim, Rei - szepnął Tao.
 - A ja wcale nie jestem tego taki pewien. Mam swój charakter, swoje wspomnienia. Ale i mnóstwo zupełnie nowych danych. Wieki zajmie, zanim to sobie wszystko poukładam. Miałeś rację. Mój brat był wyjątkowy. Nie wiem, czy to udźwignę. Pewnie część będę musiał zrzucić na jakiś dysk zewnętrzny. Ale dane to nie największy problem. Zachowuję się inaczej. Czuję się inaczej. - Otworzył okno i wziął kilka głębokich oddechów. - Ostatnie cholernie dużo myśl o jakichś ważkach. O ważkach, o pająkach, o nauce harmonii..."

9. Duchy utopii - Kintsukuroi

 "Trwacie w wykreowanej przez siebie utopii tak długo, jak jest to możliwe. Żyjecie według surowego, niespisanego kodeksu. Trzymacie się swoich praw i obowiązków. Byle tylko zapewnić sobie przetrwanie.
 Jednakże prędzej czy później musi nastąpić rozłąka. Opuszczacie siebie nawzajem. Czasami przypomina to powolną dekapitację oraz oznacza rychły koniec twojego aktu. Aczkolwiek całkiem niewykluczone jest również, że przeżyjesz i ponownie stworzysz z drugim człowiekim ten niezwykły sojusz. Zaczniesz podróżować: tworzyć i zrywać relacje, nie zważając na pozostawiane za sobą duchy".

Agnieszka Sztyler-Turovsky, "Nastolatki na głodzie"

Rozpoczęcie: 06.11.2014r.
Zakończenie: 07.11.2014r.

Rozdział 1 - Pokochaj swoje ciało

"<<A ty jeszcze żresz?! Patrz, jakie masz uda!>> - Julka słyszy to od taty w dniu swoich 15. urodzin. Właśnie zaczyna jeść drugi kawałek tortu. Już go nie kończy".

"Zaburzenia odżywiania to cena za twoje ambicje i twoją wrażliwość. Nie jesteś sama".

"PIĘKNA KOBIETA, CZYLI JAKA? - zastanawiasz się. Ile waży? Ile ma centymetrów w biuście, pasie, biodrach, kostkach? Czy naprawdę chcesz być niczym koń wyścigowy, któremu mierzy się pęciny"?!

"Podobno jeśli powtórzysz coś tysiąc razy, staje się to prawdą".

Rozdział 2 - Dzienniki Julki, Zuzy, Majki i Oli

Julka

 "Wybiega do łazienki. <<Niech ta dziwka nie widzi, że płaczę!>> - mamrocze, puszcza wodę do wanny, by zagłuszyć odgłos wymiotów. Klęczy nad toaletą. Totalna blokada. Wypija kilka łyków wody z prysznica. Uderza pięścią w przeponę. Raz, drugi... Dopiero wtedy się udaje".

"- Nie jadłam, bo nie miałam siły otworzyć ust, by żuć, by przełykać".

Zuza

  "- Ten ich alfabet: A - anoreksja, moja królowa, Z - zero, wymarzony rozmiar, te wszystkie bzdety. Gardzę tym. Nie chcę, by mnie brali za idiotkę. Mam sobie na czole napisać: <<Nie jem, bo wszystko jest bez smaku, jakbym żuła papier?!>> - pyta Zuza".

"<<No zjedz to wreszcie! Chudniesz w oczach. Znikniesz nam w końcu!>> - mama się niecierpliwi. Kolacja w ciszy. Zuza rozgniata na talerzu makaron w sosie achois".

"Zuza wyrzuca z siebie kolejne wspomnienia. Rodzice zwykle to kwitują: <<nieistotne>>, <<błahe>>, <<a jakie to ma znaczenie>>"?

"<<Wpędzacie mnie w poczucie winy. Cokolwiem bym zrobiła, wam zawsze jest mało. Nie zadowalam ciebie ani mamy. <<Czemu tylko czwórka? Czemu tylko czwórka, a nie piątka albo szóstka?>>"

 "<<Ależ co pani opowiada?! To chyba dobrze, że Zuza ma ambicję. Świat nie jest dla słabych!>> - przekonuje mama.
 <<Proszę pani, świat jest dla wszystkich. Dla słabych też>> - odpowiada psychiatra. W gabinecie zalega cisza".

 "Pierwszego września świat się nie kończy. Zaczynam się odchudzać! Dlaczego wciąż planuję coś od jutra? Odraczam życie. Nienawidzę tego. Jestem tłusta. Jakby spuchnięta. Objadłam się na kolację, odbija mi się, męczy mnie zgaga. Nie mogę oddychać".

Kasia

 "- Wtedy jestem pewna, że obżeranie się już nigdy nie wróci. Ale zawsze wraca - mówi. Tak jak depresja. Seronil, trittico i bioxetin (tańszy odpowiednik prozacu). Pomagają na chwilę. Albo i nie.
 - Słyszałam, że rodzice bulimiczek czasem zamykają lodówkę na łańcuch".

 "- Co z tymi twoimi paznokciami?! Lakieru nie masz?! - krzyknęła Gośka w szkolnej stołówce. Jadły obok siebie. Nie powiedziała, że paznokcie ma zniszczone od wymiotów: od kwasu solnego z żołądka. Żeby tylko zdążyć się wyżygać przed dzwonkiem - myśli przy obiedzie.
 - Nie rozstaję się z odświeżaczek do ust. Właściwie to dziwne, że nikt w szkole się nie zorientował - mówi. Bo rodzice wiedzą. I nie wiedzą, co robić, by nie pogorszyć sprawy.
 Godzina 4:30. Mamę Kasi budzą rytmiczne odgłosy. Dochodzą z pokoju córki. <<Dwieście cztery, dwieście pięć...>> - słyszy szept Kasi.
 <<Nie śpisz?>> - Mama zagląda do pokoju. Widzi córkę robiącą przysiady. W rękach ma żółte dwukilogramowe hantle. Mama wycofuje się, przymyka drzwi".

"- Co wieczór biorę środki przeczyszczające. Coraz słabiej działają. Zaczynałam od dwóch tabletek alaxu, dziś biorę 10 - pół opakowania, chyba jelita się rozleniwiły. Rano przesiaduję godzinami w toalecie. Wiem, że rodzice spóźniają się przeze mnie do pracy. Ale nic nie mówią. Najgorsze są weekendy - opowiada dziewczyna".

 "- Czasem wytrzymuję dwa dni tylko na otrębach i kefirze albo o wodzie. Ale zwykle jem cały czas. Nie myję w ogóle zębów, bo nie ma takiej chwili, w której kończę posiłek. Cały czas mam coś w ustach - wyjaśnia. Doszła do takiej wprawy, że wymiotuje prawie bezgłośnie".

"Wparowałam do toalety w tej plastikowej koronie i zobaczylam Karolinę - wspomina Kasia. - Krew kapała na kafelki. Karola powiedziała mi potem, że tuż przed imprezą znów pokłóciła się ze starymi. Dlatego się pocięła - dodaje".

"Picie to ulga, szczególnie na imprezach. Można jeść i wymiotować non stop. Nikt nie podejrzewa, że to bulimia. Myślą, że przesadziłam , <<alko>>, że zaraz zaliczę <<zgona>>.

 "Bo widzenie nie znika. To ona znika, dosłownie, od kilku miesięcy: zanika miesiączka, zanika biust. Ola kupuje stanik w rozmiarze zero, potem i on staje się zbędny. Znikają zęby: kwas solny, którym Ola wymiotuje, gdy nie ma już czym, bo żołądek jest pusty, zjada szkliwo. Zęby zaczynają się ruszać. Wypada pierwszy, potem kolejny. Garściami wychodzą włosy, za to ciało pokrywa się meszkiem. Ola wciąż nie czuje, że jest chora. Anoreksja? Nie, to nie o mnie - myśli".

 "Chwilę później wymiotuje. Nie zmusza się. Je tak dużo, że odruch wymiotny pojawia się sam - przepona wypycha do gardła kilogramy jedzenia. Olę uspokaja widok żółtego śluzu na ścianach muszli klozetowej. To żółć. Gorzki smak przynosi ulgę. Dowód na to, że żołądek jest pusty. Po uldze przychodzi rozpacz".

 "Trzy lata później, gdy Ola pokona już chorobę, Gośka przyzna, że wówczas w przychodni zobaczyła żywy szkielet.
 Pewnego dnia Ola wraca do domu, przemarznięta, skostniała, ma dreszcze.
 <<Mamo, zimno mi. Nasmaruj mi plecy spirytusem sasalicylow>> - prosi.
Mam wchodzi do pokoju. Ola leży na kanapie na brzuchu, unosi koszulę nocną. Mama kładzie dłonie na jej plecach.
 <<Nie, nie dam rady>>. - Zaczyna płakać. Ola czuje, jak łzy mamy kapią jej na plecy. Wzdryga się. I odwraca.
 - Nie, to nie! Tomek to zrobi! - Warknęłam jej w twarz - wspomina. Tomek to jej brat. - Do dziś mi wstyd, że tak potraktowałam mamę. Anoreksja pozbawiła mnie dobrych uczuć. Dziś, gdy słyszę albo czytam: <<Anoreksja - moja przyjaciółka>>, wściekam się. Przyjaciel nie zabija, nie odciąga od rodziny - mówi".

"W ostatnim stadium chorobs waży 26 kg. Chce umrzeć. Zniknie. Problemy też. Jej. I mamy, która wciąż słyszy: <<To twoja córka. Jak mogłaś do tego dopuścić?! Powinnaś karmić ją siłą!>>
 Rodzina wiezie Olę do szpitala. Oddział Leczenia Nerwic Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Ola już nie protestuje. Nie ma siły. Próba dostania się na oddział spełza na niczym.
 - Ważywał za mało, żeby mnie przyjęli - wspomina. Zanim to usłyszy, odpowiada na serię pytań, podpisuje oświadczenie, że zanim położy się na oddziale, zdeponuje w szpitalnym schowku: gumy do życia, tik-taki, zostawi telefon komórkowy. Nie opuści samowolnie oddziału, nie będzie palić papiersów ani pić allkoholu. Po posiłku nie wstanie od stołu bez zgody opiekuna ani nie wyjdzie do toalety półtorej godziny po jedzeniu, no chyba że z opiekunem.
 - Kto by chciał tam chodzić? Drzwi toalety nie miały zamka, zamykały się i otwierały wahadłowo niczym w saloonie, w westernie - wspomina Ola .
 Podpisała jeszcze, że nie będzie utrzymywać stosunków płciowych z uczestnikami terapii.
 - Biurokracja dopełniona, a na koniec policzek. Czułam się, jakbym uczestniczyła w jakiejś parodii: <<To my już pani dziękujemy, zapraszamy, kiedy osiągnie pani wagę 34 !!!>> - wspomina.
 Brat pomaga Oli dostać się do warszawskiego szpitala przy ul. Banacha. Ordynator zgadza się umieścić Olę na oddziale Gastroenterologii. Po serii badań diagnoza: anoreksja zagrażająca życiu. Pierwszy dzień: kroplówki. Kolejny: pobyt na IOM-ie, Oddziale Intensywnej Opieki Medycznej. Wszczepienie cewnika do dożywiania pozajelitowego. Znieczulenie w szyję i w klatkę piersiową. Chirurg wbija pod obojczyk 10-centymetrową igłę. Ma kształt sierpa. Lekarz wciska ją głębiej, między żebra. Igła, a właścirur już rurka - tak jest szeroka: przez nią sączy się papka zawierająca 1200 kcal. Bezsenna noc.
 - Czułam w ciele rurkę. Bałam się, że przez sen ją skręcę, że położę się na niej, wcisnę głębiej. Albo wyrwę czy ucisnę tak, że płyn przestanie - kapać - wspomina Ola. W szpitalu spędza dwa miesiące.
 Wypis. Powrót do domu. Ciąg dalszy dożywiania przez rurkę. Na ciele, w miejscach, gdzie jest wbita, umocowana plastrami, tworzą się rany, odparzenia. Tomek dezynfekuje skórę.
 - To był taki ból, że z trudem powstrzymywałam krzyk - opowiada Ola. Ale płaczu powstrzymać nie umie".

 "- Usłyszałam, że z powodu cewnika, czyli rurki przez którą wciąż byłam karmiona, potrzebuję sterylnych warunków".

"Zamiast szpitalnej, terapia w gabinecie psychologa. Pierwsza wizyta:
 - Usiadłam na metalowym krzesełku. Za biurkiem kobieta. Nie wita się. Zapala lampę. Światło żarówki kieruje na moją twarz. Czułam się jak przestępca przesłuchiwany przez śledczego na komisariacie - wspomina. Seria pytań: imię matki, ojca, jakie zawody wykonują rodzice"?

"Po miesiącu się otwiera. Po kilku się dowiaduje, że gdy było z nią już bardzo źle, mama całymi nocami siedziała przy jej łóżku. - Nasłuchiwała, czy oddycham. Modliła się, bym dożyła do rado - wspomina.
 Lustro wciąż nie jest dla niej zwyczajnym sprzętem, meblem. Ola spogląda na nie z niepokojem. Choć dziś się nie głodzi. Nie wymiotuje. Jest zdrowa. Tak mówią lekarze. A ona?
 - Nie wiem. Boję się, że anoreksja jest jak alkoholije. Uzależnieniem. Może już do końca życia będę z nią żyć? - myślę. I mówię sobie wtedy, że to de mniemnie zależy, czy znów się jej poddam".

Rozdział 3 - Wszystko, co chcesz wiedzieć, a o co wstydzisz się zapytać - rozmowa z dr. Cezarym Żechowskim

"Głodzisz się, wymiotujesz, nienawidzisz tego, jak wyglądasz, i nikomu o tym nie mówisz?
 - Nie wyobrażam sobie, żeby samotnie dźwigać taki ciężar - mówi dr Cezary Żechowski, który od lat leczy młodzież z zaburzeniami odżywiania".

"W szczególnie trudnej sytuacji są dziewczynki, które dojrzewają wcześniej. Zdarza się, że słyszą kąśliwe uwagi także od nauczycieli czy pielęgniarek szkolnych. Chłopcy, którzy są w podobnej sytuacji, nie mają tego problemu. To, że są wyżsi, silniejsi, staje się ich atutem. Te cechy związane z dojrzewaniem sprawiają, że zwykle n naturalny sposób stają się przywódcami grupy".

