Strony

29 wrz 2014

Małgorzata Gutowska - Adamczyk "220 linii"

Zniechęcony zamknął się w swoim pokoju. Panował tam swojski klimat: tapczan był niepościelony, brudne ciuchy z kilku dni walały się na podłodze, a puste butelki po sokach i opakowania batonów czekały, by wymiotło je tornado".

"Przychylnie usposobiony do świata gotów był lubić szkołę nawet w tym najtrudniejszym dla wszystkich uczniów dniu".

"Już podczas pierwszej lekcji Michał odkrył, jak bardzo mylił się w swych rachubach. Patrzył w okno znudzony i raz po raz zadawał sobie pytanie: <<Kurde, co ja tu robię? Jakim cudem czas w szkole miałby mi zlecieć szybciej niż na oglądaniu MTV? Chyba mnie już do reszty pogięło!>>"

"Gimnazjum, w którym dziś miał rozpocząć naukę, bardzo przypominało jego dawną szkołę. Te same szare mury, identyczny układ korytarzy i sal".

"Spojrzał na plan lekcji wiszący przy wejściu i sprawdził, gdzie zaczynają się zajęcia".

"Wszedł na drugie piętro. W tym miejscu korytarz był szeroki i widny. Mikołaj postawił plecak na parapecie i odwrócony do wszystkich tyłem spojrzał na ulicę. Może czekał, aż ta ostentacyjnie lekceważąca postawa zmusi któregoś z uczniów, by podszedł do niego i zagadał? Może nie chciał się głupio gapić? Nie znał żadnego ucznia i nikt nie znał jego. W takich sytuacjach, chyba bez udziału świadomości, włączał się w nim automatyczny pilot nakazujący nastawić obojętność na to, co się dzieje dookoła. Teraz było podobnie. Przynajmniej tak to wyglądało z zewnątrz. Ale pozornie zdystansowany i pogrążony w zadumie Mikołaj chętnie by kogoś poznał. Jednak nie był Michałem, a inicjowanie kontaktów przychodziło mu zawsze z trudem. Dlatego na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie oschłego i niesympatycznego. Nie ułatwiało to życia.
 Nauczycielka historii wpuściła wszystkich i weszla do sali na samym końcu. Mikołaj usiadł w ostatniej ławce środkowego rzędu. Nie skomentowała jego obecności. Był jej za to wdzięczny.
 Klasa liczyła dwudziestu dziewięciu uczniów i rzeczywiście tylko siedmiu chłopaków! Co prawda w tej chwili Mikołaj widział jedynie ich plecy, ale jakoś żaden nie przypadł mu szczególnie do gustu".

"Nie zauważył ukradkowego spojrzenia dwojga szarych oczu kryjących się pod gęstą grzywką".

"Teraz, dopóki miał taryfę ulgową, mógł to robić przez całe przerwy, nie dbając o to, co dzieje się za jego plecami. Nie obchodziła go klasowa giełda: spisywanie pracy domowej i roztrząsanie, czy klasówka z angielskiego była, czy nie była zapowiedziana. Mógł więc wznieść się ponad to i nie zniżać się do reszty".

"Nie robił więc nic, byzmienić zaistniałą sytuację. Ranne wstawanie zaczął przedłużać w nieskończoność. Był, o ile to w ogóle możliwe, jeszcze bardziej humorzasty i małomówny niż do tej pory. Swoją niechęć przeniósł też na nauczycieli.
 I już nie tylko wyglądał na zamkniętego w sobie odludka, ale powoli stawał się odludkiem. Nie wiadomo, dokąd by go to zaprowadziło, gdyby pewnego dnia nie zdarzyło się coś dziwnego".

"Bo mimo że jeździł na desce, a skaterów ludzie traktują zwykle jak chuliganów i przestępców, był dzieckiem z tak zwanego dobrego domu i nigdy nie miał jeszcze kontaktów z blokersami".

'Staż Mikolaja w tej klasie i szkole byl zbyt krótki. Jeśli bylby nieco dłuższy, przynajmniej o tydzień, dwa, chłopak pewnie z przekory podjąłby rzuconą przez nauczyciela rękawicę i przy pomocy własnej wiedzy, podręcznika oraz kolegów, próbowalby udowodnić, że świetnie orientuje się w temacie. Ale dwa z trzech potrzrbnych do zwycięstwa dział pewnie by nie wypaliły. Wiedzy na temat elektryczności Mikołaj nie miał żadnej, a jednocześnie poczuł wokół siebie chłód i ciszę. To był znak, który należało uszanować. Zwiastował on bklasm zajęcie przez klasę pozycji neutralnego arbitra i obojętne przyglądanie się wynikowi pojedynku. Mikola wiedział, że w starciu jeden na jeden fizyk zawsze będzie górą, odruchowo więc wybrał najlepszy z możliwy wariant obronny i grzecznie przeprosił oraz obiecał poprawę. Nie przysporzyło mu to popularności.
 Koledzy woleli by raczej obejrzeć coś bardziej ekscytującego, zwłaszcza że takie starcia stanowią miły przerywnik we wszechogarniającej nudzie i rutynie szkolnej. Są też szanse na to, że nauczyciel w ferworze walki zostanie zaskocozny przez dzwonek na przerwę i zapomni zadać pracę do domu. Poza tym może się zdarzyć, choć to najmniej prawdopodobne, iż trafi na godnego siebie przeciwnika i ze zdumienia, że delikwent jednak coś umie, każe mu siadać. Nie stawiając pozytywnej oceny, mimo że negatywną postawiłby bez wątpienia.
 Wprawdzie nikt im tego nigdy nie zapisał na tablicy, nie podyktował do zeszytów lub nie zadał do nauczenia się na pamięć, jednak uczniowie błyskawicznie pojmują tę lekcję i wyciągają z niej odpowiednie wnioski. Bo choć w zasadzie matematyczna równość 6 x 1 = 1 x 6 jest w prawdziwa, w praktyce szkolnej jednak nie ma żadnego zastosowania. Czy ktoś z was próbował kiedyś zgłębić ten fenomen algebraiczny? Dlaczego nauczyciel zawsze chętniej postawi sześć jedynek niż jedną szóstkę"?