"A kiedy słyszy: <<Nie jedz tyle, bo będziesz grupa>>, myśli: Już jestem gruba. Brzydzę się sobą, i by zmienić swój wygląd lub się ukarać, zaczyna się głodzić. Złośliwe komentarze mogą też skłonić dziewczyn do stosowania diety. Jest gotowa zrobić wszystko, by się podobać rówieśnikom".

"Kiedy odchudzanie zaczyna być chorobliwe?
Gdy staje się obsesją, celem, któremu podporządkowane jest wszystko, o którym myśli się bez przerwy i który staje się jedynym wyznacznikiem samooceny człowieka. Nastolatka chudnie tak bardzo, że zaczyna wyglądać nienaturalnie, a twierdzi, że musi zrzucić jeszcze kilka kilogramów. Anorexia nervosa zaczyna się w momencie, gdy dziewczyna waży już o 15 proc. mniej niż powinna, a jej wskaźnik BMI spada poniżej 17,5.
A co powinno nas zaniepokoić w zachowaniu dziewczyny?
Na przykład to, że skupia się przede wszystkim na swoim wyglądzie. I na jedzeniu - na kontrolowaniu jego ilości, a ta czynność może zajmować jej niemal cały dzień. Rezygnuje przez to z innych aktywności, które wcześniej były były dla niej ważne, choćby ze spotkań ze znajmymi. Zaalarmować rodziców powinny głodówki, które dziewczyna powtarza, albo zażywanie przez nią środków przeczyszczajacych lub prowokowanip wymiotów. Zaniepokojenie powino też wzbudzić poświęcanie wielu godzin na aktywność fizyczną, fitness czy chodzenie na siłownię lub bieganie".

"Dziewczyny chore na anoreksję nie chcą się leczyć, więc zwykle rzeczywiście przyprowadzają je rodzice".

"Co mówią te dziewczyny podczas pierwszej wizyty u lekarza? Jak zachowują się chore na anoreksję, a jak te z bulimią?
Zupełnie inaczej. Dziewczyna z anoreksją przeważnie mówi: <<Nie wiem, po co tu przyszłam. Czuję się świetnie>>.

"Oczywiście są dziewczyny, które już długi zmagają z się z anoreksją, i to zazwyczaj one przyzprzy, że strasznie się męczą i nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Natomiast te, które niedawno zaczęły chorować, zwykle powtarzają, że nie widzą żadnego problemu".

"Jeśli zaburzenia odżywiania trwają długo, często dołącza kolejna choroba - depresja".
Na czym polega leczenie anoreksji i bulimii? I jak często chora powinna spotykać się z terapeutą?
To sprawa indywidualna. W terapii poznawczej spotkania z terapeutą odbywają się raz w tygodniu. Przy nasilonych objawach, na początku leczenia, nawet dwa razy w tygodniu".

"U części osób anoreksja przechodzi w bulimię, a pewna grupa powraca z bulimii do anoreksji".

"Anoreksja to wyjątkowo podstępna choroba, bo jej początek jest przyjemny. Dziewczyna chudnie, więc staje się coraz atrakcyjniejszc, a jej pewność siebie i samoocena rośnie. Jest dumna, że ma silną wolę i bez trudu potrafi odmówić sobie jedzenia. Ale trzeba wiedzieć, że gdy intesywnie chudnie, zaczyna zmieniać się jej sposób odczuwania głodu.
Głód nie sprawia już dyskomfortu?
Nie, wręcz przeciwnie. Zdrowa dziewczyna odczuwa go jako przykry objaw, ale dla chorej na anoreksję czasem odwrotnie - jest on przyjemny. Uczucie głodu daje poczucie mocy. W dodatku dziewczynie wydaje się, że im szybciej zbliża się do idealnej wagi, tym szybciej jej wszystkie problemy znikają. Nastolatka świetnie czuje, rośnie jej samoocena, myśli: <<Wreszcie ogarnęłam swoje życie!>>"

"Głód, a jeszcze bardziej wychudzenie mogą sprawiać przyjemność, bo organizm zaczyna wydzielać endogenne opiaty, by móc przetrwać stan niedożywienia".

"Dlatego każda dziewczyna z tego typu zaburzeniami odżywiania powinna być pod opieką lekarza".

"<<Zazdroszczę anorektyczkom silnej woli. Nie umiem już dotrzymać żadnych obietnic, postanowień. Nie tylko w kwestii jedzenia>> - usłyszałam od od 17-latki. Bulimi zabrała jej silną wolę?
Tak, w bulimii zaczyna zanikać obsesyjna kontrola typowa dla anoreksji. Zamienia się w impulsywność. Tendencję do tłumienia emocji zastępuje brak kontroli nad impulsami. A chora traci nie tylko kontrolę nad łaknienia, lecz także nad innymi aspektami swojego życia. Dlatego niektóre niektóre osoby z zaburzeniami odżywiania okaleczają się, podejmuja próby samobójcze, zaczynają używać substancji psychoaktywnych".

"Niedawno przeprowadzono badania osób z zaburzeniami obrazu własnego ciała. Poproszono je, aby oceniły swój wygląd w skali od 1 do 10, gdzie 1 oznaczało otyłość, a 10 - szczupłość. Większość osób wskazała najniższe wartości. Potem poproszono je, by wymieniły, kto daje im poczucie bezpieczeństwa. Okazało się, że sporej części dziewcząt z zaburzeniami odżywiania znalezienie takiej osoby sprawiało pewną trudność".

"Terapia to godzinne spotkania raz, dwa, maksymalnie trzy razy w tygodniu. Jak pozostałe dni dziewczyna może pomóc sobie sama?
Bezcenna jest tzw. psychoedukacja. Warto sięgać po książki na temat zaburzeń odżywiania, jest też dużo informacji w internecie. Istotną pomoc można znaleźć na forach internetowych".

"A najczęściej rujnuje postępy terapii?
Agresja, złość nieufność, złośliwe komentarze ze strony rodziców pod adresem dziecka. Czasami matka czy ojciec mają w sobie tak wielkie pokłady bezradności, że to wywołuje u nich nieświadome uczucia agresji i złości w stosunku do chorego dziecka. Oskarżają córkę o to, że nie chce wyzdrowieć, posądzają ją złą wolę. Bywa, że nawet stosują przemoc, zaczynają bić córkę, bo nie radzą sobie, z tym, że choroba się nie cofa, a dziecko nadal chudnie i nie chce jeść".

"Lekarze, pielęgniarki, salowe mogą niekiedy zapominać, że chore na anoreksję mają nie tylko ciała, lecz także umysły. Czasem skupiają się wylącznie na kontrolowaniu wagi pacjentek i pilnowaniu by jadły. Ten codzienny kontakt z pacjentkami jest dla pielęgniarek i salowych bardzo obciążający. Bywają bezsilne, gdy mimo wielu prób nie udaje im się nakłonić chorej do jedzenia. Niejednokrotnie same stają się też obiektem agresji".

"A jak długo zwykle trwa leczenie zaburzeń odżywiania?
Przeważnie kilka lat. Po czterech latach leczenia u ponad 40 proc. dziewczyd nie stwierdzamy żadnych objawów choroby, u 40 proc. występuje wyraźna poprawa, 20 proc. pacjentek choruje przewlekle. Niestety część osób umiera".

"A więc im wcześniej ktoś zacznie leczenie, tym większą ma szansę na całkowite wyzdowienie?
Oczywiście. Jeśli choroba trwa krótko, objawy nie są jeszcze tak bardzo utrwalone i łatwiej poddają się leczeniu. Po trzech latach chorowania na anoreksję lub bulimię symptomy są już dość mocno utrwalone, co nie znaczy, że nie ma szans na wyleczenie".

"Dziś wiemy już, że czynniki rodzinne mogą bardzo silnie podtrzymywać trwanie choroby. Choćby nadmiernie kontrolująca matka. Tylko, że ona mogła się taka stać, gdy dowiedziała się, że jej córka choruje na anoreksję. Ma świadomość, że jest to choroba śmiertelna, więc poczuła się odpowiedzialna za odżywianie dziedzi. I wróciła do roli z wczesnego dzieciństwa córki. Teraz znów ją karmi, bo chce mieć pewność, że zjadłaz Pilnuje, by zimą wkładała ciepłą kurtkę, zamykała okno w chłodne dni, a w nocy była przykryta kołdrą. Bo dziewczyna z niedowani łatwo może się przeziębić lub wychłodzić, gdy na dworze jest mróz. Matka kontroluje życie córki, bo chce jej pomóc wyjść z choroby".

"A córka nie chce odpuśchc. Ma osobowość z cechami perfekcjonistycznymi i nie jest łatwo to zmienić".

"Z kolei przy silnym perfekcjonizmie pojawiają się nierealne, ambitne cele, a dziewczyny tak wysoko podnoszą sobie poprzeczkę, że musi je spotkać porażka. A wtedy rodzi się frustracja, która może wywoływać chęć schudnięcia. Oczywiście przyczyną odchudzania nie musi być zawsze perfekcjonizm, może być nią coś zupełnie innego".

"Badania pokazują, że czynnikiem ryzyka może być też niejedzenie śniadań".

"Głodówka jest wtedy tym, czym bywa okaleczanie się. Dziecko chce znów mieć poczucie kontroli nad swoim zyciem".

"Powtarzam rodzicom, by nie obwiniali siebie ani dziecka (bo to niestety też się zdarza). Dziecko z zaburzeniami odżywiania bardzo potrzebuje poczucia bezpieczeństwa, ogromnego wsparcia a nie oceniania".

"W zaburzeniach odżywiania ważna jest też regulacja łaknienia: jedzenie w jednakowych odstępach czasu: 5-6 posiłków dziennie. Z jasno określonym limitem kalorii".

"Niektóre nastolatki mają objawy zaburzeń odżywiania tylko wtedy, gdy znajdą się w sytuacji, która jest dla nich emocjonalnie trudna, czyli właśnie gdy doświadczają stresu. Objadają się przed klasówką, egzaminem. Jak nie ma stresu, nie ma objadania się. To coś innego niż typowa bulimia, w której przebiegu - niezależnie od tego, czy jest dobrze, czy jest źle - napad objadania i tak się pojawi.
Ale niektóre dziewczyny, kiedy dopada je stres, nie mogą jeść, mają ściśnięty żołądek. Inne jedzą z nerwów. Dlaczego?
Od dziecka uczymy się regulować emocje jedzeniem. To dotyczy nas wszystkich. Niemowlę ssie pierś i się uspokaja. Z czasu, który spędza przy piersi, około 40 proc. służy zaspokojeniu głodu. Gdy jest już najedzone, to ssie pierś, bo to je uspokaja, daje poczucie bezpieczenstwa, bliskości.

"Choć zaburzenia odżywiania nie są wytworem dzisiejszych czasów, były częste już w starożytności i średniowieczu. Panowało przekonaie, że tylko szczupli wejdą do raju. Prawdopodobnie św. Katarzyna ze Sieny chorowała na anoreksję. Znana jest jej wypowiedź, że żywi się liściem sałaty i hostią. Zachowały się też hieroglify egZachow, na których widać wymiotujące kobiety, bo panował wtedy kult szczupłej sylwetki".

"Dziewczyny z anoreksją raczej się nie zakochują. Tu istotny jest motyw narcystyczny: <<Chcę podobać się samej sobie. Chcę mieć perfekcyjny wygląd. Idealny>>. Jeśli widzę, że dziewczyna zaczyna się interesować chłopakami, dla mnie jest to sygnał zdrowienia. Do głosu dochodzą zupełnie inne rejony mózgu niż te związane z chorobą. I anoreksja wtedy bardzo traci na sile. Jeśli dziewczynę ciągnie do ludzi i ma dużo znajomych, prognoza jest lepsza - to znaczy, że <<choroba nie zajęła całego umysłu>>. Bo zwykle dziewczyny z anoreksja tracą kontakty z rówieśnikami, zostaje im już tylko choroba. Są outsiderkami. I borykają się ze zmianami nastroju: raz jest to euforia, to znów poirytowanie. Często wybuchają".

"Choć pewnym zagrożeniem dla kobiet, które chorowały na anoreksję, jest utrata masy ciała nawet wiele lat po wyleczeniu. Jeśli kobieta zaczyna chudnąć, pojawia się ryzyko, że włączą się te same mechanizmy funkcjonowania jak w czasie choroby".

"Istotą anoreksji jest świadome, rygorystyczne ogranicznie ilości przyjmowanych pokarmów, silne koncentrowanie się na wyglądzie i wadze ciała powiązane z panicznym lękiem przed przytyciem".

"Nie chcesz utrzymać wagi na na poziomie minimalnym dla swojego wieku i wzrostu, masz niedowagę i ważysz przynajmniej 15 proc. mniej, niż powinnaś".

"Masz zaburzony obraz własnego ciała: choć wszyscy mówią, że jesteś chuda, postrzegasz siebie jako grubą, albo niektóre części swojego ciała jako nadmierne otłuszczone. W związku z tym przeżwasz stres i lęk".

Rozdział 6 - Lady Gaga i inne dziewczyny z bulimią

"Mam i anoreksję i bulimię. Choć staram się nad tym panować, myślę, że nie jestem od nich całkowicie wolna. I nie wiem, czy jakaś kobieta na świecie naprawdę jest - powiedziała Amy w 2004 roku".

Rozdział 8 - Chłopaki też chorują na anoreksję

"<<Marzłem. Moje ręce i nogi były stale zimne. Był we mnie niepokój, który czasem przybierał formę paniki. (...) Wypadały mi włosy. Od tygodni nie czułem ani głodu, ani nawet apetytu. Nie mogłem juz pozbierać myśli. Czułem się potwornie. Apatycznie. Smutny. Wycieńczony. Całkiem samotny. Totalnie beznadziejnie".

Rozdział 11 - Jak przestać się objadać i w dwa miesiące uzależnić się od joggingu - trening

"Jeśli więc w szkole na każdej przerwie lądujesz w kolejce do sklepiku albo pod automatem z orzechową princessą i colą, znajdź kogoś, kto cię zgarnie, gdy tylko wyjdziesz z klasy. Zagada i niepostrzeżenie wyprowadzi na szkolny dziedziniec, a rozmowa z nim będzie dla ciebie taką frajdą, że zapomnisz o jedzeniu".

Rozdział 12 - Co myślą chłopaki i dla kogo się odchudzasz?

"Wszystkie badania potwierdzają, że dla mężczyzn bardziej niż idealny wygląd i kształt ciała kobiety liczy się to, czy jest zadbana. To, że dziewczyna przyjemnie pachnie, ma ładne włosy, zęby, paznokcie skórę miłą w dotyku. I to, że lubi siebie i dobrze się ze sobą czuje. Myślę nie tylko o ciele, ale też o tym, co składa się na osobowość, na przykład o pasjach. Jeślli je ma, staje się naprawdę interesująca".

"Anorektycznie chuda dziewczyna nie jest i nigdy nie była ideałem urody w oczach mężczyzn. A ponieważ jedna z cech anoreksji to zaburzenie obrazu własnego ciała, skrajnie wychudzona kobieta może mieć poczucie, że jest zaledwie szczupła, lub nawet myśleć, że ma nadwagę. Mężczyzna widzi ją już jako zbyt chudą i przez to mało atrakcyjną, a ona nadal chce się odchudzać. Do tego obsesyjna i destrukcyjna potrzeba kobiety, by osiągnąć kontrolę, utrudnia doświadczenie bliskości uczuciowej i seksualnej. Głodzenie się i nadmiar ćwiczeń zaburzają równowagę hormonalną od której zależy między innymi miesiączkowanie, płodność, nastrój i zdrowie seksualne. W efekcie większość kobiet z anoreksją cierpi na zaburzenia nastroju, zaburzenia seksualne i ma trudności w relacjach partnerskich".

"Darek Mazan, 17 lat:"
"Głodzić się tak, by trafić do szpitala?! Cenić bardziej bycie chudą niż zdrowie?! To szaleństwo".

"Jakub Chrobot, 15 lat:"
"To, czy będziesz miala odrobinę większy brzuch, jest o wiele mniej istotne od tego, czy często będziesz się uśmiechać. W urodzie najważniejszy jest entuzjazm, który widać w oczach - to on nastraja ludzi pozytywnie do takiej dziewczyny. Dobre samopoczucie, a nie narzucanie sobie rzeczy, których nie chcemy - to przynajmniej połowa sukcesu"!

"Franek Łopiński, 17 lat:
Lubię gotować dla dziewczyny i patrzeć, jak je ze smakiem (i sprawia jej to prawdziwą, a nie udawaną radość). Współczuję dziewczynom z anoreksją, tak jak wszyscy moi kumple. Szkoda, że dziewczyny narażają swoje zdrowie przed głodzenie się".

"Marek Czerwiński, 17 lat:
Lubię patrzeć, jak dziewczyna je, bo wiem, że sprawia jek to przyjemność. Poza tym dziewczyny, które lubią jeść, mają dobry humor i mniej się złoszczą".

"Filip Sznajder, 17 lat:
Jeśli dziewczyna nie jest wychudzona, to wiem, że umie cieszyć się życiem".

13 - Minirozmówki z nastolatką, czyli rozdział dla rodziców

"Są takie słowa, które usłyszałaś od mamy albo od taty na temat swojego wyglądu, a które wciąż sprawiają ci ból"?

"Rodzice zwykle bagatelizują jej problemy, bo przykładają do nich własną miarę. Inni czują się zakłopotani lub, co gorsza, dokładają cegiełkę do zmartwień dziecka: w dobrej wierze krytykują i wytykają niedoskonałości, by zmobilizować córkę do wprowadzenia zmian. Ale tylko pogłębiają problem i uczą dziewczyny niewiary w siebie oraz wzbudzają lub pogłębiają jej niechęć do własnego ciała".

Janusz Leon Wiśniewski, Mariusz Makowski, Renata Palka-Smagorzewska, "Martyna"

Rozpoczęcie: 05.11.2014r.
Zakończenie: 05.11.2014r.

"Poza tym mężczyzna powinien mieć pewien minimalny poziom czułości. Tyle, żeby chciało się z nim popłakać w ciemnym kinie. Albo chociaż chcieć nazwać wszystkie kolory mijanych na spacerze kwiatów lub kupować czekoladowe bzdety na Wielkanoc. Albo słuchać Mozarta".

"Ktoś z jej grupy powiedział kiedyś, że Jovi tak naprawdę olewa, gdzie mieszka, ważne, aby była tam biblioteka".

"Anioły po prostu są, nie muszą nic mówić, nie udają, że cię znają. Nie muszą. Są, gdy ich potrzebujesz, nie wyjeżdżają do żony i dziecka. Anioły są tylko dla ciebie. Tak jak Andrzej".

 "Nawet nie zauważyła, że się wycofywał. W milczeniu powoli gasła jego obecność. Jak świeca, która się wypala. Ponieważ palił się w jej życiu ogromny reflektor z Gdańska, nawet nie zauważyła tej świecy".

"Za każdym razem, gdy go spotykałam kojarzył mi się z klownem na pogrzebie. Doprowadzał mnie do szału tą swoją radością życia. Był jak denerwujący dysonans. Jak anorektyczka, która przyjechała na wczasy dla <<puszystych>>. Budziłam się w smutku i chciałam być smutna pomiędzy. Miałam taką fazę. A on był apoteozą radości. Jak różowy goździk przypoęty do garnituru nieboszczyka".

 "Przez cały tydzień pisaliśmy ten referat. To znaczy on pisał, a ja tylko przytakiwałam, bo mi przez mój smutek i tak wszystko było obojętne".

"Bywał u niej w barze. Zawsze zamawiał najbardziej kolorowe koktajle".

"Gdyby założyć, że ludzie używają w potocznym języku 10 tysięcy rzeczowników i 4 tysięcy czasowników (oglądając ostatnio telewizję, przekonuję się, że jest to zbyt optymistyczne założenie), to posługując się gramatyką, można połączyć te rzeczowniki i czasowniki w ponad 6,4 biliona zdań składających się z pięciu słów".

"Bez słów nie powstałyby te idee, które spowodowały, że między wynalezieniem włóczni a umieszczeniem stacji orbitalnej w kosmosie minęło zaledwie 12 tysięcy lat. Ale nie mowa jako nosiciej bynajmniej zachwyca ludzi. Zachwycające w słowach jest to, co można dzięki nim przeżyć i jakich wrażeń dostarczyć innym.
 Po wynalazku Gutenberga z Moguncji ponad 600 tysięcy lat temu słowa znalazły swoje miejsce w książkach i gazetach, i zachwyt nimi, słowami, się pomnożył. Ludzie zaczęli pisać. Używając kilkudziesięciu znaków, można napisać nieskończenie wiele słów. Składać z nich wypowiedzenia z pracy, wyroki śmierci i akty zgonu, ale można także napisać coś tak genialnego i zmieniającego świat jak <<Blaszany bębenek>>.
 Fascynacja słowem w książkach to nie fascynacja samą informacją. Gdyby zastosować matematczny model Shannona do beletrystyki, to okazałoby się, że większość przekazu w książkach jest szumem, a nie informacją w termodynamicznym sensie teorii informacji. Ale ludzie chcą być zatopieni w tym szumie, znajdują w nim bowiem inspirację swoich fantazji i chemię własnych emocji"

 "Wieczorem 20 października 1969 roku grupa imformatyków w centrum komputerowym Uniwerstytetu Kaliforniskiego w Los Angeles (UCLA) miała po raz pierwszy w historii ludzkości doprowadzić do tego, aby dwa komputery zaczęły <<rozmawiać>> ze sobą. Tym drugim komputerem był był komputer w Stanford Research Institute (Stanford) w północnej Kaliforni. UCLA miało wysłać słowo <<log>> (które tak naprawdę jest kodem i nic nie znaczy), a Stanford miał potwierdzić odbiór każdej litery jej powtórzeniem.
 UCLA wysłało <<L>>. Stanford potwierdził: <<LL>>. UCLA wysłało <<O>>. W tym momencie zostało przerwane połączenie. Cały system przestał działać. Na ekranie w Los Angeles zostało <LLO>>. I to jest tak niezwykle symboliczne. Amerykanie wymawiają <<hello>> bardzo często z głuchym <<h>>, jako <<(he)llo>>. <<Witam cię>> było pierwszą wiadomością przesłaną przez Internet, i to wbrew woli nadawcy. Na początku było Słowo..."

"Pamiętam teraz słowa babci, która mówiła, że miłość wtedy, kiedy chcesz z kimś przeżywać wszystkie cztery pory roku. Kiedy chcesz z kimś uciekać przed wiosenną burzą pod osypane kwieciem bzy, a latem zbierać z tym kimś jagody i pływać w rzece. Jesienią robić razem powidła i uszczelniać okna przed wiatrem. Zimą - pomagać przetrwać katar i długie wieczory, a jak już będzie zimno, rozpalać razem w piecu".

"Ma takie pudełko, w którym są te najstarsze, z czasów, kiedy wierzyła, że Mikołaj z krasnoludkami robi bombki, kiedy nie roznosi prezentów. Już dawno nie było na nich brokatu, miały potłuczone wypustki. Grzybek, srebrna szyszka, szklane oko... Bombki, ukochane jak wspomnienia. Nie zawsze takie cudowne, takie błyszczące jak wspomnienia. Dlatego takie bliskie"?

 "Jak musieli się czuć, kiedy się żegnali, podając sobie dłonie, a chcieli się tak mocno przytulić, jakby można było w jednym krótkim przytuleniu dotknąć serca sercem".

 "Położyła słuchawkę. Cicho, bez najmniejszego odgłosu. Tony przyglądał jej się z przekrzywionym na bok łbem. Osunęła się po ścianie. Z ręki wypadła jej stara bombka w kształcie włoskiego orzecha. Zbiła się. Z takim dziwnym odgłosem. Jakby wcale nie była ze szkła".

 "Pocałował mnie. W tak naturalny i oczywisty sposób, jakby robił to zawsze. Zupełnie bez żadnego wyraźnego powodu".

16 lis 2014

Lois Lowry, "Dawca"


Rozpoczęcie: 31.10.2014r.
Zakończenie: 02.11.2014r.

 "Jonasz uśmiechnął się na wspomnienie pewnego poranka, kiedy zdyszany Aszer wpadł do klasy - jak zwykle spóźniony - w połowie porannego hymnu. Po odśpiewaniu patriotycznej pieśni, kiedy cała klasa wróciła na swoje miejsca, Aszer nie usiadł, gdyż miał wygłosić na stojąco wymagane w takiej sytuacji publiczne przeprosiny.
 - Przepraszam za kłopot sprawiony społeczności uczniowskiej - Aszer pośpiesznie wyrecytował standardową formułkę przeprosin, ciągle jeszcze próbując złapać oddech. Nauczyciel i cała klasa cierpliwie czekali na wyjaśnienie. Wszyscy uczniowie uśmiechali się szeroko, bo niejeden już raz nasłuchali się wyjaśnień Aszera. - Wyszedłem z domu o dobrej godzinie, ale kiedy przejeżdżałem koło wylęgarni, pracownicy akurat sortowali łososie i chyba się zapamiętałem, kiedy tak patrzyłem. Przepraszam całą klasę - zakończył Aszer, wygładził pogniecioną tunikę i usiadł.
 - Przyjmujemy przeprosiny, Aszer - klasa wygłosiła chórem formułkę. Wielu uczniów zagryzało wargi, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
 - Przyjmuję przeprosiny, Aszer - powiedział nauczyciel. Uśmiechał się. - I dziękiję ci, bo po raz kolejny dostarczyłeś nam okazji do lekcji języka. <<Zapamiętać się>> to zbyt mocne słowo jak na oglądanie łososi. - Odwrócił się i napisał na tablicy: <<Zapomnieć się>>. Obok napisał: <<Zapamiętać się>>.

 "Był to jeden z rytuałów, wieczorne opowiadanie o własnych uczuciach".

 "- To chłopiec - powiedział ojciec. - Słodki, cudowny chłopaczek. Ale nie rośnie tak szybko, jak powinien, a do tego źle sypia. Umieściliśmy go na oddziale specjalnej opieki, tam zajmują się nim dodatkowo, ale komisja zaczyna przebąkiwać o zwolnieniu go".

 "Potem o swoich uczuciach opowiedziała matka, która piastowała odpowiedzialne stanowisko w Departamencie Sprawiedliwości. Dzisiaj postawiono przed nią recydywistę - kogoś, komu już wcześniej zdarzyło się złamać przepisy. Za pierwszym razem liczyła, że został dostatecznie i sprawiedliwe ukarany, dlatego przywrócono mu jego miejsce w społeczności: jego pracę, dom, jego komórkę rodzinną. Widząc, jak stawiają go przed nią po raz drugi, doświadczyła przygniatającego poczucia frustracji i gniewu. A nawet winy, bo nie zdołała poprawić jego życia.
 - W dodatku obawiam się o niego - wyznała. - Jak wiecie, to jego ostatnia szansa. Przepis mówi, że po trzecim wykroczeniu będzie musiał zostać bezwarunkowo zwolniony.
 Jonasza przeszedł dreszcz. Wiedział, że takie rzeczy się zdarzały. Nawet w jego grupie jedenastolatków był chłopiec, którego ojciec został zwolniony przed laty. Nikt o tym nigdy nie wpominał - był to tak niewypowiedziana hańba, że wprost nie mieściła się w głowie".

 "Jonasz kiwnął potakująco. Pamiętał wszystkie grudnie, bodaj od czasu, kiedy przeszedł do czterolatków. Ze wcześniejszych nia miał żadnych wspomnień. Ale obserwował je co roku i przypomniał sobie także wszystkie grudnie Lilii. Pamiętał, jak ich rodzina otrzymała Lilię - było to w dniu, w którym otrzymała imię i przeszła do roczniaków".

 "- Tamtego dnia, kiedy dostaliśmy Lilię, oczywiście wiedziałam, że dostaniemy naszą dziewczynkę, bo złożyliśmy wniosek i został przyjęty. Ale za to przez cały czas zastanawiałam się, jak jek będzie na imię".

 "Jonasz zaśmiał się. Był to jeden z niewielu przepisów nie branych zbyt poważnie i prawie zawsze łamanych. Wszystkie dzieci dostawały rowery po przejściu do dziewięciolatków, wcześniej nie wolno im było jeździć. Ale w większości przypadków już starsze rodzeństwo już za wczasu uczyło młodsze. Jonasz już teraz myślał o uczeniu Lilii".