"- Jasne - gorliwie zapewnił go Mariusz. - Jasne! - krzyknął raz jeszcze, po czym zerwał się na równe nogi i w biegu już dorzucił: - Poczekaj, zaraz wrócę!
 Nie było go kilka, może kilkanaście minut. Wreszcie zjawił się zdyszany, z paczką kolorowych markerów.
 - Mogę? - zapytał, podtykając je Mikołajowi.
 Mikołaj początkowo nie rozumiał. Wyrwany z zamyślenia przyglądał się markerom.
 - Pozwolisz? - Mariusz stuknął palcem w gips.
- Pewnie! - zgodził się Mikołaj, jakby robił mu uprzejmość, i wyciągnął prawą rękę.
 Bez zbędnych ceregieli, mając już zapewne w głowie gotowy pomysł, Mariusz nagryzmolił na gipsie:

BYŁEM TU - MARIO
22 IX 2002"

"Dlaczego myślał, że coś się zmieni? Że wszystko zacznie się od nowa? Że zadziałają jakieś czary? Minął furtkę szkoły z nadzieją. Chyba się nawet uśmiechał. Wbiegł po schodkach, już wolniej wszedł na drugie piętro. Omiótł wzrokiem korytarz. Spojrzał na podwinięty rękaw. Gips, przedmiot jego dumy, niezupełnie taki sam jak wczoraj, znajdował się na swoim miejscu, gotów przyjąć jeszcze wiele autografów.
 Ale nic się nie stało. Nikt nie podszedł. Nikt się nie zainteresował. Nikt nic nie zauważył. Przez cały dzień".

"Matka była dziennikarką, ale w tej chwili nigdzie nie pracowała, siedziała w domu i pisała jakąś książkę, czy coś. Mikolaj wolałby, żeby wróciły stare czasy, kiedy codziennie wychodziła do redakcji rano, a wracała wieczorem. Jej nieustająca obecność i gotowość niesienia pomocy nie wiadomo dlaczego drażniły go. Nie miał ochoty się do niej przytulać, jak wtedy, gdy był pięciolatkiem. Nie chciał tłumaczyć się ze swego zmarnowanego życia i wyrzucać jej, jak fatalnego wyboru dokonała dla jego rzekomego dobra. Trzy lata w gimnazjum brzmi jak wyrok, ale przecież nawet w więzieniy da się jakoś przetrwać. Zresztą nie ma wyjścia. I kto powiedział, że w szkole ma być fajnie?"

"Kiedy później wsiadał na pętli do autobusu, nie przypuszczał, jak bardzo ta niewinna wycieczka odmieni jego życie. Godzina samotnie spędzona w centrum handlowym, podczas której nic się przecież takiego nie stało, dała mu poczucie, że jest już dorosły i od tej pory ma prawo kierować swoim życiem. Że tylko od niego zależy, do jakiego autobusu wsiądzie i na którym przystanku zechce wysiąść. Zrozumiał, że jego świat był do tej pory tylko ciasnym korytarzem oglądanym przez szyby samochodu rodziców. I że teraz przyszedł czas, by to zmienić. Poczuł nieodpartą chęć, aby sprawdzić, jak to jest, kiedy można skorzystać z wolności i zobaczyć inne miejsca i ludzi. Uświadomił sobie w jednej chwili, że on, i tylko on decyduje, jak duży kawałek świata się przed nim otworz, i zapragnął jak najszybciej, najlepiej natychmiast, wcielić to pragnienie w czyn.
 Wróciwszy do domu, niezrażony chłodnym przyjęciem ze strony matki w zadumie przełknął obiad, planując kolejną eskapadę".

"Nagle zrobiło się miło. On udawał złego i wiedział, że ona wie, że on udaje. I że w gruncie rzeczy to głupie, uśmiechnięte słoneczko znaczy więcej, niżby się komuś mogło wydawać. Więcej niż inne rysunki i wpisy. Znacznie więcej".

" - Jestem Makary ! - gitarzysta odruchowo wyciagnął rękę, ale zauważył gips i nieco się stropił. - O! Sorry!
 - Nie ma sprawy. Mikołaj.
 - Mikołaj? Serio? Jak ten święty?
 - Ale fajnie! Nie znam żadnego Mikołaja.
 - Ani ja Makarego.
 - Teraz już znasz. No, chyba pora się zbierać. Mam dziś trochę hajsu, kupię struny do mojej staruszki. Ale się zdziwią przy kasie. Zostaniesz tu jeszcze?
 - Nie też już pójdę".

"Pewnie tak by było. Zapewne. Gdyby tego dnia o tej właśnie godzinie Makary był w Riffie. Ale on o niczył nie miał pojęcia. Nie wiedział, jakie wrażenie zrobił na Mikołaju, nie przypuszczał, że go jeszcze kiedykolwiek spotka, a co najważniejsze - wcale nie spodziewał się odzyskać swoich ośmiu złotych. Było to dla niego spotkanie pozbawione większego znaczenia. Dawno zapomniał już o całej sprawie".

"To nieprawda, że rzeczy bezimiennych nie ma. One istnieją i żyją nie mniej realnie niż te, które mają mnóstwo imion. Musisz tylko znaleźć oczy, które otwiera ten sam kod".

"Podobno w zapachach najsilniej zapisują się emocje. W zapachach i muzyce".

"Chwytliwy riff, para w piece, stajesz na scenie, drzesz się do mikrofonu i już możesz rządzić światem. Prościzna. Gnoje łykają wszystko, myśląc, że to tylko rozrywka, a ty im mieszasz w głowach i jeszcze grabisz szmal. Komu chodzi o muzykę? O zbawienie świata? O rewolucję? Nikomu. Zależy im tylko i wyłączne na dupach i kasie. Dokładnie tak samo jak w polityce".