 "- To już ostatnia z ceremonii. Po skończeniu dwunastu lat wiek nie jest już taki ważny. Z czasem większość z nas zupełnie traci rachubę lat, chociaż wszystko jest zapisane w archiwum akt jawnych i gdyby ktoś chciał, można to sprawdzić. Liczy się przygotowanie do dorosłego życia i szkolenie, które odbierzesz na potrzeby swojego przydziału".

 "W drzwiach stanęła ubrana do snu Lilia i niecierpliwie westchnęła. - To była n a p r a w d ę długa rozmowa na osobności- stwierdziła. - A tu jest jeszcze pewna osoba, która czeka na swoją przytulankę.
  - Lilio - tłumaczyła jej matka z czułością. - Już całkiem niedługo przejdziesz do ośmiolatków, a kiedy będziesz ośmiolatką, twoja przytulanka zostania zabrana i oddana młodszemu dziecku. Powinnaś już zacząc przyzwyczajać się do zasypiania bez niej.
  Ale ojciec zdążył tymczasem podejść do półki i zdjąć z niej pluszowego słonia. Przytulanki były miękkimi, pluszowymi, wymyślonymi stworzeniami. Przytulankę Jonasza nazywali misiem.
 - Proszę Lileńko-mileńko - powiedział ojciec. - Chodź, pomogę ci rozwiązać wstążki.
 Jonasz i matka westchnęli znacząco, a mimo to patrzyli z sympatią, jak Lilii z ojcem wyruszyli w stronę sypialni, razem z pluszowym słoniem, którego mała jako przytulankę dostała zaraz po urodzeniu".

 "Prawie wszyscy obywatele w społeczności mieli ciemne oczy. Jego rodzice, Lilia, wszyscy jego przyjaciele i znajomi z grupy. Choć było kilka wyjątków: Jonasz, a także pewna pięciolatka, u której zauważył kiedyś te rzadko spotykane, jasne oczy. Nikt nigdy nie wspomniał o podobnych rzeczach - nie był to przepis, jednak zwracanie uwagi na niepokojące lub całkowie odmienne cechy u innych osób uznawano na niegrzeczne. Lilia, uznał Jonas, będzie się musiała tego szybko nauczyć, jeśli nie chce zostać wezwana i skarcona za swoją niedelikatność".

"W osiedlu rzadko zdarzały się lustra - nie były one zabronione, ale właściwie nie były potrzebne".

 "- Nowe dzieci są takie śliczne - westchnęła Lilia. - Mam nadzieję, że zostanę przydzielona do rodzicielek.
 - Lilio! - rzuciła matka ostrym tonem. - Nie mów tak. To bardzo mało zaszczytny przydział.
 - Ale ja rozmawiałam z Nataszą, tą dziesięciolatką, która mieszka za rogiem. Natasza spędza część zajęć nadobiowiązkowych w ośrodku położniczym i mówiła mi, że rodzicielki dostają pyszne jedzenie, mają bardzo lekkie ćwiczenia, prawie cały czas grają tylko w różne gry i dobrze się bawią, czekając. Ja chyba też bym tak chciała - marudziła Lilia.
 - Trzy lata - odpowiedziała z naciskiem matka. - Trzy porody i koniec. Potem do końca życia zostają robotnicami, dopóki nie trafią do domu starców. Czy tego chcesz, Lilio? Trzech lat lenistwa, a potem ciężkiej fizycznej pracy, aż do osiagnięcia starości"?

"Przypomniał sobie z poczuciem upokorzenia, że obwieszczenie: UWAGA. PRZYPOMINA SIĘ JEDENASTOLATKĄ, ŻE ZABRANIA SIĘ WYNOSZEIA PRZEDMIOTÓW ZE STREFY REKREACYJNEJ ORAZ ŻE POSIŁKI NALEZY ZJADAĆ, A NIE GROMADZIĆ było skierowane bezpośrednio do niego, kiedy w zeszłym miesiącu zabrał do domu jabłko. Nikt o tym nie wspomniał, nawet rodzice, ponieważ publiczne obwieszczenie wystarczało, żeby wywołać stosowną skruchę. Oczywiście pozbył się jabłka, a nazajutrz przed szkołą przeprosił kierownika do spraw rekreacji".

 "Ale nagle Jonasz, śledząc wzrokiem lot jabłka w powietrzu, zauważył - i tego właśnie nie potrafił zrozumieć - że jabłko z m i e n i ł o s i ę. Tylko na chwilkę. Pamiętal, że zmieniło się w locie. Potem miał je w ręku i obejrzał je dokładnie, ale znowu było to już to samo jabłko. Niemienione. Tan samsam kształt i rozmiar - doskonała kula. Ten sam nijaki odcień, przypominający odcień jego własnej tuniki.
 W jabłku tym nie było absolutnie nic nadzwyczajnego. Przerzucił je kilka razy z ręki do ręki, a potem znowu rzucił je Aszerowi. I znowu - w locie, na krótką chwilę - jabłko zmieniło się. Zdarzyło się to cztery razy. Jonasz zamrugał oczami, rozejrzał się dookoła, a potem sprawdził, czy dobrze widzi, zezując na niewielki identyfikator przypięty do własnej tuniki. Potrafił wyraźnie odczytać własne imię".

 "Osiągnięcia Beniamina robiły wrażenie na Jonaszu. Jonasz oczywiście znał Beniamina, byli w końcu od zawsze w tej samej grupie, jednak nigdy nie rozmawiali o jego umiejętnościach, bo taka rozmowa byłaby niezręczna dla Beniamina. Nie dało się swobodnie wspominać ani opowiadać opowiadać o swoich sukcesach w taki sposób, żeby nie naruszyć - choćby mimowolnie - przepisu wzbraniającego przechwalania się. Był to jeden z pomniejszych przepisów, coś w rodzaju nieuprzejmości, którego naruszenie karano jedynie lagodnym skarceniem - ale i tak lepiwj unikać sytuacji regulowanych przepisem, który tak latwo mógł zostać zlamany".

 "- Cześć, Jonasz - rzuciła portierka.
 Podala mu arkusz meldunkowy i przypięła pieczątkę obok jego podpisu. Wszystkie godziny zajęc nadobowiązkowych Jonasza były starannie opracowywane i przeliczne w archiwum akt jawnych. Dzieci szeptem opowiadały historię o tym, jak dawno temu pewien jedenastolatek przybył na ceremonię dwunastolatków, aż tu rozległo się publiczne obwieszczenie, że nie wypełnił wymaganej liczby godzin obowiązkowych i dlatego nie otrzyma swojego przydziału. Dano mu dodatkowy miesiąc na nadrobienie brakujących godzin, po czym otrzymał przydział prywatnie, bez oklasków i świętowania - był to wstyd, który rzucił się cieniem na całą jego przyszłość".

 "Jonasz kiwnął głową, podziękował i ruszył długim korytarzem. Po drodze zaglądał do pokojów o obu stronach. Starcy siedzieli sobie spokojnie, niektórzy szli w odwiedziny i rozmawiali, inni uprawiali różne rzemiosła i wykonywali proste prace ręczne. Kilkoro spało. Każdy pokój był wygodnie umeblowany, na podłogach leżała gruba wykładzina. Było to miejsce pełne spokoju, gdzie nie odczuwało się pośpiechu, w przeciwieństwie do ruchliwych ośrodków produkcji i dystrybucji, w których toczyło się codzienne życie osiedla".

 "- Cześć, Jonaszu! - rzucił młody człowiek w uniformie, uśmiechając się przyjaźnie. Trzymał pod ramię zgarbioną kobietę, krok za krokiem przesuwającą stopy w miękkich kapciach. Odwróciła twarz w kierunku Jonasza i uśmiechnęła się, ale jej oczy, okryte mgłą, miały pusty wyraz. Jonasz uświadomił sobie, że kobieta jest niewidoma".

 "Nacisnął guzik najbliższej pustej wanny i spojrzał na ciepłą wodę, napływającą licznymi otworkami umieszczonymi w ściankach wanny. Napełnianie potrwa kilka chwil, po czym woda automatycznie przestanie płynąć".

"Zarówno dzieciom, jak i dorosłym przepisy zabraniały oglądać cudzą nagość, ale nie odnosiło się to do nowych dzieci ani starców. Jonasz był z tego zadowolony. Obowiązek zakrywania własnego ciała przy przebieraniu się do gier był prawdziwym utrapieniem, a wymagane przeprosiny, kiedy przypadkiem zauważyło się czyjeś ciało, zawsze brzmiały niezręcznie".

 "Przed zwolnieniem opowiedzieli całe jego życie - stwierdziła. - Zawsze tak robią".

 "- Cóż, starali się opowiedzieć jej życie tak, żeby czuło się w nim jakiś sens. Oczywiście - dodała nieco na siłę - k a ż d e życie ma sens, nie chcę powiedzieć, że jest inaczej. No, ale E d n a... Jak słowo daję! Była rodzicielką, potem latami pracowała przy dystrybucji żywności, aż przyszła tutaj. Nigdy nawet nie miała komórki rodzinnej".

"- Powiedz, jak przebiegło świętowanie?
 - Zawsze na począku opowiada się życie zwalnianego. Potrm następuje toast, wszyscy podnieśliśmy kieliszki i wiwatowaliśmy. Śpiewaliśmy hymn. Roberto wygłosił wspaniałe przemówienie pożegnalne. Kilkoro z nas też powiedziało parę słów, życząc mu wszystkiego dobrego. Ale ja nic nie mówiłam. Nigdy nie przepadałam za przemawianiem. Roberto był bardzo podniecony. Szkoda, że nie widziałeś jego miny, kiedy go puścili.
 Jonasz zamyślił się, jego ręka wolniej masowała plecy kobiety.
 - Laryso - zaczął. - co się dzieje, kiedy ktoś jest zwolniony? Dokąd właściwie poszedł Roberto?
 Kobieta lekko wzruszyła nagimi, mokrymi ramionami.
 - Nie wiem. Chyba nikt nie wie, tylko sama komisja. Po prostu ukłonił się nam, a potem wyszedł, jak wszyscy, specjalnymi drzwiami w pokoju zwolnień. Ale trzeba ci było zobaczyć jego twarz. Czyste szczęście, nie da się tego inaczej nazwać".

"Przy porannym rytuale opowiadania snów Jonasz zwykle nie miał wiele do powiedzenia. Rzadko miewał sny. Czasami budził się z odczuciem, że pamięta ulotne okruchy snu, ale jakos nie potrafił ich uchwycić i złożyć w całość, którą warto byłoby opowiedzieć przy porannym rytuale".

"Pobudzenie. Słyszał to słowo już wcześniej. Pamiętał, że jest jakaś wzmianka o pobudzeniu w Kodeksie Przepisów, chociaż nie pamiętał, o co w niej chodziło. Co jakis czas wspominał też o nim spiker. UWAGA. PRZYPOMINA SIĘ, ŻE PRZYPADKI POBUDZENIA NALEŻY ZGLASZAĆ W CELU ODBYCIA LECZENIA".

 "Przyjaciołom nie zadawało się pytań na podobne tematy, bo mogły one trafić do krępującej kategorii <<bycia innym>>. Aszer co rano brał pigułkę, Jonasz nie - i tyle. Zawsze zręczniej rozmawiać o rzeczach, które ich łączą".

 "- Nie lubię wstążek. Dobrze, że został mi już tylko rok noszenia wstążek - zrzędziła Lilia. - Za rok dostanę też rower - dodała, rozchmurzając się nieco.
 - Co roku czeka coś dobrego - przypomniał jej Jonasz. - W tym roku zaczniesz swoje godziny nadobowiązkowe. A pamiętasz, jak cieszyłaś się rok temu, kiedy przeszłaś do siedmiolatków i dostałaś kurtkę z zapięciem z przodu?
 Dziewczynka kiwnęła głową i spojrzała po sobie na kurtkę z rzędem dużych guzików, które oznaczały, że należy do siedmiolatków. Cztero-, pięcio- i sześciolatkowie nosili kurtki zapinane z tyłu, żeby musieli pomagać sobie nawzajem przy ubieraniu, w ten sposób ucząc się wzajemnej zalezności.
 Kurtka zapinana z przodu stanowiła pierwszy znak niezależności, pierwszy widoczny znak dorastania. Dla dziewięciolatków rower stanie się potężnym symbolem stopniowego wychodzenia w stronę społeczności i opuszczania komórki rodzinnej".

 "Nie był to Gabriel. Gabi wrócił dzisiaj do centrum opieki, gdzie zajmowała się nim nocna zmiana piastunów. Otrzymał od komisji specjalne, rzadko udzielane odroczenie, dzięki któremu czekał go dodatkowy rok opieki przed własną ceremionią imion i umieszczeniem w rodzinie. Ojciec wstawił się przed komisją za Gabrielem, który jeszcze nie nabrał odpowiedniej wagi dla swojego wieku ani nie spał dostatecznie spokojnie by można go było umieścić w komórce rodzinnej. Normalną koleją rzeczy takie dziecko określano jako <<nieodpowiednie>> i zwalniano ze społeczności.
 Jednak na skutek interwencji ojca Gabriela zakwalifikowano jako dziecko <<niepewne>> i dano mu dodatkowy rok. Miał nadal otrzymywać opiekę w ośrodku, a noce spędzać razem z komórką rodzinną Jonasza. Każdy z członków rodziny, łącznie z Lilią, musiał zaręczyć na piśmie, że nie przywiąże się do małego, tymczasowego gościa, i że zostanie on wypuszczony bez protestu czy odwołania, gdy w trakcie przyszłorocznej ceremonii zostanie przydzielony do własnej komórki rodzinnej.
 Przynajmniej, pomyślał Jonasz, kiedy Gabriel zostanie za rok przydzielony, i tak będą go często widywać, bo pozostanie częścią społeczności. Gdyby został zwolniony, więcej już by go nie zobaczyli. Nigdy. Osoby zwalniane - również nowe dzieci -wysyłano Poza Granicę, skąd nie wracały do spoleczności".