"Ale bycie słuchaczem jest sztuką o wiele trudniejszą niż bycie mówcą. Niewielu ludzi umie słuchać, rozumiejąc. Słuchać, próbując dociec, co i dlaczego ktoś do nas mówi, i nie przerywając komuś w pół zdania na znak, że wiemy już wszystko. Bo nigdy nie wiemy wszystkiego o drugim człowieku".

"Gdy ktoś nowy wkracza w czyjeś życie, wszyscy inni muszą się nieco posunąć, by zrobić mu miejsce. Rzadko odbywa się to bezboleśnie".

"To znaczy, dopóki Makary nie wsiadł na swojego ulubionego konika i nie zaczął marudzić, że nigdy nie będzie tak genialnym gitarzystągitarzystą jak Krzysztof Misiak czy Barszcz. Prawdopodobnie chodziło tylko o to, by zaprzeczyli, dali mu wsparcie w chwili zwątpienia, pomogli choć na chwilę odgonić lęk młodego artysty porównującego się do niedościgłego mistrza".

"Było przeraźliwie zimno. Słońce chowało się za blokami, rzucając ostatnie krwawe promienie. Szaro-różowy zmierzch przypominał, że pora wracać".

"Nie denerwował go już tak bardzo nieustający szum miasta, który płynął ponad domami za dnia i w nocy, czasem nie dająć mu zasnąć".

 "- Może na pierszy rzut oka. Pomyśl jednak: wszyscy powoli umieramy. Gdybyśmy tylko o tym myśleli, zatrulibyśmy sobie te chwile, które nam pozostały. A trzeba żyć i cieszyć się z życia! Ale to oczywiście jedynie spekulacje. W rzeczywistości na szczęście nikt nie zadaje sobie zbyt często takich pytań.
 - Oprócz tych, którzy naprawdę umierają.
 Zapadła cisza. Amadeusz Wolański bał się swych myśli. Modlił się w duchu, by Kajtek jedynie teoretycznie rozważał problem. Młodzież w tym wieku pasjonuje przekraczanie granic i poszukiwanie absolutu. Samobójstwo jest nieraz receptą na rozwiązanie błahych kłopotów, które się dzieciakom wydają bez wyjścia. Jako były nauczyciel spotykał się z takimi sprawami dość często".

 " - Wie pan, co to białaczka? Wyprosili mnie z gabinetu, ale takie rzeczy widać po minach. Zresztą, gdyby mi nic nie było, po co robiliby z tego tajemnicę"?

 "- Kurde, co ja takiego zrobiłem?! - Kajtek tarł dłonią czoło. - Za co?! Za co ta kara?! Wiem, że nie jestem ideałem.. Zresztą chrzanić to! - pociągnął nosem.
 Amadeusz Wolański milczał, głęboko przejęty.
 - Wie pan, jakie to dziwne uczucie? - Kajtek mówił po dłuższej chwili, nie patrząc na niego. - Wchodzi pan do szpitala na kompletnym luzie: co tam, jakieś zmęczenie, normalne, przecież nic się nie dzieje, jakiś krwotok z nosa, parę przeziębień, osłabienie, no i co, w końcu zima jest. A pół godziny później już pana nie ma. Jakiś obcy facet mówi: >>Wysiadka, to twoja pętla! Spadaj, koleś!<< Wychodzi pan ze szpitala i widzi tylko ciemność. Jakby walec po panu przejechał. Wszystko jest inne. Nie ma już świata! Ten cholerny obcy facet w jednej chwili wszystko panu zabrał! I myśli pan: >>Za jakie grzechy?! Co ja takiego zrobiłem?! Dlaczego ja?! Dlaczego właśnie ja?!<<
 Kajtek nie hamował już łez. Położył głowę na rękach i płakał jak dziecko. Starszy pan, mocno poruszony, podszedł do niego i położył dłoñ na jego ramieniu.
 - Boję się. Tak strasznie się boję... - usłyszał.
 Kajtkiem co jakiś czas wstrząsały spazmy. Starał się nie płakać, ale raz po raz przyczajony gdzieś w głębi straszliwy lęk szarpał jego wnętrze.
 - Przepraszam, że zawracam panu głowę. Musiałem o tym z kimś pogadać - powiedział wreszcie.
 - Rozumiem. Czuję się wyróżniony.
 - Pana nie było nawet na liście rezerwowej, ale tak się jakoś porobiło... - Kajtek podniósł głowę i nareszcie spojrzeli sobie w oczy. - Nie mialem z tym do kogo pójść.
 - Więc wszedłem fuksem do reprezentacji?
 - Niestety.
 - Fuks, nie fuks, to dla mnie zaszczyt.
 - Mówią, że jeszcze nie wszystko stracone. Zamierzają mnie leczyć. Ale to tylko gadanie. Ja i tak mam w życiu przechlapane. Na pewno im się nie uda - powiedział Kajtek, pociągając nosem i nieoczekiwanie sięgnął po ciasto.
 - Podobno świetny z ciebie gitarzysta?
 To nie była zmiana tematu. Dziadek Makarego chwytał go za włosy i wyciągał na stały ląd. Przynajmniej próbował".

"Podczas, gdy kolejny kawałek babki znikał w ustach Kajtka, serce Amadeusza Wolańskiego powoli wypełniała nadzieja. Nie wiedział, jak poważnie chłopak jest chory, nie śmiałby go wypytywać o szczegóły medyczne, ale w jakiś nie do końca uświadomiony sposób przeczuwał, że on wyjdzie na brzeg, że będzie walczył, nie podda się, a to jest przecież w takich chwilach najważniejsze".