 "Głośny aplauz zabranych,który towarzyszył każdemu nadania imienia, nagle wzmógł się i spotężnial jeszcze bardziej, kiedy jedna para rodziców, promieniejąca dumą wzięła chłopca i usłyszala jego nowe imię - Kaleb.
 Nowy Kaleb był dzieckiem zastępczym. Para ta straciła kiedyś swojego pierwszego Kaleba, wesolego czterolatka. Utrata dziecka była bardzo, bardzo rzadka. Osiedle był nadzwyczaj bezpiecznym miejscem, a każdy z obywateli uważałuważał na dzieci i chronił je. Mimo to mały Kaleb w jakiś sposób zdolał wymknąć się niezauważony i wpadł do rzeki. Cała społeczność odbyła wtedy wspólnie <<ceremionię utraty>>, przez cały dzień wymawiając imię dziecka - coraz rzadziej i ciszej w miarę, jak upływał ten długi, posępny dzień, tak jakby czterolatek stopniowo znikał z ich świadomości.
  Teraz, w trakcie specjalnego rytuału nadania imienia, społeczność odprawiła krótką <<ceremonię zastąpienia>> powtarzając imię dzidcka po raz pierwszy od jego utraty - z początku cicho i powoli, potem szybciej i głośniej, gdy tymczasem rodzice stali na scenie z nowym dzieckiem śpiącym w ramionach matki. Stwarzało to wrażenie, jakby wracał ich pierwszy Kaleb.
 Inne nowe dziecko otrzymało imię Robeto. Jonasz przypomniał sobie, że starzec Roberto został zwolniony zaledwie przed tygodniem. Jednak dla małego Roberta nie odbyła się ceremonia zastąpienia. Zwolnienie nie było tym samym, co utrata.
 Jonasz przesiedział grzecznie ceremonie dwu-, trzy- i czterolatków, choć jak co roku zdejmowała go przy tym coraz większa nuda. Potem przerwa na posiłek - podany na zewnątrz - i z powrotem na swoje miejsce, na ceremionie pięcio-, sześcio-, siedmio-, aż wreszcie, na sam koniec dnia, ośmiolatków.
 Jonasz patrzył i wiwatował, kiedy Lilia z dumą maszerowała na scenę, gdzie stała się ośmiolatką i otrzymała na ten rok charakterystyczną kurtkę, tym razem z mniejszymi guzikami oraz - po raz pierwszy w życiu - z kieszeniami, co znaczyło, że jest już dostatecznie dojrzała, aby pilnować własnych drobiazgów".

"Fritz był wielkim niezgrabiaszem, bez przerwy wzywano go do skarcenia. Jego wykroczenia były zawsze drobne: buty założone na niewłaściwą nogę, zagubiona praca domowa, niedouczenie na klasówce. Jednak każdy taki błąd źle świadczył o wychowaniu, które Fritz odbieral od rodziców, a także naruszał poczucie ładu i sukcesu całej społeczności. Rodizna Jonasza nie była zachwycona myślą o rowerze Fritza, bowiem mieli świadomość, że aż za często będzie on rzucany na chodnik przed domem, a nie ustawiany równo w stojaku".

 "Potem dziesięciolatkowie. Jomasz nigdy nie uważał ceremonii dziesięciolatków za szczególnie interesującą - była bardzo czasochłonna, bo włosy każdego dziecka przycinano w charakterystyczną fryzurę: dziewczyny w dziesięciolatkach traciły warkocze, a i chłopcom obcinano długie, dziecięce włosy i robiono im bardziej męską, krótką fryzurę odsłaniającą uszy".

"Ceremonia jedenstolatków byla jedynie miarą czasu, bez jakichś znaczących zmian. Pojawiały się nowe ubrania: inna bielizna dla dziewcząc, których ciała zaczynały się już zmieniać, oraz dłuższe spodnie dla chłopców, wyposażone w kieszeń o specjalnym ksztalcie, przeznaczoną na kalkurator, z którego mieli tego roku korzystać w szkole. Jednak wszystkie te rzeczy dostawało się po prostu w paczkach, bez żadnych przemówień".

 "- Słyszalem o taki jednym, który byl absolutnie przekonany, że dostanie przydział na inżyniera - mówil pod nosem Aszer - a dostal na robotnika kanalizacyjnego. Nazajutrz wyszedł, skoczył do rzeki, przepłynął przez nią i dołączył do pierwszego napotkanego osiedla. Nikt go więcej nie oglądał na oczy".

 "Nawet doborowi małżonków towarzyszył namysł tak solenny, że nie raz dorośli, którzy skladali odpowiednie podanie, musieli czekać całe miesiące, a nawet lata, aż zaaprobowano i ogłoszono nowy związek. Wszelkie czynniki - usposobienie, energiczność, inteligencja, zaintersowania - wszystko musiało doskonale pasować. Na przykład matka Jonasza miała wyższą inteligencję od ojca, za to ojciec miał spokojniejsze usposobienie. Równoważyli się nawzajem. Ich związek - jak wszystkie inne związki monitowany przez trzy lata prze komisję strarszych, zanim pozwolono złożyć im wniosek o dzieci - był bardzo udany".

"<<Sprawdziłeś to w przepisach, Jonasz?>> - pytał zawsze Perre ze zmartwioną miną. <<Nie dałbym głowy, czy to jest dozwolone>>. Zwykle chodziło o jakąś błahostkę na którą nikt nie zwracał uwagi - rozpięcie tuniko w przyjemny, wietrzy dzień, albo przejechanie się na rowerze kolegi tylko po to, by posmakować różnicy".

 "Kary dla dzieci by oparte na uregulowanym systemie karcenia dyscypliną - cienkim, elastycznym batem służącym do zadawania bardzo dotkliwych smagnięć. Wyspecjalizowani wychowawcy odbywali bardzo staranne szkolenie na temat metod karcenia - szybkie smagnięcie po dłoniach za różne drobne uchybienia, trzy mocniejsze, po nogach, za powtórne przewinienie".

 "Wstrząsnęło nim zwolnienie z obowiązkowej grzeczności. Jednak, czytając je ponownie, uświadomił sobie, że nie nakazywano być mu nieuprzejmym - jedynie dopuszczano taką możliwość. Był najzupełniej przekonany, że nigdy z niej nie skorzysta. Byl tak bardzo, tak bezgranicznie przyzwyczajony do grzeczności obowiązując w społeczności, że sama myśl o zadaniu innemu obywatelowi intymnego pytania - zwróceniu uwagi na jakąś niezręczną kwestię - odbierała mu całą odwagę".

 "Poczuł się nieswojo na myśl o ograniczeniach dotyczących lekarstw. Obywatele zawsze mieli dostęp do lekarstw, nawet dzieci, które dostawały leki od rodziców. Kiedy przyciął sobie palec drzwiami, natychmiast, sycząc z bólu do głośnika, powiadomił matkę, a ta pośpiesznie zamówiła środek przeciwbólowy, który zaraz dostarczono do ich domostwa. Niemal w jednej chwili z przejmującego bólu zostało tylko uczucie pulsowania - teraz nie przypominał sobie nawet samego bólu, tylko to pulsowanie w dłoni".

"Cale osiedle miało standardowe umeblowanie: praktyczne, solidne, każdy mebel spełniał własną, jasno określoną funkcję. Łóżko do spania. Stół do jedzenia. Biurko do nauki".

 "Jednak najbardziej rzucającą się w oczy różnicą były książki. W domu Jonasza, tak jak w każdym innym domostwie, znajdowały się niezbędne pozycje - słownik oraz opasły tom na temat osiedla, zawierający opisy wszelkich biur, fabryk, budowli czy komisji. A także, naturalnie, Kodeks Przepisów.
 Jonasz nigdy nie widział innych książek. Nie sądził nawet, że istnieją.
 Tymczasem ściany tego pokoju były po sam sufit zastawione regałami pełnymi książek. Musiało tu być setki, może nawet tysiące książek, z tytułami wytłoczonymi lśniącymi literami na grzbietach.
 Jonasz zagapił się na książki. Nie umiał sobie wyobrazić, co mogą zawierać te tysiące stron druku. Czy mogą istnieć przepisy inne niż przepisy ich własnej społeczności? Czy może istnieć więcej opisów biur, fabryk i komisji"?

 "- Oczywiście, że nie zrozumiałeś. Nie wiesz przecież, co to takiego śnieg, prawda?
 Jonasz potrząsnął głową.
 - Albo sanki? Płozy?
 - Nie - odpowiedział Jonasz.
 - Stok? Czy ten termin coś dla ciebie oznacza?
 - Nic".

 "- Ale co się z tym wszystki stało? Ze śniegiem i całą resztą?
 - Kontrola klimatu. Śnieg utrudniał uprawę żywności, skracał okres wegetacyjny roślin, a nieprzewidywalna pogdloda czasem utrudniała transport. Śnieg był niepraktyczny i dlatego zniknął, kiedy przeszliśmy na jednakowość. Tak samo jak wzgórza i stoki - dodał. - Sprawiały kłopoty w przewożeniu towarów. Ciężarówki, autobusy zwalniały pod górę. Więc... - poruszył dłonią, jakby ktoś gestem nakazywał wzgórzom zniknąć. - Jednakowość - zakończył.

 "Szkola wydawała się dziś nieco inna. Lekcje były te same: język i porozumiewanie się, handel i przemysł, nauka i technologia, procedury cywilne i administracja".

"Kiedyś, w czasach, z których pochodzą te wspomnienia, każda rzecz miała swój kształt i rozmiar, tak samo, jak teraz. Ale do tego rzeczy miały jednak jeszcze inną cechę, zwaną k o l o r e m. Istniało wiele kolorów, a jeden z nich nazywano czerwonym. Ten właśnie kolor zaczynasz dostrzegać".

 "- Teraz, kiedy już potrafię dostrzegać kolory, przynajmniej czasami, tak sobie myślę: co by było, gdyby pokazać mu dwie zabawki, jedną jaskrawożółtą, drugą jaskrawoczerwoną, i gdyby tak mógł by wybierać?
 - Mógłby dokonać niewłaściwych wyborów.
 - Hmm... - Jonasz przez chwilę nie odzywał się wcale. - Hmm, rozumiem, o co chodzi. To nie ma wielkiego znaczenia, jeśli chodzi o zabawkę. Ale później miałoby ogromne znaczenie, prawda? Nie mamy odwagi, żeby pozwolić ludziom dokonywać własnych wyborów.
 - Byłoby to niebezpieczne? - podsunął Dawca.
 - Z całą pewnością nie byłoby to bezpieczne - powiedział Jonasz z przekonaniem. - A gdyby tak pozwolić im wybierać sobie małżonka i dokonaliby złego wyboru? Albo co by było - ciągnął, choć chciało mu się śmiać z tak absurdalnego pomysłu. - gdyby sami wybierali swoją p r a c ę?
 - Przerażające, prawda? - spytał Dawca.
 Jonasz zaśmiał się.
 - Naprawdę przerażające. Nie potrafię sobie tego nawet wyobrazić. Rzeczywiście, ludzi trzeba chronić przed niewłaściwymi wyborami".

 "Zauważył, że teraz często bywał zły - czuł irracjonalną złość na znajomych z grupy, że zadowalają się swoim życiem, tak zupełnie pozbawionym tej soczystości, której właśnie zaczęło nabierać jego własne. Czuł też złość na samego siebie, że nic nie może zrobić".

"Położył dłonie na ramionach Aszera i skupił się na czerwieni płatków, usiłując utrzymać ją jak najdłużej i równocześnie przekazać przyjacielowi wrażenie koloru.
 - O co chodzi? - zapytał zaniepokojony Aszer. - Coś nie tak? - wyślizgnął się spod dłoni Jonasza. Dotykanie innych obywateli poza członkami własnej komórki społecznej uchodziło za coś niezmiernie nieuprzejmego".

"Pod wpływem dotyku jego dłoni Jonasz znalazł się nagle w całkowie obcym miejscu - gorącym i smaganym wiatrem, nad którym wisiało ogromne, błękitne niebo. Rosły tam kępy rzadkiej trawy i nieco krzaków, nad którymi unosiły się niewysokie skały, wa w pobliżu widać było skrawek gęstszej roślinności: szerokie, niskie drzew odcinające się na tle nieba".

"Zasady codziennego życia w twojej rodzinie będą musiały różnić się od zasad panujących w większości innych komórek rodzinnych, a to dlatego, że książki nie są dozwolone dla obywateli".

"Zaten w twoim życiu pojawi się cały obszar, którym nie będziesz mógł się podzielić z własną rodziną. To trudne, Jonaszu. Dla mnie bylo to bardzo trudne. Bo sam chyba rozumiesz, że tak naprawdę t o jest moje życie? Te wspomnienia są całym moim życiem".

 "- Kiedy nowy Odbiorca zawiódł, wspomnienia, które otrzymał, zostały uwolnione. Nie wróciły do mnie. Trafiły... - Urwał, jakby próbując uchwycić jakąś myśl. - Sam nie wiem. Trafily w miejsce, gdzie wspomnienia istniały, zanim stworzono Odbiorców. Gdzieś tam... - wykonal nieokreślony gest ręką. - A wtedy ludzie zyskali do nich dostęp. Ponoć kiedyś tak właśnie było: każdy miał dostęp do wspomnień. Zapanował wówczas chaos - ciągnął Dawca. - Przez pewien czas ludzie bardzo cierpieli. Wreszcie wspomnienia zostały wchłonięte i wszystko ustało. Ale to im uświadomiło, jak bardzo potrzebują Odbiorcy, który utrzyma w sobie cały ten ból i wiedzę".

"Bez wspomnień wszystko to jest pozbawione znaczenia".

 "Jonasz zastanawiał się, co znajduje się daleko stąd - tam, gdzie nigdy nie był. Przezież ziemia nie kończy się na pobliskich osiedlach. Czy w innych miejscach mają stoki? Czy Poza Granicą istnieją ogromne, smagane wiatrem przestrzenie, jak ta oglądana we wspomnieniu, gdzie zginął słoń"?

 "Wcześnie poszedł do sypialni i zza zamkniętych drzwi usłyszał śmiech rodziców i siostry, którzy razem kąpali Gabriela.
 O n i n i g d y n i e z a z n a l i b ó l u - pomyślał. Ta świadomość sprawiła, że poczuł się rozpaczliwie samotny. Potarł pulsującą bólem nogę. W końcu zasnął. We śnie bez końca przeżywał ramten straszliwy ból i samotność na odludnym stoku".

 "- Zresztą - westchnął. - To jeszcze trochę potrwa, zanim podejmą decyzję. Akurat przygotowujemy się do zwolnienia, i to pewnie już niedługo. Jedna z rodzicielek spodziewa się w przyszłym miesiącu bliźniaków.
 - Ojej - powiedziała matka, kręcąc głową. - Jesli będą jednojajowe, mam nadzieję, że nie ty zostaniesz przydzielony...
 - Niestety. Jestem następny na liście. Będę musiał wybrać, który ma trafić do ośrodka opieki, a który zostanie zwolniony. Chociaż to nie jest takie trudne. Zwykle decyduje masa ciała. Po prostu zwalniamy mniejsze z bliźniąt".

 "- Czy wy mnie kochacie?
 Przez chwilę zapanowało niezręczne milczenie. Wreszcie ojciec zaśmial się lekko. - J o n a s z u, jak słowo daję. Odrobinę precyzji językowej!.
  - Jak to? - zapytał Jonasz. Rozbawienie nie było tym, czego się spodziewał.
 - Ojciec chciał powiedzieć, że użyłeś szalenie ogólnikowego słowa, tak pozbawionego treści, że już niemal całkowicie wyszło z użycia - starannie wyjaśniła matka.
 Jonasz patrzył, nie rozumiejąc. Pozbawione treści? Nigdy dotąd nie doznał wrażenia, w którym czułoby się głębszą treść niż w tamtym wspomnieniu.
 - A nasza spoleczność nie może przecież funkcjonować gładko, jeżeli nie będziemy dbali o precyzję językową. Mozesz zapytać, czy sprawia nam przyjemność przebywanie z tobą - odpowiedź będzie twierdząca.
 - Albo - podsunął ojciec - czy jesteśmy dumni z twoich osiągnięć. Z calego serca odpowiedzielibyśmy, że tak.
 - Czy rozumiesz, dlaczego używanie słowa <<miłość>> jest czymś nieodpowiednim? - upewniła się matka.
 Jonasz kiwnął głowa.
 - Tak, dziękuję, rozumiem - odpowiedział powoli.
 Po raz pierwszy skłamał rodzicom".

 "- Gabi, wszystko może się zmienić - kontynuował Jonasz. - Wszystko może być inne. Nie wiem, jak, ale musi być jakis sposób, żeby wszystko nie było identyczne. Mogłyby na przykład istnieć dwa kolory. I dziadkowie - dodał, patrząc w ciemności na sufit sypialni. - A każdy miałby własne wspomnienia. Ty wiesz, co to takiego - szepnął, odwracając się w stronę kojca".

 "- Gabi?
 Nowe dziecko poruszyło się lekko przez sen. Jonasz spojrzał w jego stronę.
 - Mogłaby istnieć miłość - szepnął.

 Następnego ranka Jonasz po raz pierwszy nie wziął swojej pigułki. Coś, co zakiełkowało w nim dzięki wspomnieniom, kazało mu ją wyrzucić".

 " - Kiedy spiker poinformował mnie, że Rosemary zwróciła się o zwolnienie, włączyli taśmę, żebym mógł widzieć cały proces. Wtedy widziałem moje piękne dziecko po raz ostatni. Przynieśli strzykawkę i kazali jej podwinąć rękaw. Pytałeś, Jonaszu, czy nie zabrakło jej odwagi. Nie znam się na odwadze, nie wiem, co to takiego, co to ma właściwie oznaczać. Ale wiem, że Rosemary siedziała tam odrętwiała z przerażenia i bezradności i słyszałem, jak mówi, że wolalaby sobie zrobić zastrzyk sama. A potem zrobiła to".

 " - Zajmę się tym. Zajmę się tym - przedrzeźniał Jonasz okrutnym, sarkastycznym tonem. - Zrobię wszystko. Będę zabijał ludzi. Jakich mam zabić? Starych? Nowo narodzonych? Zabiję ich z przyjemnością. Dziękuję za instrukcje. W czym mogę pomóc? W czym... - nie mógł przestać.
 Dawca silnie chwycił go za ramiona. Jinasz umilkł i spojrzał na niego.
 - Posłuchaj, Jonaszu. Oni nic nie poradzą. O n i n i c n i e r o z u m i e j ą.
 - Już mi to kiedyś mówiłeś.
 - Powiedzialem tak, bo to prawda. Oni tak żyją. Takie im stworzono życie. Takei samo życie stworzono by tobie, gdybyś nie zostal wybrany na mojego następcę".

 "Ich plan był możliwy do zrealizowania - bardzo trudny, ale chyba możliwy. Jeśli się nie uda, Jonasz zapewne straci życie.
 Ale co z tego? Nawet jeśli zostanie, i tak nie będzie miał po co żyć".

"Kiedy więc uciekniesz, sam rozumiesz, Jonaszu, że już nigdy nie będziesz mógł wrócić..."

"Wówczas, w środku nocy przed samą ceremonią Jonasz potajemnie opuści swoje domostwo. Była to zapewne najbardziej niebezpieczna część planuz ponieważ wychodzenie z domostwa nocą bez wyraźnego powodu było dla obywateli osiedla poważnym nauszeniem przepisów".

Janusz L. Wiśniewski, "Samotność w sieci"

    "Z rampy przy torze czwartym na peronie jedenastym stacji kolejowej Berlin Lichtenberg skacze pod pociąg najwięcej samobójców. Tak mówią oficjalne, skrupulatne jak zawsze niemieckie statystyki dla wszystkich dworców Berlina. To zresztą widać, gdy siedzi się na ławce przy torze czwartym na peronie jedenastym. Szyny są tak znacznie bardziej błyszczące niż na innych peronach. Hamowanie awaryjne, często powtarzane , pozostawia na długo wyszlifowane tory. Poza tym normalnie ciemnoszare i przybrudzone podkłady kolejowe są w kilku miejscach na długości całego peronu jedenastego o wiele jaśniejsze niż w innych - gdzieniegdzie prawie białe. W tych miejscach służby utrzymania dworca używały silnych detergentów, aby zmyć plamy krwi rozrywanych i wleczonych przez lokomotywy i wagony ciała samobójców.
    Lichtenberg jest jedną z najbardziej peryferyjnych stacji w Berlinie i jest przy tym stacją najbardziej zaniedbaną. Odbierając sobie życie na stacji Berlin Lichtenberg, ma się wrażenie, że pozostawia się za sobą szary, brudny, śmierdzący moczem, odrapany z tynku świat pełen śpieszących się smutnych lub nawet zrozpaczonych ludzi. Zostawić taki świat na zawsze jest o wiele łatwiej.
    Wejście po kamiennych schodach na peron jedenasty jest ostatnim wejściem w tunelu między halą kasową i zamykającym go pomieszczeniem transformatorów. Tor czwarty jest najbardziej skrajnym torem na całym dworcu. Gdyby w hali kasowej dworca Berlin Lichtenberg postanowić zabić się, skacząc pod pociąg, to idąc na rampę toru czwartego na peronie jedenastym, żyje się najdłużej. Dlatego samobójcy prawie zawsze wybierają tor czwarty na peronie jedenastym".

    "Dzisiaj przyszedł po raz ostatni na ten dworzec. Potem już nigdy nie będzie samotny. Nigdy. Samotność jest najgorsza. Czekając na ten pociąg, siedział spokojny, pogodzony z sobą. Niemal radosny".

"Wiesz, że gdy przetrwasz pierwsze 3 dni absolutnej głodówki, to wpadasz w stan swoistego transu? Twój organizm nie musi nic trawić. Dopiero wówczas zauważasz, z czego okrada cię proces trawienia. Masz nagle tak dużo energii. Żyjesz jak na rauszu. Jesteś kreatywny, podniecony, masz niesamowicie wzmocnione i wyostrzone wszystkie zmysły. Twoja percepcja jest jak sucha gąbka, gotowa wsysać wszystko, co się tylko znajdzie w jej pobliżu. Pisze się wtedy ponoć piękne wiersze, wymyśla się niesłychane rewolucyjne naukowe teorie, rzeżbi lub maluje prowokacyjnie i awangardowo, a także kupuje z niezwykłym powodzeniem na giełdzie. To ostatnie mogę z pewnością potwierdzić. Poza tym Bach na "głodzie" jest... no, jaki jest... Jest jak, jakby grał go sam Mozart.
    Taki stan osiąga się jednak dopiero wtedy, gdy przebrnie się w "cierpieniu" przez pierwsze 2 lub 3 dni. Te 2 lub 3 dni to nieustanna walka z głodem. Ja budzę się nawet z głodu w nocy. Ale przebrnęłam przez to wszystko i zaczynała czuć dzisiaj rano rausz "nietrawienia". I na tym rauszu natrafiłam na Twoją stronę imternetową. Nie mogło być lepszego momentu".

"Nigdy nie mówił o smutku, a wiedziałam, że przeżył smutek ostateczny".

    "Nauczył mnie, na przykład, że należy ulegać swoim pragnieniom wtedy, kiedy nadchodzą, i nic nie odkładać na później".

"Kobiety żyją wspomnieniami. Mężczyźni tym, co zapomnieli".

    "Po 2 latach pobytu w Londynie zauważyłam, że nie mam w ogóle przyjaciółek i że większość moich przyjaciół to homoseksualiści. Oprócz tego, że pożądają pokrętnie, mogą być mężczyznami na całe życie. Miałam szczęście spotykać najlepszych. Wrażliwi, delikatni, wsluchujący się w to, co masz do powiedzenia. Nic nie muszą udawać. Jeśli płacą za twoją kolację, to nie po to, by zapewnić sobie prawo do zdjęcia twoich majtek. A to, że mają kolczyki w uszach.
    To jest przecież genialne - jak mówi jedna z moich przyjaciółek z banku - przynajmniej masz gwarancję, że facet wie, co to ból, i zna się na biżuterii".

    "Po pewnym czasie smutek był tak wielki, że nie mogłam sobie poradzić ze wstawaniem rano. Miałam endogenną depresję. Wtedy najbardziej pomógł mi prozac. Mała zielono-biała tabletka z czymś magicznym w środku. Pamiętam, jak Eljot próbował objaśnić mi magię działania prozacu. Tłumaczył ją jak sztuczkę z kartami do gry. Kartami były jakieś neuroprzekaźniki w synapsie. Nie zrozumiałam tego do końca. Ale wiem, że to działa. Mój psychiatra też to wiedział.
    Wiesz, że najwięcej ludzi w depresji popełnia samobójstwo właśnie wtedy, gdy prozac zaczyna działać i są na najlepszej drodze do wyleczenia? W prawdziwej depresji jesteś tak bardzo bez napędu, że nawet przeciąć żył ci się nie chce. Chodzisz lub leżysz jak w zastygającym betonie. Gdy prozac zaczyna działać, masz nareszcie siłę, aby skombinować żyletkę i iść do lazienki. Dlatego prozac ci na samym dnie powinni brać w klinice i najlepiej przywiązanym skórzanymi pasami do łóżka. Aby nie móc przez kilka dni iść samemu do łazienki. Ale można zmylić czujność sanitariuszy i wejść na dach kliniki".

"Radio przypomniało, że jest 30 stycznia 1996 roku, wtorek. Życie toczy się dalej. Jak gdyby nigdy nic. Znowu wyszły gazety i znowu są korki w tych samych miejscach na tych samych autostradach. Gdy Natalia odeszła, najbardziej nie mógł pogodzić się z tym, że następnego dnia życie toczyło się dalej. Jak gdyby nigdy nic. Wtedy też świat się nie zatrzymał. Nawet na najkrótszą chwilę. Znowu Bóg niczego nie zauważył...
    Uważał to za wstydliwą słabošć i niedołężność. Jak u jakiegoś schorowanego starca. Nie umiał po czymś takimś jak to ostatniej nocy nie wpaść w depresję. Ze wszystkimi symptomami: smutkiem, lękiem, uciskiem w klatce piersiowej, ociężałością przechodzącą chwilami w odrętwienie, poczuciem bezsensu i nastrojem mszy za zmarłych. To było patologiczne i wiedział, że to rsztki rozpacy z jego własnej przeszłości. Tylko praca pomagała na to".


    "Zresztą Ty nie potrzebujesz rad. Ty po prostu musisz to komuś opowiedzieć, podzielić na dwóch, a Twóp psychoterapeuta nie ma dzisiaj czasu, albo jest na urlopie".

"ONA: I pomógł Ci ten psychiatra?

ON: Sam psychiatra nie. Ale to, co usłyszałem w jego poczekalni, pomogło mi ogromnie".

"Może nie jestem całkiem zdrowy, ale z pewnością jestem uleczony".

"Mało kto przyzna się, że jest pełen smutku. Prawie nikt, że był chory psychicznie".

    "Sen, każdy sen, jest jak psychoza. Ze wszystkom, co do niej należy: pomieszaniem zmysłów, szaleństwem, absurdem. Taka krótkotrwała psychoza. Nieszkodliwa, wprowadzana za zgodą i kończona z wlasnej woli poprzez przebudzenie. Oczyszczająca. Tak przynajmniej twierdził Freud. On się chyba na tym znał".

    "Ta sekretarka była najbardziej wścibskim organizmem, jaki znała. Odkąd przekonała się o tym, każda anorektycznie chuda kobieta - a taki typem była sekretarka - zaczęła kojarzyć się jej automatycznie z bezgranicznym wścibstwem. I ta jej chudość! Nieprzyzwoita, prowokacyjna, wyzywająca i nieosiągalna chudość! Odechciewało się jej pić nawet wodę mineralną, bo wydawało się, że ma zbyt wiele kalorii. Czasem miała wrażenie, że ta kobieta jest tak chuda, że można by ją wysłać faksem.
    Zdanie o anorektycznie chudych kobietach zaczęła zmieniać powoli, ale nieuchronnie, dopiero, gdy polska telewizja zaczęła wyświetlać serial >>Alby McBeal". Gdy zaczęła odnajdywać fragmenty siebie w neurotycznych dywagacjach lub zachowaniach nadwrażliwej głównej bohaterki, równie chudej jak ich sekretarka, zaczęła powoli wyzbywać się swoich uprzedzeń".

    "Od dawna był przekonany, że za nim nie tęskni nikt, i to już od wielu lat. Tak wybrał. Nie ma nic bardziej niesprawiedliwego niż nieodwzajemniona tęsknota. To nawet gorsze niż nieodwzajemniona miłość. Znacznie gorsze".

"Słyszałam, że w Niemczech jedynie chorzy psychicznie, studenci i komuniści nie myją samochodów w soboty".

 "Zniknęła, nie czekając na odpowiedź, zostawiając po sobie tylko wiadomość od serwisu ICQ:
    User went offline.
    Jak on nienawidził tej wiadomości! Szczególnie w piątki późnym popołudniem. Robiło się nagle tak pusto w jego biurze. Czuł coś, co stanowiło chyba mieszaninę rozgoryczenia, pretensji do niej, rozczarowania i samotności. Wszystko naraz".