 "- Legitymacje okazać! - wycedził przez zęby. Sprawdziwszy legitymacje Kajtka i Mikolaja, dłuższą chwilę przyglądał się karcie i legitymacji Makarego.
 - Makarewicz? Jak imię?
 - Bożydar.
 Mikołaj spojrzal ze zdumieniem na Kajtka, a potem na Makarego bel Bożydara.
 - Bożydar?! Jest w ogóle takie imię? - kontroler pokręcił nosem i raz jeszcze przyjrzał się legitymacji.
 - A jak się panu wydaje?! - wysyczał Makary wściekły, bo Kajtek i Mikołaj mieli z niego niezły ubaw".

 "Mikołaj rozumiał powagę sytuacji. Makary gotów wysiąść na następnym przystanku i nigdy już nie pojawić się na żadnej próbie.
 - Zamknij się, głąbie! - rzucił do Kajtka. - Nie kłap tyle! - Ale jemu samemu tez już usta rozjeżdżały się w uśmiechu, którego nie mógł opanować.
  Makary patrzył przez okno i zagryzał policzki, lecz i on z trudem powstrzymywał chichot.
 -Zamiast rechotać jak głupki, powinniście mi raczej współczuć"!

 "- No, piękne! Może się zamienimy? Tak samo z dziewczynami: póki jestem Makary, jakoś to jeszcze idzie, kiedy się okazuje, że Bożydar - wszystko bierze w łeb. Bożydara nikt nie traktuje serio. To jakieś niepoważne imię".

 "- Pasuje?!!! - entuzjazmował się Kajtek. - To będzie najbardziej odjazdowa punkowa kapela po tej stronie Wisły! Posłuchajcie: BO-ŻY-DA-RY!!! Brzmi genialnie! Co tam genialnie, zajebiście! Zobaczysz, zapoczątkujemy nową modę i jeszcze matki będą tak chrzciły swoje dzieciaki!
 - Nie daj Boże! - przestraszył się Makary.
 -Ale wtedy nie będzie juz obciachu. - uspokoił go Kajtek. - Wykreujemy nową modę.
 - Ej, ludzie, wysiadamy! - Mikołaj wykazał się przytomnością, bo oni zupelnie nie zwracali uwagi na przystanki i mogliby pewnie ciągnąć jeszcze ten spór aż do pętli na Wiatracznej".

"Raz po raz ciszę przerywało jedynie pociąganie nosem Makarego, który miał katar..."

 "- No raczej. Będziemy tu sobie urządzać słodkie małe randeczki. Tylko we dwóch, co, dziubku?
 - Spadaj, zboczeńcu! Sam na sam z tobą?! Zapomnij!
 - Już ci się nie podobam? Ja się chyba zabiję"!

 "- Ale co się stało? Gdzie on jest?
 - W centrun onkologii.
 - O Boże... - Mikołajowi pociemniało w oczach. >>Wyjadę za pół roku<< - przypomniał sobie słowa Kajtka. >>Na końcu jest pustka. I strach<< - wreszcie zrozumiał. - Tylko że... Co ja mogę zrobić?
 - Spotkaj się z nim. To nie jest zaraźliwe".

"Ćwiczył uśmiech, ale jakoś nie wychodziło. Zwłaszcza gdy go zobaczył. Z zapadniętymi policzkami i oczami jakby obwiedzionymi szarą kredką mógłby grać w jakiejś kapeli deathmetalowej. Na szczęście chyba niezbyt często patrzył w lutro. Albo pogodził się ze wszystkim".

"Siedząc na łóżku, blady i wychudzony, to był przecież wciąż ten sam Kajtek. Mikolaj poczuł się trochę raźniej. Będą rozmawiać jak dwóch kumpli z zespołu. To jedyny rozsądny sposób. Bez taryfy ulgowej na chorobę. I bez użalanie się, jakby jej w ogóle nie było".

"Dzień był zimny i ponury, ciężkie chmury przewalały się nad miastem, pchane przez podmuchy zimnego wiatru".

"Wychudzony, jakby mniejszy, w czapce zakrywającej cień jeżyka, który dopiero zaczął się pojawiać na jego niemal łysej głowie, bez złośliwego błysku w oku, który jeszcze niedawno tak wszystkich przerażał".

"Powoli zaczęło do niego docierać, że traci kontrolę nad swoim życiem. Miał wrażenie, jakby mu się wymykało, jakby byl tylko obserwatorem tego, co go otacza. Nie miał pomysłu na siebie. Nic go nie interesowało. Obojętny na wszystko, zapadał się coraz głębiej. Miał wrażenie, jakby ktoś go mocno związał, zakneblował. Zaczął się bać. Czuł straszliwy żal za utraconą muzyką. Nie miał pojęcia, czym wypełni wielką pustkę, czarną dziurę, którą po sobie zostawiła. Bo nie znajdował niczego".

"Bezradny wobec sytuacji, nad którą nie umiał zapanować, przerażony i zdruzgotany, szukający pomocy. Ale kto mógłby mu jej udzielić? Z przyzwyczajenia wysiadł przy placu Konstytucji.
 Coś powiedziało mu nagle: >>Kajtek żyje. To ja umarłem. Tak. Chcę umrzeć!<<. Odetchnął głęboko. Trochę go to przeraziło, ale nie aż tak bardzo, jak mógłby przypuszczać. To było jedyne wyjście. Odejść, usunąć się, zniknąć. Nie trzeba by już niczego nikomu tłumaczyć, z niczego się usprawiedliwiać i uciekać nie wiadomo dokąd przed samym sobą. Czuł, że zrzuciłby ciężar nie do zniesienia. Pozbył się bólu, który zatruł mu całą radość życia.
 Teraz nawet bał się wejść do Riffu. Stał przed wystawą i patrzył na instrumenty. Już nigdy ich nie dotknie. Chciał krzyczeć, wyć z żalu, walić głową w szkło wystawy. Tak. Wróci do domu i wieczorem połknie wszystko, co jest w apteczce. Niech się to wszystko raz wreszcie skończy".