    "Ale tak się nie zdarzało. Nie. Ona nie zapominała niczego. W jego skrzynce pocztowej nie było e-maili od niej w soboty wieczorem. Był za każdym razem trochę rozczarowany, ale nigdy jej tego nie powiedział. Poza tym potem przychodził poniedziałek. Kawa smakowała tak cudownie. Włączał komputer. Mała żółta karteczka obiecywała koniec czekania. Klikał i czytał to jej: >>Jakubku, tęskniłam za Tobą" i obietnica się spełniała. Na całych pięć długich dni. Do piątku".

    "Po raz pierwszy, skulona na tym fotelu, zaczęła się bać, że on mógłby przestać być częścią jej życia. Nie wyobrażała już sobie tego. Zastanawiała się, dlaczego poczuła to akurat teraz, czytając o błękicie hali, w której maszyny sekwencjonują genom...".

    "Kliknął w nią i przeczytał. Poczuł duszności. Niepokój, lęk i ucisk w klatce piersiowej. Ręce mu drżały. Myślał, że to już minęło, przysypane grubą warstwą piachu zdarzeń jego życia, odkupione z nawiązką tym wszystkim, co przeżył od tamtych dni. Ale zapisu bólu w jednym obszarze pamięci nie można wymazać zapisami szczęścia w innych".

    "Wiesz, co pomyślałem? Wiesz, co pomyślałem w tym niezwykłym momencie? Pomyślalem: No i co? No i co z tego, że jest głuchoniema"?

    "Byli spokojnym, harmonijnym małżeństwem. Aż do dnia, kiedy on przyszedł do domu pijany, zamknął się w pokoju z matką Natalii i powiedział jej, że tak naprawdę to on chciałby mieć ten z dom nie z nią, ale z Pawłem, kolegą z pracy, którego kocha i to przy nim chce zasypiać i budzić się rano. Natala pamiętała tylko tyle, że jej matka wybiegła z pokoju, wymiotując po drodze. Tego samego wieczoru ojciec Natalii wyprowadził się z mieszkania.
    Wyobrażasz sobie, jak on musiał kochać tego Pawła, żeby przyjść i powiedzieć to wlasnej żonie? W tamtych czasach? W takim kraju jak Polska? On, partyjny działacz? Partyjni działacze muszą być z definicji heteroseksualni. Chociaż nie tego w >>Kapitale<<, ale to jest oczywiste. Klasowo oczywiście. Sekretarz partii nie może być pedałem. Może być pedofilem, ale nie pedałem. Pedałami są jedynie księża i imperialiści<<.

    "Wiesz co? Do dzisiaj podziwiam go za to. Niezależnie jak bardzo cierpiała z tego powodu Natalia, podziwiam go za tę wierność sobie".

    "Natalia przyleciała tydzień później. Nikt po nią nie przyjechał. Jej ojciec leżał nieprzytomny w mieszkaniu. Następnego dnia po tym, gdy powiedział mi o śmierci Natalii, szedł pijany torami tramwajowymi do domu. Przy zajezdni zza zakrętu wyjeżdżał pierwszy poranny tramwaj. Motorniczy nie mógł go zauważyć. Świadkowie mówili, że wcale nie uciekał, gdy tramwaj jechał wprost na niego".

    "Brak powietrza to nie jedyny mechanizm. Inny to prawdziwy fizyczny ból. Ale trzeba go sobie samemu zadać. To nie ma byc ten codzienny ból towarzyszący rozpaczy. Nie ten zaczynający się zaraz po przebudzeniu, od końca paznokcia dużego palca stopy do nasady włosów. To ma być inny ból. Ten kontrolowany i umiejscowiony. Zadany żyletką lub niedopalkiem papierosa. Zamieniasz przy tym swoje wewnętrzne cierpienie na dający się zlokalizować ból fizyczny. W ten sposób przejmujesz nad nim kontrolę".

    "Pewnego dnia siostra Anastazja zniknęła. Tego samego dnia ktoś wyprowadził z garażu klasztoru samochód. Pojechała do Częstochowy. W drodze powrotnej, na prostej, suchej jezdni, dwa kilometry od przychodni w Poczesnej, jej samochód zjechał na lewą stronę. Prosto pod ogromną duńską chłodziarkę. Nie było śladów hamowania. Jej samochód wbił się dosłownie pod chłodnicę ciężarówki. Zginęła na miejscu. Zmasakrowana. Nikt z Lublina nie przyjechał nawet, aby ją zidentyfikować".

"Miłość ma wpisane w siebie cierpienie. Nieuniknione, chociażby przy rozstaniach".

    "Opuścił głowę. Krótką chwilę siedział nieruchomo. Poczuł rosnące odrętwienie. Znał to u siebie. Wraz z nią wróciło to uczucie".

    "Bo ja lubię do Ciebie pisać. Z różnych powodów. Między innymi dlatego, że chcę, żebyś wiedziała, że myślę o Tobie. To dość egoistyczna pobudka, ale nie mam zamiaru jej się wypierać. A myślę dużo i często. Właściwie myśli o Tobie towarzyszą mi w każdej sytuacji. I nie masz pojęcia, jak bardzo jest mi z tym dobrze. A przy okazji wymyślam różne rzeczy. Z którymi też przeważnie jest mi dobrze. Bo bardzo wysoko cenię fakt, że zaistniałaś w moim życiu. Ostatnio zresztą trudno używać słów takich jak >>cenię<<. Ostatnio czasami wydaje mi się, że słowa są za małe. Dlatego dziękuję Ci. Dziekuję Ci z całą powagą i nieuchronnym lekkim wzruszeniem za to, że jesteś.
    I że ja mogę być".

    "To było jasne. Od pewnego momentu on nie dawał sobie rady z faktem, że należała do innego mężczyzny. A należała przecież. Ten chłód, który panował ostatnio między nią a jej mężem, wcale nie zmienił faktu, że mieli z sobą regularny seks. Nie romantyczny i niespecjalnie namiętny. Po prostu regularny. Mógł być lepszy. O wiele lepszy. Gdyby ona tylko chciała. Nie chciała. Jej wystarczało, że jest pożądana przez męża. Pożądał i w nagrodę dostawał regularnie do dyspozycji jej ciało. Robiła to chętnie, bowiem mąż był dobrym kochankiem. Nie dość, że wiedział, co ona lubi, to jeszcze starał się jej to dawać. Ostatno nie udawało się mu to tak dobrze, jak kiedyś. Ale to przecież nie była jego wina. To ona nie otwierała się na tyle, by mogło być tak, jak kiedyś. Nie mogło, bowiem ona ostatnio tak naprawdę pożądała tylko Jakuba".

    "Chciał, aby tylko o nim myślała, gdy przeżywa radość, podejmuje decyzje, jest wzruszona lub rozmarzona. Żeby tylko o nim myślała, gdy słucha muzyki, która ją fascynuje, gdy śmieje się do łez z dowcipu lub płacze rozczulona w kinie. Chciał, aby o nim myślała, gdy wybiera bieliznę, szminkę, perfumy lub odcień farby do włosów. Żeby tylko o nim myślała na ulicy, gdy odwraca onieśmielona głowę na widok całującej się pary. Chciał być jej jedyną myślą rano, gdy się budzi, i wieczorem, gdy zasypia".

"Przecież to nikt inny jak on przekonywał ją cały czas, że śmieszy go na przykład powszechne skojarzenie miłości z banalnym i w gruncie rzeczy dość komicznym aktem, że ktoś komuś coś gdzieś wkłada, że gdy zastanowić się nad tym głębiej, to trudno nie zauważyć, że banalność tego akty wręcz obezwładnia. Przecież nikt inny jak on przekonywał ją cały czas, że odnajduje znacznie więcej miłości w nagłym przepływie energii między źrenicami".

"ma psychosomatyczne bóle serca"

    "Mając taką mapę, można by >>przetłumaczyć<< ją na białka sterujące procesami życiowymi, znając biochemię tych białek możnaby wiedzieć na przykład, jaki gen odpowiedzialny jest za wytwarzanie przez organizm ludzki dopaminy, której niedomiar prowadzi do choroby Parkinsona, a jej nadmiar jesr rejestrowany (zazwyczaj przez bardzo krótki okres) w przypadku stanu powszechnie opisywanego w literaturze nienaukowej jako stan zakochania. Nie dość, że wyleczyliby tą wiedzą tysiące nieuleczalnie chorych i poniżanych przez tę chorobę ludzi, to na dodatek mogliby się genetycznie zakochiwać".

    "I wcale nie miał uczucia, że nie jest sobą. Jak najbardziej czuł, że to właśnie on, ten sam Jakub, tyle tylko, że nabrał niezwykłego znaczenia. Już nie miał lęków i obaw, żadnych wątpliwości i rozterek".

    "Pamięta, że gdy jeszcze trwał w tym stanie, Jim, który obserwował go uważnie przez cały czas, tym swoim tonem absolutnego znawcy powiedział" >>Mówiłem, że będzie ci dobrze".

    "Oczywiście frustrowało go to, dręczyło i wpędzało w depresję. Czasami było mu tak źle i beznadziejnie, że każdy poranek - poranki są najgorsze dla ludzi dotkniętych depresją - jawił mu się kontynuacją egzekucji z poprzedniego dnia. Te depresje osiągały taki poziom, że musiał wydobywać się z nich, chociaż wiedział, co ryzykuje, także za pomocą kokainy".

    "Pewnego razu zauważył, że po każdej takiej nastrojowej kolacji Kim zostawiała ich samych przy stoliku na krócej lub dłużej i wracała potem bardzo zmieniona. Miała rozmazany makijaż, czasami było widać, że płakała, zawsze była rozmarzona i bardzo milcząca. Przytulała się do Jima tak erotycznie, że nawet jemu robiło się ciepło. Czasem trzeba było czekać na jej powrót nawet pół godziny. Jim kupował wtedy jego ulubione meksykańskie piwo Corona lub palili dobre cygara, a czasami wychodzili na parking za budynkiem palili marihuanę. Mimo ze to nie było normalne, Jim nigdy nie mówił, dlaczego Kim wychodzi.
    Teraz powiedział.
    Kim miała bulimię.
    Wtedy, w połowie lat osiemdziesiątych, dla przybysza z Polski słowo >>bulimia<< kojarzyło się z nazwą egzotycznego kwiatu i Jim musiał mu długo tłumaczyć, co oznacza naprawdę. Kim po każdej dobrej kolacji musiała wyjść i tej kolacji po prostu się pozbyć. Szła do toalety, sprawdzała jej wygląd i gdy stwierdziła, że jest czysta i przytulna, robiła to tam. Bo Kim mogła wymiotować tylko w estetycznych, ekskluzywnych toaletach. Ponadto robiła to z największą przyjemnością po wystawnych i dystyngowanych kolacjach z winem i świecami. Jeśli toaleta nie spełniała jej oczekiwań, brała taksówkę lub samochód z parkingu i jechała do siebie, do wykwintnej willi Garden District przy Charles Avenue i robiła to u siebie, we własnej łazience, po czym wracała do Jima.
    Jim opowiadał mu, że dla Kim to bardzo erotyczne przeżycie. Wymiotując, doznawała seksualnej satysfakcji. Kim reagowała na spełnienia seksualne płaczem - ze szczęścia - i skutkiem tego właśnie wracała do stolika z rozmazanym makijażem i rozmarzona. To, co działo się przy stoliku po tym, jak ona to zrobiła, było więc niczym innym, jak przytulaniem się kobiety do kochanka zaraz po miłosnym akcie. Jim to wiedział i odwzajemniał się jej czułością, której nigdy mie okazywał jej w innych okolicznościach. W takim momemcie był dla niej najczulszym facetem na >>zaraz po<<. Dawał jej to, o czy marzy większosć kobiet, a czego niewiele tylko doznaje. Ponadto prawie zawsze dawał jej to przy dobrym winie, przy świecach i z muzyką w tle. Nie miało znaczenia, że przeważnie ona płaciła rachunki, chociaż to Jim ją zapraszał. Jim ją tą teatralnie egzaltowaną i przesadzoną czułością zniewalał o czym doskonale wiedział, był bowiem inteligentnym manipulantem od momentu, gdy zauważył, że kobiety najbardziej przywiązują się do mężczyzn, którzy potrafią ich słuchać, okazywać im czułość i doprowadzać je do śmiechu".

    "Słuchając Jima, przejmował stopniowo tę jego pewność, entuzjazm i wiarę w siebie. To "zbierzemy" było jak wyznanie przyjaźni. Pomyślał, że przeznaczenie jednak istnieje. Inaczej nie spotkałby Jima w swoim życiu".

"ON: Budził się rano i myślał o niej. Nie pamięta dokładnie, kiedy to się zaczęło, ale od kilku tygodni niezmiennie tak było. Niepokoił go trochę nastrój, w jaki wprawiały go te myśli. Wyczekiwanie i taki dziwny smutek. Nagły ucisk w piersiach lub nagłe niekontrolowane wzruszenia, gdy w radiu ktoś śpiewa o miłości, a on akurat już wypił trochę wina. To było nowe. Kiedyś zauważał w radiu tylko wiadomości".

"Drzwi otworzyła mu anorektycznie chuda kobieta o porysowanej bruzdami zmarszczek twarzy i długich, rzadkich, białosiwych włosach sięgających ramion. Na szyi miała brudnożółtą, poplamioną krwią opaskę ortopedyczną. Była ubrana w fioletowy wytarty szlafrok przewiązany splecionym sznurem, jakiego normalnie używania się do podwiązywania ciężkim zasłon okiennych. Szlafrok miał ogromne naszyte kieszenie z brezentu. Z jednej z nich wystawała butelka johnnie walkera".

     "- Tak, jestem pewna. Byłam z Robin na jego pogrzebie. Ma piękny grób. Zaraz przy wejściu do City of Dead na cmentarzu St. Louis. Po prawej stronie, za kaplicą. Mało kto ma taki. I kwiaty też ma świeże. Codziennie. Ale na pogrzebie nikogo nie było. Tylko Robin, grabarz i ja. Nie wiedział pan?? Przecież pan był jego najlepszym przyjacielem".