 "- A ja już nie chcę żyć! - Mikołaj rozpłakał się na dobre.
 - Chyba nie wiesz, co mówisz, mój chłopcze!. - starszy pan fuknął zezłoszczony. - Życie jest największym darem. Jest tajemnicą. Co prawda przygnieceni codziennymi troskami zapominamy o tym czasem, ale przecież nic tego nie zmieni. I nie możemy samowolnie decydować, kiedy ma nastąpić nasz kres. To należy wyłącznie do Boga.
- Ma Kajtka, więc rachunek wyjdzie mu na zero.
 - Ty zamiast Kajtka? A cóż to znowu za brednie?! - oburzył się dziadek Makarego. - Myślisz, ze Bóg to jakiś bezduszny księgowy?! Kto wam naopowiadał takich bzdur?! Nie słyszałeś nigdy, że Bóg jest miłością?! Nic nie wynieśliście z papieskiej nauki?! Nie, no muszę gdzieś usiąść, bo zaraz eksploduję! - krzyknął teatralnie, rozglądając się dookoła i nie zapomimając sprawdzić, jaki efekt wywarły jego słowa.
 Mikołaj nie reagował. Patrzył tępo w chodnik i milczał".

"Jeśli się denerwował, to o Makarego, który wciąż nie mógł się wyleczyć z przeziębienia i były obawy o jego głos".

25 wrz 2014

Emma Forest "Twój głos w mojej głowie"


"Stałam się tak otępiała, w tym swoim życiu, że seks był nieodczuwalny, chyba że sprawiał ból, i wtedy jak przez mgłę zauważałam, że to ja jestem w łóżku. Mimo cięcia się i bulimii, w robieniu sobie krzywdy nie byłam dość szybka, więc chłopak pomagał. Tamtej nocy posunął się za daleko. Choć wagon metra wypełniał gwar szkolnej dzieciarni, miałam uczucie, że jestem w łodzi ratunkowej na pełnym morzu. W poczekalni doktora R., przeglądając starego <<New Yorkera>>, czułam, że wciąż sączy się krew. Czerwień plamiąca moją bawełnianą bieliznę podsunęła mi obraz człowieka wykrwawiającego się na šmierć w śnieżnej zadymce, i tak zaczęłam się czuć".

"Z dwudziestu siedmiu przystanków tylko dwadzieścia trzy są czynne, co w jakiś sposób to metro uczłowieczało. Kiedy pociąg gnał, odwracając ślepia, przez zaciemnioną stację przy Osiemnastej Ulicy, wyobrażałam sobie, że przystanek przy Osiemnastej po prostu się wycofał, zbyt wrażliwy, aby żyć. W rzeczywistości nowe dziesięciowagonowe pociągi były za długie na tamten peron. Ale ja we wszystkim widziałam bój i smutek i smakowałam je w ustach jak szlachetne wino".

"Wydobywając się ze skalistego dna, zaczęłam bywać u doktora R. co tydzień. Potem co drugi tydzień. Potem raz w miesiącu. Wreszcie tylko w razie potrzeby. Dawka leku psychiatrycznego została zmniejszona o połowę".

"Zamierzałam powiedzieć doktorowi R.: <<Jestem zakochana w kimś dobrym i życzliwym, łagodnym, on też poznał ciemność, ale jakimś cudem jedno dla drugiego staliśmy się światłem. Pan mnie uzdrowił na tyle, że mogę być czyimś światłem!"

"Podczas płukania żołądka próbowali się zorientować, czy cięcia na moich ramionach były częścią próby samobójczej. Nie były. Nazbierało się ich przez dni, tygodnie i miesiące. Artystka grafffiti powracająca w środku nocy do ulubionego muru. Okaleczałam się regularnie, najczęściej żyletkami, najczęściej na ramionach, czasem na udach, później doszła szyja i twarz, i brzuch (tylko raz, z czuciem). Zaczęłam się ciąć, mając szesnaście lat".

"Nie rozumiesz? Kiedy następnym razem zobaczysz niebo... to będzie nad innym miastem. Następna klasówka będzie w innej szkole. Rodzice chcą dla nas jak najlepiej. Ale teraz robią, co uważają. Bo to jest ich czas. Ich czas! Tam na górze! Nasz jest tutaj. Nasz czas jest tu, na dole".

"Mania płynie jak rzeka zbliżająca się do wodospadu. Depresja jest stojącym jeziorem. Na powierzchni unoszą się zdechłe rzeczy i woda ma taki sam siny odcień jak twoje usta".

"Niech nie próbuje się zabić bez ubezpieczenia, bo jeśli przeżyje, będzie w takich długach, że zechce umrzeć".

"Kobiety prawie zawsze wybierają prochy. Kobietom chodzi o łagodne odpływanie, jak w klasycznym soulowym nagraniu, kiedy głos Otisa Reddinga powoli zostaje wyciszany, aż całkiem gaśnie. Co się wtedy dzieje, po nastaniu ciszy? Co teraz, w tamtym pokoju, robią muzycy? <<Zabierz mnie tam. Zabierz mnie>>".

"Kura czy jajo: co było pierwsze, patrzenie na siebie przekrwionymi z oczami, wymiocinami we włosach i przymus chlastania się żyletką, bo jesteś taka szpetna? Czy pożeranie całej zawartości szafki, aby zagłuszyć to, jak bardzo się oszpeciłaś? To obłęd. I jeśli nie wiesz, kim jesteś, albo twoje prawdziwe ja odpłynęło od ciebie z prądem powrotnym, obłęd daje ci przynajmniej tożsamość".

"Bliskie osoby, które mają być przy tobie, żeby sprawdzać, czy wciąż oddychasz".

"Jak często trzymamy ludzi blisko, by im udaremnić atak z dystansu?"

"Borderlinowcy są tym, co powszechnie się uznaje za zło. Lubią sprawiać kłopoty".

"CM jest niby bardzo przystojny. (<<Oczywiście, powiedziałby mój ojciec, jest niby bardzo przystojny"). Ale ja tego nie widzę. Widzę coś... lekko okaleczonego, jak postarzały aksamit. Jest w nim namacalny smutek".

"Robię herbatę. Oglądamy jakiś stary film. Potem długo patrzymy na deszcz".

"Bo jeśli chłopiec - jest niedomytym anorektykiem, który wykorzystuje ciebie do podnoszenia swojej intelektualnej wiarygodności".

"<<Depresja jest parszywa. Depresja połączona ze śmiercią czarodzieja, który za pomocą jakiejś magii pomagał z nią walczyć, jest jeszcze gorsza. Ale gówno się zdarza i zwykle nie bez powodu>>".

"<<To jest ciężka walka i być może ja, tak naprawdę, jestem tym złym, którego trzeba pokonać, a być może nie>>".

"- Chcę umrzeć. - Patrzę mu w oczy, kiedy rozpina mi dżinsy, i mówię znowu: - Chcę tylko umrzeć.
Myśli, że odgrywam scenę. Obejmuje dłońmi moją szyję i ściska. Mocno.
Zamykam się w lazienca z BlackBerry, tak jak zrobiłam tamtej nocy, gdy odszedł CM, i zastanawiam się, czy wyratowałby mnie z tego, gdybym zadzwoniła. Patrzę na jego numer. Proszę, przyjedź i zabierz mnie. Proszę, wykop tego faceta. I wiem, że gdybym zadzwoniła... nie odebrałby.
Wracam więc do sypialni i pozwalam temu facetowi jeszcze raz zacisnął palce na mojej szyi. To nie jestem ja. Ale jestem tutaj. Więc to muszę być ja. Jego kciuki wciskają się w moją krtań. Zastanawiam się, czy pójdzie na całość".

"Oglądamy <<Portret Doriana Greya>>, z Angelą Lansbury. Filmowy Dorian ją ubóstwia, ona idzie z nim do łóżka, po czym dostaje od niego list, z którego dowiaduje, że nigdy więcej nie będzie częścią jego życia. I popełnia samobójstwo".

"W domu próbuję wymyślić, w jaki sposób odzyskać od CM mój list samobójczy. List czy liścik? To tylko osiem linijek. Nowelka, może nawet opowiadanie, tyle że bez wstępu, środka i zakończenia. To jest deklaracja misji samobójczej".

"Jeśli straciliście kiedyś bliskiego w sposób, w jaki ja próbowalam odejść, zapewniam z wlasnego doświadczenia, że w całej swej rozpaczy, w piekle, w jakim mogła żyć ta osoba, cokolwiek skłoniło ją do połknięcia prochów czy ukręcenia sobie stryczka, do wypchania kamieniami wszystkich kieszeni i wejścia do wody, w ostatnich chwilach życia, zanim poszła na dno, myślała o miłości".

"Podczas spaceru wokół jeziora, z mamą, tatą i SB, po raz pierwszy nachodzi mnie pewma myśl, tak jak kiedyś olśniło mnie, że chlastanie się jest rzeczą złą, nawet jeśli zdziała:
<<Sama z kotem w zakurzonej szafie pełnej niesparowanych butów to kiepskie miejsce na to, żeby zabłysło twoje światełko>>".

"<<Powiedz, co mam zrobić>>. Żyletka milczy. <<Powiedz mi!>> Slyszę własny oddech. Co znaczy, że slyszę siebie. Nie ma głosów. Żadnych. Ani jego, ani doktora R. ani internetowych świrów, ani nawet mojej mamy.
Wychodzę z lazienki.
Zakladam słuchawki.
Jadę metrem na przystań Staten Island Ferry.
Płynę promem, bo nigdy wcześniej tego nie robiłam. Niebo jest odkryte i bezkresne, jest rześko, ale słonecznie, to nowojorskie błękitne niebo, słucham Velvet Underground śpiewających <<Pale Blue Eyes>>, a że nie ma w moim życiu nikogo o jasnoniebieskich oczach, będę miała niebo za muzę do końca piosenki".

21 wrz 2014

18#




11:52
Ma problemy z oddychaniem, ale żyje normalnie. Stara się żyć normalnie.
Gwiazd naszych wina

12:40
W moim świecie nie świeci słońce.

Możecie mnie cytować po mojej śmierci. Proszę bardzo.

Haruki Murakami "1Q84" cz. lll

"Czy między życiem a śmiercią jest w ogóle jakaś różnica? A może myślimy w ten sposób tylko dlatego, że tak jest nam wygodniej?"

"Przyglądając im się ze szklanką whisky w dłoni, Tengo przypomniał sobie trzy wiedźmy z <<Makbeta>>. To one rzuciły na Makbeta zły czar wybujałych ambicji, powtarzając zaklęcie: <<Szpetność upięknia, piękność szpeci>>".

"Kiedy zmęczyło go czytanie, siedział bezczynnie i przyglądał się śpiącemu ojcu. Zastanawiał się, co się może rozgrywać w jego mózgu. Jakiego rodzaju świadomość kryje się w tej zakutej jak stare kowadło czaszce. A może nic tam już nie zostało? Jak w opuszczonym domu, z którego wyniesiono wszystkie bez wyjątku meble i urządzenia, nie pozostał żaden ślad po tych, co kiedyś tam mieszkali. Ale nawet w takim wypadku w ścianach i suficie powinny się wypalić niektóre wspomnienia i sceny. Co było długo kultywowane, nie może się tak po prostu rozpłynąć w nicości. Być może ojciec leżący w tym skromnym łóżku w nadmorskim domu opieki znajduje się jednocześnie w ciemności, w głębi cichego pustego domu, otoczony scenami i wspomnieniami, które są dla innych niewidoczne".

"- Kruki pewnie nie myślą o czasie. Prawdopodobnie tylko ludzie uświadamiają sobie pojęcie czasu.
- dlaczego
- Bo traktują go jako linię prostą. Jakby robili znaczki na długim prostym patyku. Tu z przodu jest przyszłość, tam z tyłu przeszłość, a teraz jesteśmy w tym punkcie. Rozumiesz?
- chyba tak
- Jednak w rzeczywistości czas nie jest linią prostą. Nie ma żadnego wyglądu. Pod każdym względem jest pozbawiony formy. Ale ponieważ nie potrafimy sobie wyobrazić czegoś pozbawionego formy, więc dla wygody wyobrażamy go sobie jako prostą linię. W tej chwili tylko ludzie są zdolni do takiej zamiany pojęć".