    "- Dlaczego... To znaczy, jak umarł Jim?
     - Znaleźli go na śmietniku w Dzielnicy Francuskiej. Miał trzydzieści trzy rany kłute nożem. Dokładnie tyle, ile miał lat. I nie miał lewej dłoni. Ktoś mu ją odciął. Zaraz nad nadgarstkiem. Ale zegarka mu nie ukradli".

    "Stał tam oniemiały i patrzył, jak powoli oddala się, ciągnięta przez białego pudla poszczekującego z radości.
    Ile smutku i bólu można opowiedzieć w ciągu niespełna dwóch minut? - myślał.
    Nagle poczuł się bardzo zmęczony. Położył na trawie notatki, których używał w trakcie wykładu, i usiadł na nich, opierając się o pochylony slupek, do którego przybity był drut otaczający posiadłość.
    Jim nie żyje.
    Umarł tak samo niezwykle, jak się urodził. Tylko żył jeszcze bardziej niezwykle.
    Staruszka z pudlem nie miała powodu, aby mówić mu nieprawdę. Poza tym Jim miał faktycznie dwa nazwiska. I drugie rzeczywiście brzmiało Alvarez-Vargas. Wie to na pewno, bo Jim sam mu to kiedyś powiedział. Tego pamiętnego wieczoru. Wtedy, na parowcu na Missisioi..."

    "Jim był już lekko pijany, gdy wchodzili na statek. Poznał to natychmiast po czułości, z jaką witał się z Kim, oraz po jego krzykliwym głosie i rozbieganych oczach.Gdy tylko znaleźli się na pokładzie, wyciągnął ich natychmiast na rufę, za szalupy ratunkowe, oddzielone łańcuchami od reszty pokładu".

    "Jak myślisz, Jakubku, skąd ja to wszystko wiem w takich szczegółach?
    Poza tym Kim mogłaby już wreszcie wrócić z tym winem, bo trzeźwieję i robi mi się cholernie smutno. A naprawdę smutno dopiero będzie".

    "Wyszedł z cienia przy relingu. Miał oczy czerwone od pocierania dłońmi. Usladł obok Kim, wziął jej dłoń, zbliżył do swoich ust i zaczął delikatnie całować. Nawet nie próbował wycierać łez, które zbierały się w zagłębieniu tej ogromnej blizny na jego policzku. Nagle powiedział cichym głosem:
 - Dlatego nie wiem dokładnie, Jakubku, kiedy ma urodziny moja matka".

"Szkoda, że tak, jak wtedy na Missisipi nie miał nie miał teraz jointa albo chociaż butelki z whisky. Zaraz rozgoniłby ten cholerny smutek".

 "W takich momentach właśnie Alicja przyłapywała się na mrożącej krew w żyłach myśli, że tak naprawdę to ten facet leżący obok w łóżku zakłóca jej to, co on lubi najbardziej: harmonijną, wypielęgnowaną i ustabilizowaną samotność. Tę samotność z zawsze czystą łazienką, naczyniami zawsze prawidłowo ustawionymi w zmywarce, termoforem kładzionym bez skrępowania na podbrzuszu w pierwszym dniu okresu i jej ulubionymi sobotami przed telewizorem lub z książką i muzyką Kenny'ego G w tle zamiast tych makabrycznie nudnych, zadymionych papierosami do granic brydżowych wieczorów albo idiotycznych, pełnych wulgaryzności spotkań przy wódce z jego kolegami z wojska, technikum lub biura"

"W przypadku człowieka, który, jak Jakub, podawał w wątpliwość praktycznie wszystkie aksjomaty i powszechnie uznawane prawdy, ciążenie ku czemuś tak bardzo opartemu na wierze i w swej istocie na nieracjonalnym idealizmie, było jak dysonans. Potem, wczytując się z uwagą w to, co pisał o religii, teologii i swojej wierze, zaczęła ów dysons minimalizować. Zniknął zupełnie, gdy któregoś dnia przeczytała w e-mailu od niego:

    Mimo, że wiem mniej więcej, co działo się przez pierwszych kilkadziesiąt sekund po Wielkim Początku, i wiem, jak z plazmy kwarków i gluonów zaczął tworzyć się ten nieożywiony wszechświat, ciągle nie mogę oprzex się wrażeniu, że cały ten projekt mógł powstać tylko w nieskończonym umyśle jakiegoś Konstruktora".

    "Podszedł do grobu Jima, uklęknął i najpierw dotknął dłonią płatków róż w wazonie. Zaraz potem przeniósł dłoń na rozgrzaną słońcem czarną płytę. Odkąd zmarli jego rodzice, bywał na cmentarzach bardzo często. Nie umiał tego wyjaśnić, ale wydawało mu się, że dotykając grobu, nawiązuje z nimi kontakt. Gdy rozmawiał, a często to robił, ze zmarłymi ojcem lub matką, zawsze klęczał i dotykał płyty ich grobów. Tutaj było tak samo.
    Jim. Odnalazł go wreszcie.
    Jim był jednym z jego niewieli przyjaciół. Zmienił go, zmienił jego świt, nauczył przyjaźni, próbował nauczyć, że najważniejsze to niczego nie udawać. Nigdy nie nauczył go tego do końca. Głównie dlatego, że on inaczej niż Jim pojmował życie. Życie według Jima składało się z jedynie tych dni, które zawierały w sobie wzruszenia. Inne się nie liczyły i były jak czas tracony w poczekalni dentysty, w której nie ma nawet gazet, choćby z przedwczoraj.
    Szukał tych wzruszeń wszędzie i za wszelką cenę: w kobietach, które potrafił najpierw czcić, a potem bez skrupułów porzucać, gdy wzruszenia mijały, w książkach, które potrafił kupować za ostatnie pieniądze nawet wtedy, gdy wiedział, że na papierosy już mu potem nie wystarczy, w alkoholu, którym przeganiał swoje lęki i w narkotykach, które miały <<wydobyć jego podświadomość na powierzchnię>>".

"Miał fazę, gdy zadawał sobie z premedytacją ból - podczas fizycznego bólu, paradoksalnie, w elektroencefalogramie mózgu pojawiają się takie same fale jak podczas orgazmu - kalecząc się lub tatuażami pokrywając swoje ciało. Do bólu jako narkotyku posuwał się wtedy, gdy nie miał pieniędzy na nic, co można wdychać, połykać lub wstrzykiwać".

"Kokainą, gdy nie mógł sobie poradzić z porażkami i musiał wydobywać się z depresji, aby poczuć, że <<ciągle jeszcze warto zmuszać się do oddychania>>. Tej substancji potrzebował najczęściej".

 "Po czym dodał, śmiejąc się tak szczerze, jak tylko on potrafił:.
    - Nie wiedziałem tylko, że Bóg też był na grzybach, gdy majstrował przy wrzechświecie.
     Jim narkotykami katalizował swoją świadomość i podświadomość i robił to po to, żeby cały czas <<czuć>>. Gdy mu się to nie udawało, wpadał w fazę. Znikając, oddalał się od bliskich mu ludzi i nie dając sobie rady z samotnością, wpadał w tę czarną dziurę depresji. Potrafił całymi dniami leżeć w łóżku, nie otwierać oczu, nic nie mówić i reagować tylko na ból.
    Mimo to wolał być nieobecny całkowicie niż być tylko w części brakującą resztę udawać. Dlatego był tak niezwykły dla ludzi, którzy go znali. Jeśli znalazł się w ich pobliżu, był dla nich całym sobą. Albo nie było go w ogóle. Ale tylko dla wybranych. Pozostałych nie zauważał. Stanowili obojętną szarą masę zużywającą jedynie tlen i wodę. Wybranym był ten, kto był <<dobry>>. A <<dobry>> był ten, kto umiał czasami aż tak zaryzykować, aby zatrzymać się w wyścigu szczurów i rozejrzeć dookoła.
    Następne dnia po tym, gdy on wyprowadził się do Robin, zaraz po przyjeździe do Nowego Orleanu, wieczorem ktoś zapukał do drzwi jego pokoju. Jim. Nerwowym głosem zapytał:
    - Słuchaj, mam na imię Jim, mieszkam w pokoju obok i teraz bardzo potrzebuję dokładnie dolara sześdziesiąt pięć, żeby kupić powo w Seven-Eleven. Mógłbyś mi pożyczyć na dwa dni?
    Stypendium miało wpłynąc na jego konto na jego konto dopiero za dwa dni, miał w kieszeni około dwóch dolarów za puszki po coli i piwie, które wyszperał w koszu na śmieci w kuchni Robin i sprzedał. Zamierzał kupić za nie rano chleb na śniadanie i oplacić przejazd autobusem do uniwersytetu. Pamięta, że nie zastanawiał się ani chwili. Wyciągnął portfel, wysypał wszystko, co miał, i podał mu. Kwadrans później Jim zapukał ponownie i zapytał, czy mogliby to piwo wypić razem.
    Tak zaczęła się ich znajomość. Już po krótkim czasie niemożliwe się stało pozostawać tylko znajomym Jima. Bo trudno być tylko znajomym kogoś, o kim się wie, że oddałby bez wahania własną nerkę, gdyby zaszła taka potrzeba.
    Ich przyjaźń nie miała jednego początku. Nigdy się nie kończąc, rozpoczynała się wielokrotnie. I zawsze inaczej. Od momentu jednak, gdy uratowali życie Ani, Jim stał się po prostu fragmentem jego biografii. Jak data urodzenia, pierwsza szkoła i imiona rodziców".

"A pan, przepraszam bardzo, kim jest dla niego, jeśli można spytać?
    Schylił się wtedy, dotknął palcami swoich warg i opuścił dłoń na płytę grobu Jima. Wstał i patrząc w oczy temu grabarzowi, powiedział:
    - Ja? Nikim specjalnym. Ćpaliśmy razem. Tylko to.
Odwrócił się i poszedł w kierunku bramy wyjściowej cmentarza".

"Studentka konserwatorium muzycznego w Detroit, studiująca w klasie skrzypiec, niezwykle zdolna, nagradzana w różnych konkursach w obu Amerykach. Gdy przyjeżdżała do zadymionego klubu swojej siostry, zapominała o salach koncertowych i Detroit. Plotła warkocze jak rastamanka i grała jazz i bluesa. Na skrzypcach! Słuchając, miało się wrażenie, jak gdyby Marvin Gaye śpiewał bluesa".

"Przedtem wydawało mu się, że niemiecki o wiele bardziej nadaje się do koszar niż do poezji. To pewnie taki polski historyczny balast".

"Ludzie poruszają się po wytyczonych przez los albo przeznaczenie - obojętnie jak to nazwać - trasach. Na mgnienie oka krzyżują się one z naszymi i idą dalej. Bardziej niż rzadko i tylko nieliczni zostają na dłużej i chcą iść naszymi trasami. Zdarzają się jednak i tacy, którzy zaistnieją wystarczająco długo, aby chciało się ich zatrzymać. Ale oni idą dalej. Jak ta staruszka, która przed chwilą wysiadła, albo jak ostatnio ta śliczna dziewczyna, której zachwycony przypatrywał się, stojąc w kolejce w banku. Jemu jest zawsze smutno, gdy coś takiego się zdarza".

"Ekscentryczny Salvador Dali z kolei nie ukrywał, że w czasie swoich natchnień, szczególnie, gdy wydawało mu się, że znowu jest zakochany, często onanizował się, kierując swój wytrysk do naczyń z farbami, którymi malował. Uważał, że kolory nabierają w ten sposób miękkości i wyjątkowego nasycenia. A poza tym obraz pachnie wtedy zupełnie inaczej".

 "Odbywa się we mnie z pewnością jakaś reakcja biochemiczna. Przyjęłam do krwiobiegu cudowny płyn pod nazwą brandy Ani, koniak ormiański, podobno jedyny trunek, który spożywał Churchill. Wiem już, dlaczego wybrał akurat ten. Nie rozumiem tylko, dlaczego ciągle miał taką depresję. To pewnie wina tej ciągłej mgły w Londynie".

"Normalny list, który mógłby mieć zapach i plamę z rozlanego wina albo odcisk warg na drugiej stronie. Internet tego nie zastąpi. Trudno ssać e-mail, a miałam ochotę ssać tę serwetkę, na której pisałam do Ciebie tam w Café de Flore. Poza tym niebezpiecznie jest pisać e-maile do Ciebie, leżąc nago w wannie. Ostatnio jest to moje największe marzenie. Pisać do Ciebie e-mail w wannie. Mieć wino we krwi, być przykrytą pianą zapachu bergamoty, cyprysu i mandarynki i słuchając, czuć wibracje głosu Morissona. To można robić tylko pod napięciem. Ale na pewno nie prądu. Dlatego nie można wziąć Internetu do wanny, ale mimo to i tak go uwielbiam".

 "Nagle obok zjawiła się stewardesa.
 Złapał ją gwałtownie za rękę i wyszeptał:
    - Pani płakała, bo... bo oni wszyscy zginęli, prawda?
 Z niedowierzaniem i przerażeniem spojrzała mu w oczy i zapytała:
    - Skąd pan wie?
    - Z CNN, byłem przed chwilą na ich stronie...
    - Ach tak - powiedziała i spojrzała na jefo laptop, leżacy na podłodze pod oknem. - Tak, plakałam... bo oni zginęli. Ale proszę, niech pan nie mówi o tym o tym nikomu. Dowiedzą się sami w Paryżu. Proszę!
    - Czy pani wie, że ja... ja jestem w tym samolocie tylko przypadkowo? Czy pani wie, że gdyby nie było korków w Nowym Jorku, to ja bym razem z nimi... jak bym tam... tam zginął??
    Patrzyła mu w oczy, słuchała i nagle objęła go. Zawstydziła się zaraz potem tej słabości i odeszła w pośpiechu. A on stał i wpatrywał się w okno niewidzącym wzrokiem i zastanawiał się, czy żyje dlatego, że ma na tym świecie jeszcze coś ważnego do zrobienia, czy tylko przez swoją nieuwagę i niedokładność, czy przez tego hinduskiego, lękliwego kierowcę taksówki w Nowym Jorku.
    Śmierć minęła go o milimetr, szczerząc zęby w rechocie z tego dowcipu, który mu zrobiła na Manhattanie.
    Śmierć..."

"Zawsze lubił Natalie Cole. Za imię. I za to, że opowiada niezwykłe historie, śpiewając. Słuchając jej, miało się przeżycia, a przeżycia są naważniejsze. Tylko dla przeżyć warto żyć. I dla tego, żeby móc je komuś potem opowiedzieć".