"Od kiedy jednak zamieszkała w tej kryjówce, ma sny prawie co noc. Bardzo wyraźnie, realne sny. Śni i budzi się, dalej śniąc. Przez pewien czas nie wie, czy jest w świecie realnym, czy w świecie snu. Są to dla niej nieznane wcześniej doświadczenia. Spogląda na podświetlone cyfry zegara przy łóżku. Czasami wskazuje 1:15, innym razem 2:37 albo 4:07. Aomame zamyka oczy i próbuje ponownie zasnąć. Lecz sen łatwo nie nadchodzi. Dwa różne światy walczą bezszelestnie o jej świadomość. Tak jak wody rzeki i morza ścierające się ze sobą przy ujściu".

"Prawdopodobnie stracił tata zainteresowanie dla tego świata. Jest tata rozczarowany, zniechęcony, nic już taty nie obchodzi. Dlatego porzucił tata realne ciało, przeniósł si3 w jakieś inne miejsce i postanowił tam żyć. Prawdopodobnie w jakimś świecie wewnętrznym".

"W bloku mieszkali różni ludzie. Młodzi, nieżonaci, ale już pracujący mężczyźni, studenci, małżeństwa z małymi dziećmi, samotni staruszkowie; wielka rozmaitość lokatorów. Przechodzili, nie kryjąc się, przez pole widzenia teleobiektywu. Pomimo niewielkich różnic wszyscy wyglądali na zmęczonych codziennością i rozczarowanych życiem. Ich nadzieje zblakły, ambicje zostały porzucone, wrażliwość się zużyła, w pozostałej pustce zaległy rezygnacja i nieczułość. Jak człowiek, któremu dwie godziny wcześniej wyrwano ząb, każdy był ponury, szedł ociężałym krokiem.
Oczywiście Ushikawa mógł się mylić. Być może niektórzy z nich cieszyli się życiem. Otwierali drzwi, a za nimi ukazywał się zapierający dech prywatny raj, który sobie stworzyli. Może inni, chcąc uniknąć kontroli urzędu skarbowego, prowadzili na pokaz skromne życie. To nie było wykluczone. Ale przynajmniej przechodząc przed teleobiektywem, wyglądali na pozbawionych wszelkiej nadziei mieszkańców miasta, kurczowo trzymających się schronienia, które niebawem miało zostać zburzone".

"Ale upływ czasu każdemu po trochę odbiera życie. Ludzie nie umierają, bo przyszedł ich czas. Umierają powoli od środka, aż nadchodzi ustalony dzień ostatecznego rozliczenia. Nikomu nie uda się tego uniknąć. Ludzie muszą płacić za to, co otrzymali. Teraz właśnie poznaję tę prawdę".

"- Prawdopodobnie bez daughter nie można mother nazwać kompletnym istnieniem. Tak, jak to widać u Fukaeri, brakuje w takiej mother jakiegoś elementu, choć trudno powiedzieć jakiego. Może przypomina kogoś, kto utracił cień? Nie wiem, co się dzieje z daughter po zniknięciu mother. One pewnie też nie są kompletnymi istnieniami. Bo są przecież tylko <<drugimi ja>>. Lecz być może w przypadku Fukaeri, nawet bez mother, daughter udało się pełnić rolę kapłanki".

"Siły długo nie wracały. Kończyny miał nadal ścierpnięte. Zorientował się nagle, że powstała w nim, jakby dziwna przestrzeń. Była to czysta pustka. Ta przestrzeć oznaczała brak, prawdopodobnie nicość. Ushikawa utkwił w tej nieznanej pustce wewnątrz siebie i nie mógł się z niej wydobyć. W piersi czuł tępy ból, choć ściśle mówiąc, nie był to ból, a jakby różnica ciśnieñ powstająca na zetknięciu się braku z nie-brakiem".

"Ten ktoś w jednej chwili otoczył mu szyję ramieniem. Ushikawa nie zdążył nawet krzyknąć. Poczuł na szyi stalowe mięśnie wytrenowanego mężczyzny. Ramię ścisnęło mu szyję ciasno i bezlitośnie jak imadło. Mężczyzna nie odezwał się ani słowem. Nie było słychać jego oddechu. Ushikawa wykręcał się i wił w śpiworze. Szarpał dłońmi nylonową poszewkę, kopał. Próbował krzyknąć. Ale to wszystko na nic. Tamten tkwił nieruchomo w raz przyjętej pozycji, tylko ściskał z coraz większą siłą. Był to skuteczny ruch, nie zużywał niepotrzebnie energii. W rezultacie rósł nacisk na tchawicę Ushikawy, coraz trudniej oddychał".

"Starał się powiedzieć do tego człowieka: <<Najpierw mnie wysłuchaj>>, ale nie mógł wydobyć z siebie głosu. Nie miał już powietrza, które wprawiłoby w wibracje struny głosowe, język też mu zesztywniał w głębi gardła jak kołek".

"Nie czuł rąk ani nóg. Wiedział tylko, że ma zasłonięte oczy i dotyka policzkiem maty. Nikt nie ściskał już jego szyi. Płuca świszczały mu jak miechy, kurcząc się i nabierając świeżego powietrza. Było to zimne, zimowe powietrze. Dostały tlen, powstała świeża krew, a serce z pełną szybkością doprowadzało tę czerwoną, ciepłą ciecz do koniuszków nerwów. Zanosząc się, co pewien czas gwałtownym kaszlem, skupiał się tylko na oddychaniu. Niebawem po trochu wróciło mu czucie w rękach i nogach. Słyszał w uszach łomotanie serca".

"Fakt, że żyje i oddycha, wydawał mu się zadziwiający. To nie była śmierć. Znalazłem się od niej o krok, ale to nie była śmierć. Szyja po obu stronach bolała go dotkliwie, jakby miał tam guzy".

"- Powiedziałaś, że idziesz daleko - mówi Tamaru. - Jak bardzo daleko?
- Tej odległości nie da się wymierzyć liczbami.
- Jak odległości dzielącej ludzkie serca".

" Choć byli w wychłodzonym pokoju, ich oddechy nie zmieniały się w białe chmurki. Gdyby ktoś przy tym był, pewnie by go to zdziwiło. A można tak wiele rzeczy by go zdziwiło, że akurat na to nie zwróciłby uwagi".

15 wrz 2014

17#


14 września, 18:47
Monotonia tego życia mnie dobija. Budzę się, leżę w łóżku, wstaję, wychodzę z psem jem albo nie, czytam, czasem piszę, rozmawiam, piję sok, wodę, zdarza mi się jeść... Każdy dzień jest praktycznie identyczny, ale coś sprawia, że wciąż to ciągnę... Co to takiego?

12 wrz 2014

Janusz Leon Wiśniewski "Zbliżenia"


"Szeptał moje imię, kładł mnie na łöżku i dotykał tak, jak gdyby to był nasz ostatni raz. Mężczyzna powinien zawsze dotykać kobiety tak, jak gdyby to był pierwszy i ostatni raz. I całował mnie tak, jak gdyby był to ostatni pocałunek. Na dworcu lub lotnisku".

"Gdybyś mnie kiedyś miał przestać kochać, nie mów mi tego, Bóg tego także nie czyni".

"Odchodził od nas i od dawna wiedziałam, że przyjdzie taka chwila, gdy odejdzie na zawsze. To było tego popołudnia. Jego otwarte oczy patrzyły, nie widząc, jego oddech stawał się coraz słabszy, palce jego dłoni robiły się bezwładne. W pewnym usłyszałam głośny pisk rejestratora pracy serca. SinusoidaSinusoida na zielonkawym ekranie monitora znikła i na dole pojawiła się ciągła linia".

"Nie takiego wychudzonego z szaraą, zaśniedziałą od chemii, podziurawioną kroplówkami i zastrzykami skórą, zbyt dużymi oczodołami i oczami bez blasku".

"Dopiero potem szukano go (mylnie) w sercu. Jeszcze później, gdy pojawiły się odpowiednie przyrządy, w mózgu - tak gdzie naprawdę powinno się go szukać. Nawet je tam znaleziono. Jest bardzo podobne do opioidów, takich jak morfina. Substancją pojawiającą się w bardzo dużym stężeniu w okolicach Ventral pallidum (niewielkiego elipsoidalnego obszaru w międzymózgowiu) i w trochę w mniejszym rejonie Orbitofrontal cortex (obszar w korze mózgowej umiejscowiony w płacie czołowym tuż nad orbitami oczodołów).

Alexander McCall Smith "Moralność dla pięknych dziewcząt"


"A może dałoby się go nakłonić do brania tabletek jakimś podstępem? Wolałaby nie uciekać się do takich metod, ale uważała, że kiedy ktoś ma takie zaburzenia, należy zastosować wszelkie dostępne środki, żeby mu ppmóc. To jest tak, jakby zła istota wzięła człowieka za zakładnika. Mma Ramotswe była zdania, jeśli złą istotę można pokonać tylko podstępem, to nie wolno się wahać. Uważała to za całkowiecie zgodne z tradycyjną moralnością botswańską i w ogóle z każdą moralnością".

"Jeśli ktoś patrzy w dal, to znaczy, że wolałby być gdzie indziej".

7 wrz 2014

Janusz L. Wiśniewski, "Ślady"


"Bo chyba tak wygląda miłość, prawda? Gdy oddaje się komuś każdy oddech i każdą minutę swojego życia, chyba można to nazwać miłością, prawda? Pan się na tym przecież zna".

"Nie kocham Jurgena. On chyba mnie też nie kocha. Nie rozmawiamy o miłości. To wcale nie wynika ze strachu, że znowu jakiś kierowca mógłby nas rozdzielić na zawsze. Ciągle zbyt mocno trwają w nas jeszcze niezagojone rany miłości z tamtego życia. Dotykamy się, budzimy się razem, razem zapadamy w smutek, razem szukamy sensu. Razem, tak czujemy, łatwiej będzie go znaleźć".

Yrsa Sigurdardóttir "Spójrz na mnie"


"Jakob spoglądał na nich na zmianę i marszczył brwi. Zdawał się zaspany, włosy miał rozczochrane, zauważyli też wyrażne białe ślady w kącikach ust po ślinie lub paście do zębów. Spodnie miał zbyt krótkie, a zniszczony sweter był duży. Dlaczego nie dba się o ludzi wygląd osób przebywających w takich miejscach jak to? Ludzie zajmujący się takimi biedakami z pewnością ssmi nie mają ochoty nosić używanych lub niedopasowanych ciuchów".

"Sięgnął po budzik i obrócił go wyświetlaczem do siebie. Był to zegar z radiem, który podarował mu brat po choinkę, uważając prezent za niebywale trafiony, bo przecież Margeir pracował w radiu".

"A może było odwrotnie: smutek ludzi uważanych za zdrowych kłuł w oczy na tle wesołości tego, który nie zaznał szczęścia bycia normalnym".

"Jak człowiek jest chory, to jest chory. Uszkodzonego umysłu nie da się posklejać jak połamanych kości. Może by się dało, gdyby mózg był twardy, a nie miękki. Zabiegi zawsze są o wiele bardziej skomplikowane, jeśli nie można niczego poskręcać śrubami czy pozszywać".

"Poza tym niezwykle szybko schodził na ich zmianach intralipid, preparat do kroplówki, który podaje się, kiedy karmienie doustne nie wystarcza. Takie odżywianie dożylne".